Historia benedyktyńskiego klasztoru na Monte Cassino sięga VI wieku. Strategiczne położenie opactwa na szlaku między Neapolem a Rzymem skutkowało tym, że przez kolejne stulecia było ono wielokrotnie atakowane. To właśnie usytuowanie kompleksu sprawiło, że rankiem 15 lutego 1944 roku stał się celem nalotu alianckiego lotnictwa. Amerykanie i Anglicy uważali bowiem, że klasztor został obsadzony przez Niemców broniących linii Gustawa. O bombardowaniu, które obróciło opactwo w stertę gruzów pisze James Holland na kartach książki Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech.
[Dowodzący amerykańską 5 Armią] generał Clark nie chciał przykładać ręki do zbombardowania opactwa i pozostał w swoim baraku, ale formacja przeleciała nad Presenzano i z jakiegoś powodu 16 bomb spadło prosto na jego punkt dowodzenia.
Reklama
Nalot z pułapu zaledwie 300 metrów
Clark z pewnością wielokrotnie otarł się już o śmierć, lecz i tym razem szczęście go nie opuściło. Odłamki poszarpały namioty i podziurawiły pojazdy, ale cudownym zrządzeniem losu nikt nie ucierpiał. Pomijając ten incydent, reszta samolotów bez trudu odnalazła cel i zrzuciła bomby z pułapu zaledwie 300 metrów, bardzo niskiego jak na ciężkie bombowce.
Był to imponujący widok dla ludzi na zboczach góry i dalej, w różnych rejonach koncentracji wokół Cervaro. Harry Bond, przebywający w swoim punkcie obserwacyjnym na Castellone, słyszał, jak mówiło się o bombardowaniu, i podobnie jak jego ludzie był zadowolony. Wszyscy mieli nadzieję, że to wreszcie położy kres bitwie.

Sam nie wątpił, że opactwo jest przydatne dla Niemców, i uważał, że skoro ginie tylu alianckich żołnierzy, to trzeba zrobić wszystko, co mogłoby ocalić im życie i przyczynić się do przełamania nieprzyjacielskich linii. Zarazem jednak rozumiał, że opactwo symbolizuje wiele z tego, o co walczą — wiarę w ludzką godność i poszanowanie jednostki.
„Ale wojna brutalizuje — zanotował. — Prymitywne pragnienie przetrwania wkrótce bierze górę nad naszymi boleśnie nabytymi hamulcami kulturowymi i wszystko, co cywilizowane i ludzkie, co szlachetne i piękne w człowieku, może zostać równie szybko zniszczone”.
Reklama
Opactwo spowiły chmury skłębionego dymu
Był piękny poranek, ale od wschodu wiał lodowaty wiatr. Tuż przed 9.30 Bond zobaczył nadlatującą pierwszą formację, całe mnóstwo maszyn, warkot ich silników wypełniał powietrze. Nie słyszał żadnych strzelających dział, nawet niemieckiej artylerii przeciwlotniczej; było to tak, jakby wszyscy patrzyli. Samoloty się zbliżały, potem przeleciały nad ich głowami i Bond naprawdę widział spadające bomby, które wyglądały jak małe czarne kamienie.
Ziemia wokół nich drżała, kiedy bomby wybuchały, i opactwo spowiły chmury skłębionego dymu. Pojawiła się następna formacja i następna, bomby wciąż spadały, wydawało się, jakby grzmot eksplozji rozrywał górę, a skałą pod ich stopami wstrząsały dreszcze. Dym rozwiał się na chwilę i Bond zobaczył przelotnie opactwo, zanim znowu przykrył je całun.
Była dokładnie 9.25, kiedy spadły pierwsze bomby. Porucznik Michael Sullivan był wśród załóg 37 Latających Fortec z 2. Grupy Bombowej, ale w operacji brały udział jeszcze trzy inne grupy, a spośród 142 maszyn 135 dotarło do celu. „Cel 100 metrów przed nami — zanotował później Sullivan. — Naprawdę precyzyjna robota […]. Rozsadziliśmy wszystko w cholerę”. Następnie pilot położył samolot na skrzydło i zawrócił do Foggii. Była to jedna z najłatwiejszych misji, w jakich do tej pory uczestniczyli.
Mnisi zebrali się w pokoju ojca opata na sekstę i nonę i wszyscy uklękli, aby odmówić ostatnią antyfonę do Matki Boskiej, gdy nagle rozległa się straszliwa eksplozja, a zaraz potem następne. Ojciec opat udzielił im rozgrzeszenia, a Don Martino i inni modlili się w oczekiwaniu na śmierć.

