Wielka epidemia dżumy, która w połowie XIV stulecia spustoszyła Europę doprowadziła do śmierci nawet 60% populacji kontynentu. W internecie oraz podręcznikach szkolnych można jednak znaleźć mapę, na której Królestwo Polskie stanowi zieloną wyspę, enklawę oszczędzoną przez zarazę. O tym czy faktycznie państwo Kazimierza Wielkiego zostało ominięte przez czarną śmierć pisze Anna Zielińska w książce Historyczne bzdury o średniowieczu.
Pewnie czytaliście o kontrolach granicznych nakazanych przez Kazimierza Wielkiego albo o kwarantannie, jakiej poddawani byli wszyscy przybysze.
Reklama
Skąd wzięła się słynna mapa?
Być może słyszeliście także inne teorie, na przykład taką, według której nasze polskie szczury różniły się od sąsiednich i były odporne na pałeczkę Yersinia Pestis. Jaka jest prawda? Obawiam się, że dużo bardziej prozaiczna, niż nam się to wydaje…
Wspomniana mapka opiera się na pracy Élisabeth Carpentier Autour de la peste noire: famines et épidémies dans l’histoire du XIVe siècle opublikowanej w periodyku „Annales. Économies, Sociétés, Civilisations”. Artykuł ten to podsumowanie stanu badań nad czarną śmiercią. Ale jak sama autorka przyznawała, jest to podsumowanie niekompletne.

Nie obejmowało w zasadzie danych dotyczących ówczesnych królestw – polskiego i czeskiego, a także części Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Na przeszkodzie stanęły nie tylko problemy znane badaczom współczesnym – ograniczenia językowe czy budżetowe – ale przede wszystkim polityczne. Artykuł opublikowano w 1962 roku. Europa była podzielona żelazną kurtyną.
Dostęp do bibliotek, źródeł, konferencji naukowych po tej drugiej stronie był utrudniony. Nauka była wtedy postrzegana jako element walki ideologicznej i na badaczy spoza bloku patrzono w najlepszym przypadku nieufnie. To dlatego Carpentier nie mogła poświęcić należytej uwagi problematyce czarnej śmierci w Polsce. No ale badacze swoje, a życie swoje. Mapka z „dziurą” powstałą przez brak danych zaczęła żyć własnym życiem, tym razem jako dowód na cudowne ocalenie przed zarazą.
Reklama
Długosz o zarazie w Królestwie Polskim
A co o czarnej śmierci w Polsce mówią nam źródła? Niestety niewiele. Pod rokiem 1348 Jan Długosz w swoich Rocznikach zanotował:
Wielka zaraza morowa która się wdarła do Królestwa Polskiego, dotknęła okropnym morem nie tylko Polskę, ale i Węgry, Czechy, Danię, Francję, Niemcy i niemal wszystkie królestwa chrześcijańskie i barbarzyńskie, siejąc wszędzie straszną śmierć .

Nie była to jedyna fala dżumy, jaka uderzyła w kraj. Pod 1360 rokiem Długosz pisał o kolejnej epidemii, która według jego opinii miała zabić 20 tysięcy osób. W 1371 roku, jak zanotował Janko z Czarnkowa, w kraj miała uderzyć pestis puerorum – zaraza chłopięca czy też młodzieńcza. Tym razem dżuma miała się okazać szczególnie śmiertelna dla ludzi młodych.
Ciekawe wnioski można także wysnuć na podstawie analizy cen produktów oraz zarobków robotników najemnych. Zasada jest prosta – gdy rąk do pracy brakuje, pracownik może pracodawcy narzucić lepsze warunki zatrudnienia. Gdy żywności jest mało, drożeje. Gdy jest jej pod dostatkiem, tanieje. Proste zależności w ekonomii są niezmienne od stuleci.
Reklama
Niemożliwa była skuteczna blokada granic
Norweski historyk Ole Benedictow w swojej pracy The Black Death 1346 – 1352. The Complete History zajął się także problemem „zielonej wyspy”. Ustalił, że Polska została zaatakowana z trzech stron – od północy, przez Gdańsk, Elbląg i Frombork, a zaraz podążyła na południe korytem Wisły, od zachodu, szklakiem handlowym z Norymbergi na Ruś, oraz od południa i południowego zachodu – szlakami ze Śląska, Czech i Węgier.
Benedictow przeanalizował także wspomniane dane dotyczące cen i zarobków. Zauważył podobną zależność, jaka występowała w spustoszonych (i dużo lepiej opisanych w źródłach) krajach zachodu. Zarobki robotników najemnych wzrosły, a zboże potaniało. Pozwala to sądzić, że i u nas liczba ludności spadła.

Co więcej, epidemiolodzy z zacięciem historycznym też nie są optymistami. W XIV wieku nie było możliwości wprowadzenia skutecznej blokady granic. To jeszcze nie czasy paszportów, kontroli granicznych i tłumaczenia się celnikom z kanapki z szynką… Skontrolowanie, czy aby na pewno nikt niepowołany nie przemknął na drugą stronę granicy, nie było możliwe.
Wymiana towarów musiała trwać mimo zarazy. A wystarczyło, że do miasta trafił jeden chory, do portu zawinął jeden statek ze szczurami albo jeden transport towaru, w którym zalęgły się pchły (bo pchła na zwierzęciu tylko żeruje i składa jaja, do życia natomiast woli inne miejsca, na przykład wykładziny, futra czy meble tapicerowane), aby rozszalała się epidemia.
Tak więc o ile do obrony jest teza, że pierwsza fala epidemii obeszła się z Królestwem w miarę łagodnie, tak twierdzenie, że byliśmy zieloną wyspą w morzu zarazy, jest nieuprawnione i wzięło się po prostu z niezrozumienia pewnego artykułu sprzed blisko 60 lat.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Anny Zielińskiej pt. Historyczne bzdury o średniowieczu (Sploty 2026). Premiera 15 lipca, ale już dzisiaj możecie zamówić swój egzemplarz.
Średniowiecze bez mitów








