Polki za granicą ciężki los.

Bieda gnała je za granicę. Tak wyglądało życie polskich robotnic we Francji

Strona główna » XIX wiek » Bieda gnała je za granicę. Tak wyglądało życie polskich robotnic we Francji

Gdy polskie robotnice rolne przybywały do Francji, stawały przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Nowy kraj, nowy język, gospodarze, którzy patrzyli tylko, jak wykorzystać ich położenie, tęsknota za pozostawioną w kraju rodziną. Autorki książki „Polki w polu” pokazują to, jak wyglądało ich życie.

Po przybyciu do Francji niektóre kobiety kierowane są do regionów, w których jest wielu polskich robotników; inne, mające mniej szczęścia, trafiają do gospodarstw pośród chłopów, których języka nie znają, i gdzie nikt nie mówi ich językiem. Władysława zostaje umieszczona sama w gospodarstwie La Belle Jonchère, w gminie Veigné w departamencie Indre i Loary. Bardzo szybko doświadcza samotności, w której trwa w zawieszeniu między nudą z powodu braku jakiejkolwiek rozrywki a rozpaczą. Inna pracownica, Jadwiga, w jednym ze swoich listów opisuje, jak trudne było dla niej to doświadczenie:


Reklama


Boże, co złego zrobiłam, że spotkał mnie taki gorzki los. Nie słyszę tu ani słowa po polsku. Gdyby przynajmniej można było trochę odpocząć w niedzielę, gdyby było trochę mniej pracy wtedy. Modlę się do Boga, żeby nie oszaleć. Biorę sobie to tak bardzo do serca, nie śpię i nie jem. Odkąd tu jestem, nie usłyszałam ani jednego słowa w moim języku. Całuję Pani rączki i błagam o odpowiedź, aby przynajmniej martwy papier przekazał mi słowa, które mogę zrozumieć.

Władysława ma jednak szczęście, ponieważ inspektorką odpowiedzialną za jej obszar okazuje się kobieta polskiego pochodzenia, Julia Duval, której może się zwierzyć. Odkrycie świata, w którym ludzie mówią tylko po francusku, jest czymś, czego w swojej naiwności wiele z tych polskich wieśniaczek nigdy sobie nie wyobrażało. Jedna z nich wkrótce po przybyciu do Indre i Loary pyta: „Czy tutaj nie ma wcale polskich ludzi?”.

Chłopka przed wiejskim krzyżem. Grafika z początku XX wieku
Polki za granicę gnała straszna bieda. Na ilustracji chłopka przed wiejskim krzyżem. Grafika z początku XX wieku

Odtąd imigrantki są podejrzliwe: „Czy ten ksiądz rozumie po polsku? Chciałam iść do spowiedzi na Boże Narodzynie” – zastanawia się na przykład Władysława w październiku 1931 roku. W tym samym liście dwukrotnie odwołuje się do inspektorki jako tłumaczki. Po pierwsze dlatego, że ma bolesne miesiączki i chce, żeby lekarz przepisał jej jakieś lekarstwo, ale jak to wytłumaczyć, gdy nie zna się języka? Po drugie, aby inspektorka mogła oszczędzić jej kpin i nękania przez pracowników gospodarstwa, w którym została umieszczona: „[…] na robote nie narzekam, tylko te francuskie chłopaki tak śladzią, ja sie wczale do nich nie odzywom, jusz jezdym 6 miesienczy”. Już w poprzednim liście skarżyła się na parobków z gospodarstwa:

Jest tam dużo chłopaków, bardzo mi dokuczają, ze nie mogę wytrzymać, codziennie płaczę i tylko wołają na mnie kurwa, to mi jest bardzo przykro, nie mogę powiedzieć, bo się nie mogę zmówić przet Panym. Bardzo Panią proszę, zeby pani napiszała list do Pana i opisała, o co chodzi, tak mi dokuczają, gdzie się tylko ruszę, Pani i Pan to do tego czasu są bardzo dobrzy […], udaje się do opiekunki, bo nie mam do kogo biedna sierota.


