W 1945 r. Jałta stała się najpilniej strzeżonym miejscem na ziemi. Nim na Krym zjechali się przywódcy państw alianckich, zarówno w pałacu cesarskim w Liwadii, jak i w zaciszach gabinetów najpotężniejszych ludzi na Ziemi rozpoczęto gorączkowe przygotowania. Jak opisuje dr Leszek Pietrzak w książce „Zakazana historia aliantów”, choć Stalin w logistykę zaangażował wojsko, po pałacu i tak biegały szczury.
Przed południem 4 lutego 1945 roku członkowie delegacji amerykańskiej, brytyjskiej i sowieckiej przybyli do neorenesansowego Pałacu Białego w Liwadii, położonej około 3 km od Jałty, by zainaugurować obrady konferencji z udziałem przywódców wielkich mocarstw: Franklina Delano Roosevelta (prezydent USA), Winstona Churchilla (premier Wielkiej Brytanii) i Józefa Stalina (przywódca Związku Sowieckiego).
Reklama
W porządku obrad znalazły się m.in. sprawy związane z powołaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych, obciążenie hitlerowskich Niemiec reparacjami wojennymi i podział tego kraju na strefy okupacyjne, włączenie się Związku Sowieckiego do wojny z Japonią oraz kwestia polska, tylko częściowo uzgodniona w czasie poprzedniej konferencji wielkiej trójki w Teheranie na przełomie listopada i grudnia 1943 roku. Dla wielu członków brytyjskiej i amerykańskiej delegacji uczestnictwo w jałtańskiej konferencji było pierwszą okazją, aby zetknąć się na żywo z sowieckim dyktatorem, którego armie gromiły Hitlera.
Tego dnia Jałta była chyba najbardziej chronionym miejscem w całym Związku Sowieckim. Już kilka tygodni wcześniej w jej rejon skierowano kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. W pierwszej kolejności mieli dopilnować, aby z miasta i okolic wysiedlono zamieszkałych tam Tatarów, obwinianych o współpracę z hitlerowskimi Niemcami. Wojsko zajęło się też usuwaniem min i udrożnieniem drogi z Jałty do odległego o ponad 130 km lotniska Saki, gdzie miały wylądować delegacje aliantów.

Z uwagi na brak sprzętu zaśnieżoną drogę do lotniska przez kilka dni wydeptywało prawie 30 tys. czerwonoarmistów. Potem przyszła kolej na przygotowanie obiektów, w których mieli zostać rozlokowani Amerykanie i Brytyjczycy. Dokonywano deratyzacji (ale mało skutecznej) i pobieżnego remontu, nie zapominając o zainstalowaniu ukrytych mikrofonów, by podsłuchiwać rozmowy z politycznej „kuchni” obu alianckich delegacji. Z Moskwy wyprawiono też prawie tysiąc pięćset wagonów z żywnością i napojami, a z najlepszych moskiewskich hoteli zwieziono służbę, która miała usługiwać dostojnym gościom.
Przezorni Brytyjczycy i Amerykanie postanowili jednak sami zadbać o swój komfort, gdyby przypadkiem rosyjska gościnność nie spełniała ich oczekiwań. Amerykanie wysłali do Sewastopola okręt sił desantowych USS „Catoctin”, który w razie potrzeby mógł być siedzibą ich delegacji. Na jego pokładzie znajdowało się praktycznie wszystko, włącznie z ulubionym jedzeniem prezydenta Roosevelta i obsługą medyczną na wypadek pogorszenia się jego zdrowia.
Reklama
Nie inaczej postąpili Brytyjczycy, których luksusowy liniowiec pasażerski „Franconia” zacumował w sewastopolskim porcie. On również miał wszystko, co niezbędne, by zapewnić wygodę i rozrywkę. Docenił to później sam Churchill, który trzy ostatnie noce w Jałcie wolał spędzić na brytyjskim liniowcu zamiast w pałacu księcia Woroncowa. Zresztą nie bez powodu. Ociekające złotem pałace krymskiego kurortu okazały się pełne szczurów i pluskiew. Do tego doszły jeszcze kolejki do łazienek, zimna woda w kranie i „ich zimne i tłuste dania”, jak ze wstrętem opowiadał później brytyjski premier.