Ściany drżały, dym i kurz dostawały się przez wąskie okna i widzieli płomienie eksplozji, które kruszyły mur kolegiaty. Jakimś cudem nadal żyli, toteż wszyscy zatkali sobie uszy watą, gdyż coraz więcej bomb wstrząsało opactwem.
„Bombowce nadlatują!”
Na pozycjach 6. kompanii w Colle d’Onofrio szeregowy Rudolf Donth i jego żołnierze byli dobrze osłonięci, gdyż z odłamków skał zbudowali szańce, aby się ukryć. Szeregowy Christl Wöhrl i kapral Gustl Weber jak każdego ranka, prowadzili dla nowych ludzi ćwiczenia w strzelaniu z karabinu maszynowego.
Reklama
Spadochroniarzom wydano po dwa MG42 na dziesięcioosobową drużynę, a nie tylko jeden, jak w innych rodzajach wojsk, i były one uważane za najważniejszą broń, zwłaszcza tutaj, w górach, na stanowiskach obronnych. Nagle w powietrzu zabrzmiał potężny ryk i ktoś krzyknął: „Bombowce nadlatują!”.
Kilka chwil później wprost nad ich głowami ukazała się formacja ciężkich maszyn i bomby zaczęły spadać przed nimi i za nimi. Donth i jego ludzie leżeli za i pomiędzy swoimi kamiennymi szańcami, przywierając płasko do podłoża, chociaż każda eksplozja dosłownie unosiła ich nad ziemię i ciskała z powrotem w dół.

Niewiele brakowało
Kapral Kurt Müller, jeden z nowych ludzi w kompanii Dontha, cierpiał na szczególnie ostry atak biegunki i tego dnia przebywał w punkcie dowodzenia, kiedy spadły pierwsze bomby. W ciągu kilku chwil połowa dachu małego kamiennego domku została zerwana, lecz mimo to on znowu poczuł potrzebę, żeby się wypróżnić.
Wstał i popędził do stojącej dziesięć metrów dalej latryny. Siedząc w kucki z opuszczonymi spodniami, spojrzał w górę i zobaczył, jak bezpośrednio nad nim przelatuje bombowiec, otwierają się luki bombowe i spada wiązka bomb.
Reklama
Jego koledzy chowali się za swoimi szańcami 50 metrów dalej i krzyczeli do niego. Pospiesznie wciągnąwszy spodnie, pobiegł i rzucił się na ziemię akurat w momencie, kiedy wybuchła następna wiązka bomb. Jakimś cudem nie został trafiony, ale naprawdę niewiele brakowało.
Walki o Wzgórze 593
Rankiem 15 lutego brygadier Harry Dimoline prowadził właśnie naradę planistyczną, kiedy Osmond Lovett, dowódca 7. Brygady Hinduskiej, powiedział mu, że Wzgórze 593 nie jest zajęte przez Amerykanów, lecz wciąż pozostaje w rękach niemieckich. Dimoline zamierzał tam umieścić swoje karabiny maszynowe i moździerze, aby zapewnić osłonę piechocie, gdy ta będzie przechodzić przez Colle d’Onofrio, ze skalistą skarpą jako solidną podstawą, zatem cały jego plan stanął pod znakiem zapytania.

Jak podkreślił Lovett, nie da się dojść do Wzgórza Klasztornego, dopóki 593 nie znajdzie się w rękach alianckich, i zaproponował jego zdobycie jako odrębną operację. Dimoline uznał ten argument i razem uzgodnili, że Royal Sussex zajmą wzniesienie tej nocy, z 15 na 16 lutego, a główny atak odbędzie się następnej nocy, z 16 na 17 lutego. W tym momencie nadleciały ciężkie bombowce i zaczęły zrzucać swój ładunek na opactwo.
Chociaż Freyberg nie znał prawdy o Wzgórzu 593, po południu 14 lutego dowiedział się od Clarka, że bombardowanie zostanie przeprowadzone następnego ranka. Wiedział też, że Dimoline zamierza zaatakować dopiero wieczorem 16 lutego. Cały jego plan już straszliwie rozłaził się w szwach, zanim jeszcze zaczęto wcielać go w życie, toteż musiał sobie uświadamiać, że bitwa może się zakończyć tylko w jeden sposób. Było to po prostu posyłanie dobrych ludzi na rzeź.
Reklama
Oczywiście presja polityczna z Londynu i Waszyngtonu była niezwykle silna, a perspektywa niemieckiego kontrataku pod Anzio budziła ogromny niepokój, lecz operacja, która nie osiągnęła zamierzonych celów, nie mogła pomóc żołnierzom na przyczółku. Ale zamiast położyć kres całemu temu żałosnemu przedsięwzięciu tu i teraz, Freyberg wrócił do swojej kwatery głównej i powiedział Dimoline’owi, że bombardowanie odbędzie się następnego ranka, i to wszystko.
Kolejne bombowce nad Monte Cassino
Druga fala samolotów nadleciała około 10.35 i przez następne dwie godziny średnie bombowce obrzucały opactwo tym razem 450-kilogramowymi bombami. Kolejna fala pojawiła się o 14.00 i ten nalot okazał się najbardziej skuteczny. Łącznie zrzucono na opactwo i otaczające je górskie zbocza 576 ton bomb.