Reklama


Polki szukały pomocy

Julia Duval zanotowała na tym liście „16-7-31, napisać do gospodarza, żeby to powstrzymał”. Z akt zebranych przez inspektorkę wynika, że Władysława czuje się we Francji „sierotą”, natomiast w Polsce ma jeszcze ojca i siostrę Leonardę. Zachowane w dokumentach robotnic listy od gospodarzy świadczą, że niekiedy i oni martwią się o młode kobiety, które zatrudniają. Na przykład madame Evin pisze do inspektorki:

Veigné, 12 sierpnia 1931

zwracam się z prośbą o informację. Młoda kobieta, która u mnie pracuje, została wezwana na jakieś spotkanie w sobotę 15 sierpnia w Tours i wróci w niedzielę. Proszę Pani, nie mam nic przeciwko temu, żeby pojechała, ale chcę wiedzieć, czy to coś poważnego i gdzie będzie spała. Ten pan, co prosi mnie, żebym ją wysłała, mieszka przy ulicy du Cygne 6 w Tours […].

Tekst stanowi fragment książki "Polki w polu", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.
Tekst stanowi fragment książki „Polki w polu”, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.

Nie da się ukryć, że Władysława nie pozostawia mężczyzn obojętnymi. Wie, że młodość jest jej atutem, marzy o własnym domu, w którym kiedyś dorosną jej dzieci i nikt nie będzie jej już nic narzucał. Snuje plany o własnych zwierzętach i warzywach. Bo możliwość bycia u siebie to coś bezcennego. Odzyskuje uśmiech na twarzy, gdy o tym myśli. Chce żyć pełnią życia. Nie boi się pracy, ale chciałaby, żeby ta się opłacała.

Godziny wyczerpującej pracy

Władysława ma szczęście, że znalazła się w dobrym domu. Nie wszystkie dziewczyny tak dobrze trafiają, mimo wspólnego im wszystkim pragnienia odniesienia sukcesu. Są umieszczane w gospodarstwach na prośbę rolnika, zupełnie niezależnie od indywidualnych predyspozycji czy umiejętności. Tylko Julia Duval czasami się o to martwi.


Reklama


Mające więcej szczęścia kobiety znajdują zatrudnienie w domach znanych z życzliwości i dobrego traktowania pracowników, podczas gdy inne są kierowane do mniej lub bardziej skromnych gospodarstw, w których oczekuje się od nich ciężkiej pracy. Na przykład Antonina nie zawahała się poprosić inspektorki: „prosze Pani bardzo gzecznie o miejsce dobre […], na dobrom ferme duzom, zeby beł Pan bogaty, bo tam u tego biednego to jus bardzo niedobze mam, jus tam ni moge słuzyć, bo bardzo niedobze […]”.

Niektóre z kobiet szybko czują się tak przytłoczone długimi godzinami wyczerpującej pracy, że przyrównują swój pobyt we Francji do zsyłek na Syberię do pracy przymusowej, które odcisnęły trwałe piętno w polskiej świadomości narodowej. Niektóre, jak Wiktoria Klis, próbują się buntować:

Wiejska kobieta niosąca wodę z użyciem koromysła.
Wiejska kobieta niosąca wodę z użyciem koromysła. Na wsi praca kobiet zawsze była bardzo ciężka.

[…] wieczór do godziny 9-30 wydoiłam 14 krów, to już z sił opadłam, bo ona [gospodyni] kazała mi podoić kozy, ja jej powiedziałam, że już nie mogę, bo mnie ręce bolą i na nogach stoić nie mogę. To ona złapała mnie z tyły i wypchnneła.

Wiele pracownic jest w ten sposób wykorzystywanych. Julia Duval szybko zwraca na to uwagę w swoich raportach do francuskiego ministerstwa, przytaczając przykład: „dziewczyna, która musi pracować ponad swoje siły, jest wyczerpana i ma tego objawy. Ma 8 krów do wydojenia i opieki; 15, 20 taczek obornika do przewiezienia każdego dnia itp.” Niektóre z kobiet załamują się psychicznie, inne marzą o jak najszybszym powrocie do ojczyzny, do słodkiego zapachu makowca i pączków.