Strategia wielkiej trójki
W obliczu nadal trwającej wojny w interesie Brytyjczyków i Amerykanów było zachowanie politycznej jedności. Dla Roosevelta polityczna perspektywa nie kończyła się na pokonaniu Hitlera. O wiele ważniejsze było ziszczenie się amerykańskiego programu antyimperialnego po zakończeniu działań wojennych. Z tego punktu widzenia brytyjskie imperium wydawało się Rooseveltowi i jego doradcom wręcz średniowiecznym przeżytkiem. Delegacja zza oceanu nie chciała też, aby Wielka Brytania i inne potęgi kolonialne powróciły po wojnie do swojego stanu posiadania.

Dekolonizacja, której pragnęli Amerykanie, miała być jednym z zasadniczych elementów nowego ładu, dzięki któremu prezydent Roosevelt zamierzał przejść do historii. Właśnie dlatego – mimo amerykańsko-brytyjskiego sojuszu – postanowił trzymać dystans wobec Winstona Churchilla, podejrzewając, że w trakcie konferencji zapewne będzie on podejmował kolejne próby umocnienia interesów swojego imperium. Roosevelt był również przekonany, że wciągnięcie Związku Sowieckiego do wojny z Japonią i jej wspólne pokonanie da Sowietom legitymację do budowy powojennego ładu i tym samym zablokuje starym potęgom powrót do władania dawnymi zamorskimi posiadłościami.
Prezydent USA liczył, że w tej sprawie zyska mocne poparcie Stalina, który będzie się musiał zderzyć z chytrymi planami Churchilla. Chyba dlatego zdecydował się przyjąć rolę swoistego pośrednika i rozjemcy na wypadek różnicy zdań pomiędzy Sowietami a Brytyjczykami.
Reklama
Priorytet alianckiej jedności był również ważny dla premiera Winstona Churchilla. Podobnie jak Roosevelt on także był przekonany, że najważniejszą rzeczą jest dokończenie wojny, po której – jego zdaniem – wielka konferencja pokojowa ostatecznie ustali kształt Europy i świata. Ale zupełnie nie zauważał zmiany amerykańskiego podejścia do żywotnych interesów imperium brytyjskiego. Tak naprawdę nie wiedział, że w Jałcie będzie pozbawiony sojusznika w walce nie tylko o interesy swojego kraju, lecz także innych państw. Zdawał sobie sprawę, że negocjacje z pozbawionym skrupułów Stalinem muszą być twarde i prowadzone bez ogródek, gdyż tylko wtedy mogą przynieść jakikolwiek sukces.
Między innymi dlatego zamierzał przedstawić mu propozycję podziału wpływów na Bałkanach, gdzie brytyjskie interesy liczyły się najbardziej. Churchill zupełnie nie zakładał, że Stalin i tak nie zamierza w przyszłości dotrzymywać umów. I bez znaczenia będzie to, czy złamie je od razu, czy po prostu zinterpretuje je w sposób korzystny tylko dla siebie. Krótko mówiąc, swoją strategię Churchill zbudował na całkowicie błędnej ocenie postawy zarówno Amerykanów, jak i Sowietów.

Z kolei dla Józefa Stalina konferencja miała być jedynie metodą uwiarygodnienia jego planów rozszerzenia strefy politycznych wpływów Sowietów. Wierzył, że „kto okupuje terytorium, narzuca także swój własny ustrój społeczny” i robi to „tak daleko, jak może dotrzeć jego armia”. Nic zatem dziwnego, że zakładał, iż rozmowy w Jałcie od początku przebiegną pod jego dyktando, a pomóc w tym miały zamontowane w pałacach Jałty podsłuchy. Codzienne rozmowy Churchilla i Roosevelta, ich szefów sztabów oraz licznych doradców miały być na bieżąco analizowane przez sowiecki sztab i samego Stalina. I tak rzeczywiście było.