W swoim schronie pod dziedzińcem kolegiaty mnisi i ojciec opat znowu ocaleli; grube bastiony, na które zwracał uwagę Tuker, wytrzymały, chociaż mur oporowy po zachodniej stronie uległ zniszczeniu, a jego szczątki zablokowały częściowo wejście do schronu. Mimo podeszłego wieku ojciec opat zdołał się wydostać z pomocą młodszych mnichów i wszyscy, ściskając w rękach walizki, które spakowali poprzedniego wieczoru, wspinali się na schody, usłane teraz gruzem, i wyszli na dziedziniec.
„Obraz całkowitego zniszczenia”
„Naszym oczom ukazał się najsmutniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić — zanotował Don Martino — obraz całkowitego zniszczenia”. Wszystko wokół leżało w ruinie, lecz było też wielu rannych i umierających. Niektórzy zdecydowali się uciekać, kiedy spadły pierwsze bomby, ale większość została. Mnisi próbowali pomóc tym cywilom, lecz dostęp do wielu miejsc, gdzie się schronili, był niemożliwy.
Reklama
Don Martino i Don Agostino znaleźli niezablokowane drzwi do niższej Kaplicy Torretty, a kiedy je otworzyli, usłyszeli krzyki kobiety, której wybuch urwał stopy. Zanieśli ją do Torretty, ale na schodach do kaplicy natknęli się na kilkuset ludzi, wśród których zdarzali się ranni, chociaż szczęśliwym trafem większość nie odniosła żadnych obrażeń.
Don Martino nie mógł wyjść z osłupienia, ledwo pojmował, co się wydarzyło, i nie ogarniał rozmiarów zniszczenia, które widział wszędzie dookoła. Około godziny 20.00 zjawił się niemiecki oficer z pismem od samego Adolfa Hitlera, który obiecywał zawrzeć krótki rozejm z aliantami, aby ojciec opat, mnisi i cywile mogli opuścić opactwo; mnisi zostaną zabrani do Watykanu, zapewnił ich oficer. „Feldmarszałek Kesselring poprosi o rozejm dziś w nocy — powiedział. — Miejmy nadzieję, że Amerykanie się zgodzą, bo inaczej wina spadnie na nich”.

„Oglądałem najpiękniejszy widok”
Tego wieczoru Frank Pearce po kolejnym dniu ciężkiej pracy przy odbudowie drogi przez górną Rapido znowu sięgnął po swój dziennik. „Oglądałem najpiękniejszy widok, jaki spodziewałem się zobaczyć na wojnie — napisał. — Jasny dzień i w grupach po 24 nadleciały 143 Latające Fortece, które zbombardowały klasztor i górę nad Cassino. Później przyleciało 36 B-25, a wieczorem kolejne 36. Klasztor jest teraz stertą gruzów”.
I w tej stercie gruzów wciąż chronili się mnisi i około 700 cywilów. Don Martino nie mógł spać; nie potrafił przestać myśleć o koszmarnych wydarzeniach tego dnia i o strasznej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Zastanawiał się, czy naprawdę powinni stąd odejść, a jeśli tak, to czy zdołają zabrać ze sobą rannych i chorych.
Reklama
Martwił się też o 79-letniego ojca opata i o to, czy uda mu się zejść górską ścieżką w środku nocy. Chociaż jeśli zostaną, to czy nie zginą wszyscy pod gruzami? Nie po raz pierwszy od chwili, kiedy dotarła do nich wojna, zastanawiał się, co robić. Nagle rozległ się głośny trzask i łoskot osypujących się kamieni; zawaliła się apteka i sklepienie Kaplicy Drogi Krzyżowej. Było około 1.30 16 lutego.
Wszędzie indziej wokół góry panowała niesamowita cisza. Na tle nocnego nieba majaczyło opactwo, już nie monumentalna budowla, jaką było jeszcze tego ranka, ale żałosne rumowisko i poszarpany zarys strzaskanych murów.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Jamesa Hollanda pt. Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech (Wydawnictwo Literackie 2026). Przekład: Maciej Antosiewicz.
Pięć miesięcy piekła we Włoszech








