Rozpoczęta przez Ottona von Bismarcka 1871 roku walka z wpływami Kościoła katolickiego w Niemczech przeszła do historii jako Kulturkampf. Jednym z jej kluczowych elementów było usunięcie z administracji osób niebędących protestantami. O tym jak przebiegał ten proces pisze w swojej książce profesor Grzegorz Kucharczyk.
Strach przemieszany z pogardą oraz wezwanie do wzmożonej czujności zaowocowały (…) szczególną troskliwością środowisk liberalno-protestanckich o uwolnienie aparatu państwowego od „ultramontańskiego elementu”.
Reklama
Pisarze wzywali do walki
Ideologicznego uzasadnienia dla antykatolickiej czystki wśród urzędników monarchii Hohenzollernów dostarczali liberalni pisarze i liberalna prasa. Wszystkie wywody sprowadzały się do tezy, że katolik po prostu nie może być dobrym urzędnikiem. W grudniu 1873 roku liberalny dziennik („Nationalzeitung”) tak wyjaśniał tę kwestię:
Ponieważ rzymska partia [tj. katolicy – G.K.] stawia się ponad ojczyzną, nie jest więc ona równouprawniona z innymi. Dlatego też reprezentanci państwa muszą bezwzględnie występować przeciw tak usposobionym urzędnikom, by nie wychować wroga na własnej piersi… Gdyby rzeczywiście przeniesiono klerykalnego nauczyciela z klerykalnego otoczenia do świeższego środowiska [protestanckiego – G.K], byłoby to tylko z korzyścią dla niego i młodzieży jemu powierzonej.

Do czystki wzywali również czołowi liberalni pisarze polityczni. Heinrich von Sybel zadawał w 1875 roku pytanie:
Czy włoski arcykapłan [tzn. papież – G.K.], czy też niemiecki cesarz jest naszym najwyższym zwierzchnikiem? Czy mogą służyć naszej narodowej wspólnocie urzędnicy, którzy rozstrzygają to pytanie na korzyść włoskiego pontifeksa?.
A Johann Caspar Bluntschli odpowiadał:
Wobec występującego jawnie księdza nieufność byłaby czujna, by nie zechciał on kierować państwem wedle woli Kościoła. Ultramontańska osoba świecka niemniej jest zależna od hierarchii, ale łatwiej unika podejrzenia, że nadużywa swojego stanowiska dla celów Kościoła”.
Rozmowa Bennigsena z Bismarckiem
Sprawę w swoje ręce wzięli również liberalni parlamentarzyści. Jeden z ich przywódców, Rudolph Bennigsen, w jednym z listów do swojej żony (10 kwietnia 1875) tak relacjonował swoją konferencję z Bismarckiem:
Powtarzałem dzisiaj Bismarckowi i usilnie domagałem się, by wreszcie zmusić Eulenburga [pruski minister spraw wewnętrznych – G.K.], by usunąć z Nadrenii i Westfalii wszystkich klerykalnie nastawionych wyższych urzędników – prezydentów rejencji, radców rejencyjnych i landratów – lub też przenieść ich do protestanckich prowincji. Stale sprawiają oni bowiem, że wszystkie podejmowane przez nas środki są iluzoryczne i ludność może powątpiewać w powagę naszej polityki.
Reklama
Podobne wezwanie pod adresem pruskiego rządu (a konkretnie ministra spraw wewnętrznych) formułował 19 IV 1875 roku poseł Wilhelm Wehrenpfennig – jeden z przywódców frakcji narodowo-liberalnej:
Moi Panowie! Z urzędnikami, którzy nie wkładają całej swojej energii w dopilnowanie praworządności [tzn. respektowania Kulturkampfu – G.K.], z takimi oto urzędnikami w tak poważnym czasie jak obecny, nie można rządzić państwem. Wzywam więc Pana Ministra [spraw wewnętrznych]: My wykonaliśmy naszą powinność, niech teraz Pan czyni swoją!”

Ponad połowa straciła stanowiska
(…) Stygmatyzowaniu całej grupy obywateli niemieckich z powodu wyznawanej przez nich wiary oraz forsowanej przez liberałów zasadzie o „pozostawianiu przez urzędnika swoich przekonań przed drzwiami biura” sprzeciwiali się na forum parlamentarnym przede wszystkim posłowie katolickiej frakcji Centrum. Liberalnemu deputowanemu Wehrepfennigowi odpowiadał m.in. katolicki poseł Hermann von Mallinckrodt:
Iluż to jest urzędników, którzy muszą służyć rządom, które prowadzą odmienną od ich przekonań politykę! I co – teraz taki urzędnik nie tylko powinien być za każdym razem posłuszny, ale każdorazowo powinien zmieniać swoje przekonania! Gdy dzisiaj upadnie jakiś rząd, to jutro wszyscy urzędnicy w kraju powinni być przekonani, że nowy rząd od jutra będzie czynił tylko dobrze. Zastanówcie się nad tym szalonym stanowiskiem, które chce się przypisać całej klasie urzędniczej!.
Reklama
Ale pruski rząd – zgodnie z wezwaniem liberalnych parlamentarzystów – czynił swoją powinność. Zresztą już wcześniej, zanim wzywał do tego poseł Wehrenpfennig. Czystki wśród katolickich urzędników rozpoczęły się bowiem już na początku Kulturkampfu. Na przykład w 1873 roku hr. Ferdinand von Korff-Schmising, landrat w westfalskim Beckum, został przeniesiony na emeryturę z powodu podejrzeń o „ultramontańskie sympatie”.
W tym samym roku i z podobnej przyczyny pożegnał się ze swoim urzędem landrat z Düsseldorfu (Spee), ponieważ – jak to ujęto w oficjalnym uzasadnieniu jego dymisji – wykazywał „letni stosunek wobec ultramontanów”.