Dzięki wysiłkom poszczególnych biur i zarządów Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych w dyspozycji Stalina pozostawały również brytyjskie i amerykańskie dokumenty dotyczące planowanej strategii negocjacyjnej aliantów. Był zatem świadom istnienia rozbieżności między nimi, zwłaszcza w sprawie Polski, zanim jeszcze zaczęły się posiedzenia plenarne. Było to istotne uzupełnienie strategii Stalina, która miała zapewnić Sowietom maksymalne zyski.
Reklama
Jałtańskie uzgodnienia
Trwająca siedem dni konferencja składała się z ośmiu posiedzeń plenarnych. Ale podobnie jak w Teheranie najważniejsze dyskusje toczyły się podczas prywatnych rozmów Roosevelta ze Stalinem, zaś Churchilla informowano później o ich decyzjach. Zgodnie z przypuszczeniami brak amerykańsko-brytyjskiego porozumienia w wielu kluczowych kwestiach ujawnił się już na samym początku. Niewątpliwie była to woda na młyn dla Stalina. Jeśli ten decydował się już na jakieś ustępstwa, to jedynie w sprawach, które uznawał za całkowicie drugorzędne. Wszystkie rozmowy przerywane były posiłkami, toastami, dowcipami i dygresjami. Wiele z nich weszło na trwałe do historii światowej dyplomacji.
W ostatnim dniu konferencji, 11 lutego 1945 roku, wszystkie ustalenia zostały zapisane w sześciopunktowym dokumencie. Pierwszy z punktów przewidywał, że konferencja założycielska ONZ zostanie zwołana między kwietniem a czerwcem 1945 roku. Wspomniano również, że Związek Sowiecki w Zgromadzeniu Ogólnym ONZ będzie miał trzy głosy (Rosja, Białoruś, Ukraina). Kolejny mówił o tym, że w ciągu dwóch, trzech miesięcy po kapitulacji Niemiec Związek Sowiecki przystąpi do wojny z Japonią. Ale nie było to zupełnie bezwarunkowe – w zamian Sowieci mieli otrzymać Wyspy Kurylskie i południową część Sachalinu, który od 1905 roku należał do Japonii. Związek Sowiecki zyskiwał też specjalne prawo do korzystania z portów i szlaków kolejowych Mandżurii, gwarantując jednocześnie suwerenność Chin.

Trzeci punkt wspomnianego dokumentu w całości odnosił się do Polski. Jej wschodnia granica została ostatecznie ustalona na linii Curzona, a jako rekompensatę utraconych terytoriów Polsce przyznano kosztem Niemiec tereny na północy i zachodzie, co ostatecznie miało zostać uzgodnione z przyszłym polskim rządem. Ten – jak zapisano – składałby się z przedstawicieli komunistycznego PKWN, ale także „z przedstawicieli demokratycznych”. Nowy polski rząd miał również przygotować i przeprowadzić wybory. Czwarty punkt ustaleń odnosił się do sytuacji w Jugosławii.
Mocarstwa informowały w nim lakonicznie, że z zadowoleniem witają powstanie Rządu Jedności Jugosławii, który utworzyli w wyniku porozumienia Josip Broz Tito i premier emigracyjnego rządu Ivan Šubašić. W punkcie piątym mocarstwa deklarowały wolę pomocy krajom uzależnionym dotychczas od państw Osi „w rozwiązaniu najpilniejszych problemów politycznych, gospodarczych”, a także w utworzeniu „rządów reprezentatywnych dla ogółu nurtów demokratycznych w ich społeczeństwach”. Ostatni punkt jałtańskich porozumień odnosił się m.in. do Francji.
Reklama
Mimo wcześniejszych zastrzeżeń Stalina miała ona partycypować w okupacji Niemiec, otrzymując własną strefę, wydzieloną z terytoriów okupowanych przez USA i Wielką Brytanię. W punkcie tym zawarto również kwestię odszkodowań i reparacji wojennych, których połowa miała przypaść Związkowi Sowieckiemu. Związane z tym szczegóły odłożono do rozstrzygnięcia już po ostatecznym pokonaniu Niemiec. Zaznaczono jedynie, że na potrzeby reparacji mocarstwa godzą się na demontaż niemieckiego przemysłu i wykorzystanie tamtejszej siły roboczej.
Poznaj historię, o której alianci woleliby zapomnieć








