„Chłopaki nie płaczą” to w Polsce znacznie więcej niż frazes z popularnej piosenki. To życiowa zasada, traktowana zupełnie na serio. Możecie nie zdawać sobie z tego w pełni sprawy, ale jest to też aspekt kultury, który zdecydowanie odróżnia nas od reszty Europy. Pod względem podejścia do łez Polacy są obecnie niemal zupełnym wyjątkiem.
Temat dzisiejszego artykułu to jeden z BARDZO wielu wątków, które poruszam w mojej nowej książce pt. Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy. Już możecie zamówić ją w przedsprzedaży.
„Czy jest akceptowalne, aby mężczyzna płakał?”, Takie pytanie padło w ramach badania europejskich stereotypów płciowych, przeprowadzonego w 2024 roku na potrzeby Eurobarometru. W krajach Unii średnio 51% respondentów odpowiedziało stanowczo „tak”. Że oczywiście mężczyźni mają prawo płakać, identycznie jak kobiety.
Reklama
W Szwecji, znajdującej się na szczycie stawki, takich deklaracji padło 95%! W Hiszpanii 76%, we Francji 60%, w Niemczech 50%. Co zaś z Polską? My znaleźliśmy się na drugim końcu rankingu, z zupełnie najniższą, ostatnią notą. Tylko 22% z nas wprost i bezapelacyjnie daje mężczyznom prawo do płakania. Choć uczciwie dodajmy, że większość respondentów przynajmniej „raczej się zgadza”, że mężczyźnie mogą czasem pocieknąć łzy. Raczej. Nawet to należałoby uznać za pewien postęp w stosunku do utartej normy.
Historia polskiego szlochu
Niestety polscy naukowcy nie poświęcili dotąd zbyt wiele uwagi badaniom historii naszego podejścia do łez i płaczu. Można w każdym razie stwierdzić, że obecny obyczaj, zgodnie z którym w męskim płaczu jest rzekomo coś niewłaściwego, „słabego”, nawet kompromitującego, nie ma bardzo długiej metryki. Przez większość polskiej historii rozumowano inaczej.

Zacznijmy od początku. W średniowieczu mężczyźni jak najbardziej płakali, również nad Wisłą. No i robili to naprawdę chętnie, otwarcie. Kalina Słaboszowska, historyczka z Uniwersytetu Warszawskiego, przed paroma laty przeanalizowała więc chociażby wzmianki o płaczu padające w sławnej, XV-wiecznej kronice Jana Długosza.
Nie tylko raz po raz występują tam płaczący mężczyźni, ale z tekstu wyraźnie wynika, że w pewnych sytuacjach wprost oczekiwano od nich łez. Na przykład więc podczas pogrzebów cenionych władców szlochać były zobowiązane tak panie, jak i panowie. Ze łzami wypadało zanosić prośby do króla, co niejako potwierdzało wagę przedstawianych problemów.
Reklama
Jeśli komuś nie tryskały z oczu fontanny, to najwidoczniej wcale nie zmagał się z poważnym wyzwaniem, wolno było go zignorować. Długosz wspominał więc, że dajmy na to rajcy i kupcy krakowscy szlochali, gdy prosili o coś króla Kazimierza Jagiellończyka. I że samemu władcy też, gdy słuchał ich zawodzenia, ciekły „obfite” łzy z oczu. Z kolei Władysława Jagiełłę kronikarz wręcz krytykował za to, że płakał tylko po jednej ze swoich żon i że w następstwie śmierci swojej córki nie uronił oczekiwanych łez.
O tym, że płacz mógł się wydawać czymś ze wszech miar męskim świadczy poza tym przykład bitwy pod Grunwaldem. Podobno przed nią, podczas wspólnej modlitwy, w uniesieniu płakała większość polskich rycerzy. A „bardzo wielu” z nich miało wręcz „szlochać”, zawodzić.

Płacz… polityczny?
W czasach nieco późniejszych, w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, polskim mężczyznom wciąż jak najbardziej wolno było płakać. I wciąż w pewnych sytuacjach wręcz byli oni do łez zobowiązani. Historyczka Anna Kalinowska pisze, cytuję: „W kulturze staropolskiej płacz uważany był za naturalny sposób ekspresji, a płaczący publicznie dorosły mężczyzna nie stanowił wcale widoku niezwykłego ani krępującego”.