Podczas wspomnianej rozmowy Bennigsena z Bismarckiem ten ostatni miał obiecać przywódcy National-Liberalen „hekatombę z landratów [katolickich]”. Słowa dotrzymał. Na początku Kulturkampfu w całej Westfalii pracowało 18 landratów, którzy byli katolikami. Pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku nie było już dziesięciu z nich. Wobec żadnego z nich nie wysunięto żadnego zarzutu merytorycznego ani dyscyplinarnego. Był jeden zarzut, całkowicie ich dyskwalifikujący: wierność Kościołowi.
Spadek z 50 do 21 procent
Podobnie rzecz się miała w Nadrenii. Wilhelm von Janssen, landrat z Heinsberg, został po szesnastu latach służby pozbawiony swojego stanowiska z powodu „swoich ultramontańskich poglądów i płynącej z tego niewiarygodności swojego stanowiska wobec klerykalnych knowań”. Z tego samego powodu usunięty został landrat z Geldrii (von Eerde). Nie uchroniły go nawet zgłaszane wobec niego wątpliwości ze strony lokalnego oddziału katolickiej partii Centrum.
Reklama
Jeszcze raz przywołajmy liczby. W 1850 roku wśród urzędników państwowych w Nadrenii było ok. 50 proc. katolików. W 1875 roku odsetek ten spadł do 21 proc. Antykatolickie czystki wśród urzędników dokonane w okresie bismarckowskiego Kulturkampfu pogłębiły więc tylko obecną już wcześniej dyskryminację katolików w zakresie pełnienia przez nich stanowisk w administracji państwowej.
Zagrożeni burmistrzowie
Jednak czystki nie ograniczały się wyłącznie do administracji. Objęły również samorząd miejski. Rząd pruski w pełni wykorzystywał przysługujące mu uprawnienie do zatwierdzenia (lub nie) burmistrza wybranego przez radę miejską.

W ten sposób nie dopuszczono do objęcia urzędów przez „ultramontańskich” burmistrzów w Bonn, Düsseldorfie, Kempen, Arnsberg i Birgeln (Nadrenia i Westfalia). Najgłośniejszą sprawą była odmowa zatwierdzenia w 1874 roku burmistrza Leopolda Kaufmanna z Bonn, który pełnił ten urząd nieprzerwanie od dwudziestu czterech lat.
Burmistrza zadenuncjował Deutscher Verein (założona w 1874 roku przez H. Sybela organizacja, podobnie jak Protestantenverein stawiająca sobie za cel budzenie czujności państwa przeciw „ultramontańskiemu zagrożeniu”). Inkryminowano Kaufmannowi jego nieobecność we wrześniu 1873 roku podczas obchodów „dnia Sedanu” – chociaż nie było to oficjalne święto państwowe.
Reklama
Indagowany w tej sprawie burmistrz otwarcie przyznał, że nie jest entuzjastą tego protestancko-liberalnego święta, a ponadto osobiście nie zgadza się z „prawami majowymi”. Zaraz dodał jednak, że nie przeszkodzi to w stosowaniu przez niego antykościelnego ustawodawstwa, czego dowód dał wcześniej, nadzorując w 1872 roku likwidację siedziby jezuitów w Bonn.
To jednak nie wystarczyło. Kaufmanna pogrążyła niewłaściwa (tzn. negatywna) odpowiedź na pytanie, czy zamierza „z entuzjazmem” wypełniać legislację Kulturkampfu. Brak stosownej deklaracji kosztował go stanowisko.

Niebezpieczne było również wzięcie udziału w uroczystościach upamiętniających biskupów znanych ze swojego krytycznego stanowiska wobec liberałów i rozpętanego przez nich Kulturkampfu. W 1875 roku pruska administracja nałożyła wysokie grzywny (po 90 marek) na członków magistratu z Monastyru, tylko dlatego, że z okazji srebrnego jubileuszu posługi biskupiej abp. Kettelera wysłali do niego oficjalny adres jubileuszowy.
Wymagano „właściwych” zachowań
Swoich stanowisk nie mogli być również pewni żandarmi – katolicy. W 1874 roku szef pruskiej administracji w Hesji-Nassau raportował do ministra Falka, że „wprowadzenie w życie uchwalonych decyzji [antykościelne prawa – G.K.] należałoby przenosić katolicki personel żandarmerii z obszarów, gdzie istnieje konflikt między katolickim duchowieństwem a rządem”. Chodziło po prostu o ich transfer do prowincji protestanckich, co stało się praktyką w okresie Kulturkampfu.
Reklama
Dodajmy, że rząd pruski wymagał od swoich urzędników „właściwych” zachowań wyborczych. Minister spraw wewnętrznych Friedrich Eulenburg wydał w 1875 roku specjalne rozporządzenie wzywające pruskich urzędników do wykazywania podczas wyborów „dobrowolnego i skutecznego wsparcia płynącego z wewnętrznego przekonania”.
Zadekretowana dobrowolność – podobnie jak liberalna tolerancja przez wyrzucanie „źle myślących” z pracy – była w praktyce całkiem wyrafinowanym ćwiczeniem w dialektyce. A „zły” wynik wyborczy (tzn. wysokie poparcie dla Centrum) oznaczał, że urzędnicy „zawiedli”. Konsekwencją były kary finansowe, degradacja w urzędniczej hierarchii, a nawet zwolnienie z pracy.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki profesora Grzegorza Kucharczyka pt. Kulturkampf. Walka Berlina z katolicyzmem (Wydawnictwo Fronda 2026).
Historia walki Berlina z katolicyzmem