Reklama


Nie mogą już dłużej walczyć z prześladującym je pragnieniem powrotu, idealizują swoją wioskę, której bieda zmusiła je do migracji. Do tego dochodzą surowe spojrzenia żon gospodarzy, które widzą w swoich pracownicach rywalki i zazdroszczą im młodości, zwłaszcza gdy Polki muszą znosić nachalne zaloty ich mężów:

[…] stary ojciec zaczynał się do mnie, jak pognałam krowy. On przyszedł i wołał mię, więc ja poszła, a po co, to ja nie wiedziała, bo ja nie rozumie [francuskiego]. I złapał mię wpół, chciał mię całować, ja się wydzierała, a żona jego przyleciała i biła mię w głowę patykiem, i po nogach. Pokrwawiła mię całą, głowa mię straśnie bolała, nogi mi poprzecinała, a ja wcale niewinna, bo ja się kurwić nie chcę i do Francyi przyjechałam zarobić pieniędzy na życie, nie na kurwy. […]

Polki we francuskich gospodarstwach często zajmowały się krowami (fot. ilustracyjne, domena publiczna).
Polki we francuskich gospodarstwach często zajmowały się krowami (fot. ilustracyjne, domena publiczna).

Listy pełne gorzkich żali

Listy, które dostaje inspektorka, zaprzeczają panującej w Indre i Loarze opinii, że pracownice narodowości polskiej są „silne jak konie, a ciężka praca im nie szkodzi”. Ich oczekiwania dotyczące higieny i żywności nie są w pełni respektowane przez francuskich gospodarzy. Na przykład jedna z kobiet prosi Julię Duval o przyjazd w porze posiłku, by mogła zobaczyć nie tylko, w jakich warunkach żyje, ale także co jest podawane do jedzenia:  

[…] ja musze w brudnej koszuli chodzić. To ona [gospodyni] [nieczyt.] prała w niedziele i ona mojego nie prała, a jak ja chciałam prać w tygodniu, to mi nie pozwolyła, co wiencyj, to ze ja się nigdy nie nojem jak się nalezy, bo oni tylko groch jedzoną, a ja tego to wzak jesc nie mago, wienc bardzo Panią prosze, zeby pani przyjechała tak prawie na obiad, a obiad jest 11stej i w przy jedynasty.


Reklama


Kiedy Polki piszą o „nudzie”, to nie z braku pracy, ale z powodu braku rozrywki. Życie na polskiej wsi było przerywane świętami, czasem tylko religijnymi – ale pójście do kościoła oznaczało spotkanie z ludźmi i rozmowę, wymianę choćby zwykłych plotek. W Indre i Loarze czas płynie inaczej, dawne nawyki tracą rację bytu, a przystosowanie się do nowego trybu życia wymaga czasu. Jednak te młode kobiety chcą się ubierać, bawić, spotykać z innymi. Zapomnieć o ciężkiej pracy. Nie jest niczym niezwykłym, że chcą kupić przynajmniej jedną nową wstążkę, jeśli nie nowy kołnierz do swojego jedynego płaszcza…

Pragnienie poczucia się piękną i godną nie zna granic ani narodowości. Władysława należy do tych, które się nie poddają. Jej gospodarze są z niej mniej lub bardziej zadowoleni, piszą o niej: „dziewczyna jest pełna dobrej woli”, nawet jeśli „zupełnie brakuje jej umiejętności do delikatnej pracy, na przykład szycia”. Po swojej wizycie Julia Duval odnotowuje w aktach: „dobrzy państwo, dobre jedzenie i pokój”. To jednak pieniądze najbardziej zaprzątają myśli Władysławy: „[…] dobrze, że są dobrzy ludzie, ale mi jak płacili tak płacą […], to dla mnie jest krzywda, bardzo proszę o ksiązeczke od pindzy potpisywać co miesiąc”. Warunki pracy i płacy są rygorystyczne. Jak tylko Władysława zostaje zatrudniona, madame Evin pisze do inspektorki:

Polki za granicą ciężki los.
Polki za granicą ciężki los.

Szacujemy, że możemy jej płacić 180 franków miesięcznie, czyli 2160 franków rocznie. Takiej młodej dziewczynie jak ona płacono przed wojną 300 franków rocznie, więc to daje około 7 razy więcej niż przed wojną, co znacznie przewyższa obecne koszty utrzymania, które są tylko pięć razy wyższe, a i tak [ceny] tego, co sprzedajemy, są znacznie niższe.