Od pobożnego człowieka oczekiwano, że w Kościele, na przykład w reakcji na dobre kazanie, będzie głośno, wprost ostentacyjnie chlipać. Podobnie za dobre przemówienie polityczne, wygłoszone na przykład na sejmie, uważano takie, które wycisnęło słuchaczom łzy z oczu. Płacz był poza tym i narzędziem wpływu. Wśród przykładów można wspomnieć senatorów płaczących, by przekonać Zygmunta III Wazę, aby jednak nie uciekał z kraju. Albo też błagających ze łzami Zygmunta Augusta, by ten zrezygnował ze skandalicznego małżeństwa z Barbarą Radziwiłłówną.
Reklama
Typowy polski szlachcic chlipał bardzo często. Ale jednak oczekiwano od niego, że zawsze będzie mieć ku temu odpowiedni powód. Już Jan Długosz wspominał, że płacz w pewnych sytuacjach był złą przypadłością, czymś ponoć niemęskim, czy wprost typowo kobiecym. Przede wszystkich więc, wedle dawnych norm, panom wolno było płakać dla efektu, dla podkreślenia swych racji, w uniesieniu religijnym… ale nigdy ze strachu. Łzy przerażenia ponoć przysługiwały tylko kobietom.
Epoka, która zakazała Polakom łez
Takie rozróżnienia obowiązywały jednak tylko do XIX wieku. A więc do stulecia, które niemal zupełnie zakazało Polakom szlochania. Oczywiście przemiany w postrzeganiu męskości nie następowały wówczas tylko nad Wisłą, mamy tu do czynienia ze znacznie szerszym zjawiskiem. Skupmy się jednak na naszym podwórku. A nowych wzorców poszukajmy u odpowiedniego… autorytetu.
Oto Chowanna, czyli całokształt pedagogiki narodowej. To monumentalne (niemal 1100 stron!) kompendium wychowawcze ukazało się w latach 40. XIX stulecia z inicjatywy Bronisława Ferdynanda Trentowskiego. Już sama data wydania każe się spodziewać porad co najmniej… przeterminowanych. Jeśli nie wprost odpychających. I faktycznie, autor – filozof, wolnomularz, mesjanista, a tylko z pasji, nie zaś z formalnego przygotowania, pedagog – nie zawodzi.
Przy innej okazji opowiem pewnie dokładniej o tym co Trentowski zalecał na przykład młodym niewiastom, albo kobietom, które utknęły w małżeństwie z pijakiem i sadystą. Zapewniam was, że nie były to dobre sugestie. Dzisiaj jednak mamy na tapecie inny wątek. Wśród złotych myśli Trentowskiego można też bowiem znaleźć takie, które brzmią… albo jak inspiracja dla dzisiejszych postaw, albo wręcz – jak wierny opis zupełnie współczesnych poglądów. Takich, które wciąż, nawet odruchowo, wpaja się w Polsce dzieciom.

Mam oczywiście między innymi na myśli wątek płaczu i szerzej – jawnego okazywania emocji. Trentowski jakieś 180 lat temu pouczał rodziców, by córkom pozwalali płakać, bo to tendencja u nich zrozumiała, nawet oczekiwana. W końcu, jak przekonywał głosem znawcy, kobiety już tak mają, że potrzebują wylewać z siebie nadmiar uczuć. Albo w formie potoku słów, albo właśnie – we łzach.
„Chłopiec niech strawi ból i smutek na sucho”
„Dziewczątku” wolno więc było „spuścić z ocząt kilka perełek rosy”. Co innego jej bratu! „Chłopiec niech strawi ból i smutek na sucho” – pouczał autor Chowanny. Dzisiaj nikt oczywiście nie użyłby, dla wyrażenia podobnej myśli, równie kwiecistego języka. Ale sama refleksja pozostaje przecież w mocy. W każdym razie nad Wisłą.
Sugestie z Chowanny w kolejnych dekadach stały się zupełną normą. W XIX wieku w Polsce powszechnie przyjęto, że „płacz” i „męskość” rzekomo się wykluczają. Takie nauki nie zniknęły zresztą i później. Od przeszło stulecia kolejne pokolenia dzieci także od Stasia z W pustyni i w puszczy uczą się, że mężczyźnie „nie wypada płakać” i że powinien odwracać wzrok i ukrywać emocje, nawet gdy przepełni go strach na myśl o tym, że skończyły się zapasy chininy.
Reklama
O tym, że „mężczyźni nie płaczą”, pisał w jednej ze swoich powieści też Joseph Conrad, porady szły więc tak z literatury rodzimej, jak i zagranicznej. Szczególnie zaroiło się zaś od nich w gazetach i książkach dla młodzieży, wydawanych w pierwszych dekadach XX wieku. Weźmy bardzo typowy przykład.
„Cóż zrobić, jeżeli zły gwałtownie płyną do oczu?” – pytał jeden z bohaterów książki „Z orląt, orły”, wydanej w 1921 roku. Drugi odpowiadał, karcąco: „Walczyć z nimi i nie pozwolić im tak płynąć. O, mnie nieraz także płakać by się chciało, ale się wstrzymuję. Popróbuj Janku, popróbuj! (…) Ludzie rozsądni, mężczyźni, nie płaczą tak ciągle, tak robią tylko mazgaje, a ojciec twój chciałby widzieć cię zuchem”.
Nieraz padały komentarze, że brak łez to owoc pewnego postępu, ewolucji. Na przykład więc międzywojenny pisarz Alfred Konar podkreślał na kartach jednej z powieści, że może i w czasach mamutów każdy szlochał, ale „teraz już mężczyźni nie płaczą”. Już nie trzeba bać się, ze ten czy innych chłopak zareaguje na przykrą wiadomość łzami.

„Goryczy kielich wychylić odważnie, aż do dna”
Z drugiej strony nie brakowało i refleksji, że rzecz jest jakby wymuszona przez naturę, konieczna. Choć niekoniecznie dobra dla panów, zmuszanych zawsze mieć suche oczy. W piśmie „Ziarno”, wydawanym w Warszawie, w 1902 roku ubolewano więc, że to „przyroda, która we wszystkich językach jest żeńskiego rodzaju”, w „imię brutalnego egoizmu upośledziła, pokrzywdziła mężczyzn”.
Oni bowiem pozbawieni zostali prawa do płaczu, podczas gdy kobietom niezmiennie wolno było koić troskę albo ból łzami. „Okazom brzydszej połowy rodzaju ludzkiego, przyroda odmówiła pociechy tej, nakazując goryczy kielich wychylić odważnie, aż do dna” – skwitował autor tekstu.
Do sprawy dorabiano nawet interpretacje… medyczne. Czy może raczej pseudomedyczne. Chociażby więc doktor filozofii Antoni Kosiba pisał w 1880 roku w książce O afektach, ich stosunku do uczuć i namiętności oraz ich wpływie na organizm człowieka, że ponieważ kobiety mają „słabsze i delikatniejsze nerwy”, to też „gwałtowniej odczuwają wstrząśnienia”.
Może u nich – o zgrozo – dochodzić do płaczu. Kiedy jednak „nagle i niespodziewanie” szlocha mężczyzna, jest to sygnał ze wszech miar niepokojący. A w przypadku płaczu „z radości” wręcz „nieomylny znak osłabienia i drażliwości systemu nerwowego”.
Reklama
Niby brzmi to absurdalnie. Ale jednak trudno pozbyć się wrażenia, że polscy mężczyźni faktycznie wciąż obawiają się płakać, właśnie dlatego, by nie uznano, że „mają słabsze i delikatniejsze nerwy”; i że na podobieństwo drugiej płci nazbyt „gwałtownie odczuwają wstrząśnienia”.
Brak łez jest uznawany, choć teraz właściwie tylko w Polsce, za niby kluczową oznakę męskości. W ogóle niezmiennie krytykowane jest też u nas okazywanie uczuć. Emocje uchodzą za widomą wadę.
***
Jacy naprawdę są Polacy? Co nas ukształtowało? Co odróżnia nas od wszystkich innych narodów? Temat dzisiejszego artykułu to jeden z BARDZO wielu wątków, które poruszam w mojej nowej książce pt. Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy. Już możecie zamówić ją w przedsprzedaży.