Na wsi każdy grosz się liczy. Zdobycie pieniędzy pod koniec miesiąca to ciągła trudność dla rolników martwiących się o zbiory. Temat ten poruszany jest w większości listów, które otrzymuje Julia Duval: „[…] a jeszczy jest łu niego [gospodarza] 3000 tysioncze”; „[…] kotrach mi się sko[ń]czył 13 czerwca, a [gospodarze] jeszcze mi nie wypłacili, co mi się należy, 13 maja i 13 czerwca, za te dwa miesiące nie wypłacili i ani nie myśląm”; „[…] gospodarz mi ciągle nie zapłacił, mówi, że zapłaci, jak będę odchodzić”, „Ona [gospodyni] jest nieznośna, gorsza od diabła mówi, że zjadam bochenek chleba”; „[…] ten Gospodarz, co ja u niego robię, to już mówiłam o pieniądze już trzy razy, to mi nie chce wypłacić, i ja już u niego robię 9 miesiące, i ani nic mi nie dał”. […]


Reklama


Romantyzne niebezpieczeństwo

No i są jeszcze ci wszyscy francuscy chłopcy kręcący się wokół młodych Polek. Zaledwie rok po przybyciu do Francji Władysława rodzi córeczkę Janine. Dziecko przychodzi na świat w przytułku w Tours, gdzie samotna matka może skorzystać z opieki medycznej. Ta niechciana ciąża nie jest odosobnionym przypadkiem. Wiele wrażliwych imigrantek, dotkniętych samotnością i wykluczeniem, staje się łatwym łupem nie tylko dla pracodawców, ale także dla ich synów, braci, kuzynów, robotników lub sąsiadów będących pod wrażeniem uroku młodych kobiet z dalekich krajów.

Żeby mi Pani dopomogła, żeby on [gospodarz] mi choć połowe zapłaci, bo on mnie bardzo skrzywdził, bo miały wszystkie dzieci, to sie nie przyznały, aż my się obie zaraziły […]. To taki Villeret.

Polskie migrantki zarobkowe były narażone na wiele niebezpieczeństw za granicą.
Polskie migrantki zarobkowe były narażone na wiele niebezpieczeństw za granicą.

Nigdy nie dochodzi się kwestii ojcostwa, nawet w przypadku dzieciobójstwa. Władysława informuje inspektorkę o swojej ciąży, podkreślając, że nie jest złą dziewczyną i że bardzo poważnie podchodzi do życia:

Pasłam krowy czternastego listopada i byłam niezdrowa […] i jechał sołdat i był pijany i przyszet do mnie […], ja sama się nie mogła radzić nikogo, do tego czasu to ja robie, a teras to się tak martwię, co ja biedna zrobię, to pani [gospodyni] jest taka zła, ze się wcale nie odzywa. Proszę Panią że mnie takie nieszczęście spotkało to ja się mam otruć. Ja już robiła w Niemczech i byłam jak się należy.


Reklama


Jej gospodyni nie wierzy w „historię, która się nie zdarzyła”. Ojciec dziecka nie jest żołnierzem, lecz młodym mężczyzną odsiadującym wyrok w pobliskiej kolonii karnej Mettray. Władysława prawie go nie zna, podobnie jak nie pamięta jego nazwiska, choć przypadkowe spotkanie niesie ze sobą wiele konsekwencji. Po raz kolejny zwraca się do inspektorki z prośbą o pomoc:

To jest to dziecko z tem chłopcem, co my robili pszy krowach (ja i gospodyni się nie chciała się pszyznać i teras ja nie wiem, gdzie on pracuje, i proszę Pani, niech się Pani dowie jego imie i nazwisko, nazywa się tak Gi. Burda. […]

Julii Duval udaje się odnaleźć Bourdais’go, ale wciąż niepokoi się o przyszłość tego związku z byłym skazańcem. Władysława spędza pierwsze sześć miesięcy po porodzie w głębokiej samotności w domu samotnej matki w Tours. Po raz kolejny inspektorka jest jej jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym. Największym zmartwieniem młodej matki pozostaje niemożność zapewnienia dziecku opieki. Kilkakrotnie w swoich listach zauważa: „[…] dziecko mi się ładnie chowa […], waży 7 kila naga, cieszyłabym się, zebym mogła jeszcze karmić miesiąc, ale jeśli nie ma placu, to trudno”.

Źródło

Tekst stanowi fragment książki „Polki w polu”, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.

Poznaj niezwykłe polskich losy kobiet, które przed wojną za granicę wygnała bieda

Autor
Monika Salmon-Siama

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.