Czwartek 24 października 1924 roku uważany jest za początek wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych. Tego dnia na Wall Street spadki sięgnęły około 11%, a z giełdy wyparowały przynajmniej 3 miliardy ówczesnych dolarów. Panikę udało się jednak na chwilę powstrzymać dzięki interwencji przedstawicieli największych banków, które zaczęły skupować akcje. Część inwestorów łudziła się więc, że nie dojdzie do krachu. Ich nadzieje prysnęły na początku kolejnego tygodnia. O tym jak wyglądał czarny wtorek na Nowojorskiej Giełdzie Papierów Wartościowych pisze Andrew Ross Sorkin w książce pt. 1929. Największy krach w historii Wall Street.
W poniedziałek rano, 28 października, po swoim zwyczajowym spacerze z domu do National City Bank, [dyrektor generalny Charles Edwin] Mitchell przybył do biura spocony, gdyż jak na tę porę było niespotykanie ciepło, temperatura przekraczała 23°C.
Reklama
Poniedziałek był kolejnym złym dniem
Mitchell miał nadzieję, że giełda uspokoi się natychmiast po otwarciu, a panika naprawdę dobiegła końca. Liczył, że gracze zaufają syndykatowi zawiązanemu przez bankierów.
Tuż przed dziesiątą Mitchell przeszedł do działu handlowego mieszczącego się na drugim piętrze budynku pod numerem 55 przy Wall Street, by przyglądać się notowaniom z paska telegrafu po otwarciu giełdy. Ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, ledwie rozległ się gong, rozpętała się gorączka wyprzedaży.

Natychmiast do niego dotarło, że ten poniedziałek będzie kolejnym złym dniem. Niepokój, który, dzięki swemu niepoprawnemu optymizmowi, dotąd udawało mu się trzymać na wodzy, zaczął się wkradać w jego myśli.
Około 10.30, gdy notowania swobodnie pikowały, Mitchell otrzymał telefon z wezwaniem na kolejne spotkanie Wielkiej Szóstki bankierów na Giełdzie, gdzie mieli się zastanowić, co można zrobić, by uspokoić nastroje.
Reklama
W drodze z sali handlowej do windy, wydał kilka ważnych poleceń Hughowi Bakerowi, szefowi działu handlowego firmy. Przekazał mu, że ma nadzieję, że „kurs City Bank da się utrzymywać na poziomie wartości parytetu” – innymi słowy, liczył na to, że maklerzy Bakera będą wykupywali akcje banku, jeśli zaczną odnotowywać nadmierny spadek, żeby utrzymać je na obecnym poziomie, co było warunkiem absolutnie koniecznym do sfinalizowania fuzji z Corn Exchange Bank, nadal oczekującej na to, by mogła dojść do skutku. Po wydaniu tych dyspozycji Mitchell wsiadł do windy i zjechał.
Dalsze spadki wartości akcji
Tymczasem na parkiecie Giełdy kurs U. S. Steel otworzył się na poziomie 207, po czym osunął się do 186. Whitney znów pojawił się na parkiecie i krążył w pobliżu stanowiska numer 2, tym razem nie składając żadnej oferty, jak gdyby sama jego obecność miała przywołać hordę kupujących. Nic z tego. Nawet najsolidniejsze papiery czołowych spółek poleciały na łeb na szyję: AT&T spadło o 24; Columbian Carbon o 61; Consolidated Gas o 20; GE o 47; Eastman Kodak o 41; Otis Elevator o 60; i tak dalej, bez końca.
Bankierzy, do których dołączył Owen Young z GE, doszli wówczas do wniosku, że nie są w stanie skutecznie podtrzymywać poziomu kursów tak wielu jednocześnie zagrożonych akcji. Jedyne, co mogli robić w tym momencie, to nadal wypełniać „luki” w akcjach z ich listy – tych, na które nie zgłaszano żadnych ofert kupna. Oznaczało to jednak przy tej okazji wzrost ryzyka, na jakie mogli być narażeni.
Mitchell, wstrząśnięty gwałtownymi spadkami, udał się do nowojorskiego Banku Rezerwy Federalnej na posiedzenie komitetu wykonawczego, na którym próbowano zdecydować, jakie kroki należy podjąć, jeśli w ogóle można było cokolwiek jeszcze zrobić.

Smutny bilans dnia
Rozpoczęte o 14.00 posiedzenie było krótkie i zakończyło się o 15.05. Przejrzano raporty o stanie rynku pieniężnego, raport dotyczący banków „pożyczających ponad wartość kapitału i nadwyżki” oraz „banków z listy specjalnej”. Wkrótce jednak stało się jasne, że w całej radzie nikt nie ma genialnego pomysłu, jak zaradzić tej sytuacji. O tym, jak niepokojąca stała się panika giełdowa, świadczył fakt, że komitet poinformowano wówczas, że 163 banki wystąpiły o zaliczki i redyskonto na kwotę 148 mln dolarów i je otrzymały – niemal dwukrotnie więcej niż tydzień wcześniej. Mitchell i pozostali członkowie rady rozeszli się bez podjęcia jakiejkolwiek decyzji.
Następnie, krótko przed 17.00, Mitchell udał się do Domu Morgana, gdzie zgromadziło się wielu prezesów banków, by omówić możliwe kroki. Tym razem uznano, że żaden zdecydowany ruch nie jest wskazany. Nie wydano formalnego oświadczenia, choć poszczególni członkowie Wielkiej Szóstki rozmawiali z kilkoma reporterami, powtarzając im, że nie będą podejmować prób podtrzymywania określonych poziomów cen, ale ze swej strony dołożą wszelkich starań, by na giełdzie przywrócić porządek.
Reklama
Tamtego dnia, zanim telegraf giełdowy nadrobił opóźnienie i dowlókł się do momentu zamknięcia sesji, sprzedano 9 mln akcji – ponad dwa razy więcej niż wynosiła średnia dzienna. Spadek był druzgoczący: indeks Dow obniżył się o ponad 38 punktów, czyli o 13 procent. (…)
Mitchell bierze sprawy w swoje ręce
Następnego ranka, we wtorek 29 października, gdy Mitchell i [prezes National City Bak Gordon] Rentschler szli do pracy, Mitchell tłumaczył, że jego „nocne rozmyślania” doprowadziły go do wniosku, że najwyższa pora wkroczyć do akcji.

Spodziewał się ogromnej wyprzedaży w momencie otwarcia giełdy i tym razem postanowił, że to on zatamuje ten krwotok, niosąc ocalenie swojemu bankowi.
– Postanowiłem tyle, że sam muszę przyjść z pomocą w tej sytuacji – jak wspominał tamten poranek. – Wiedziałem, że pozostało naprawdę niewiele i nie będzie już szans na zorganizowanie jakiejkolwiek grupy.
Reklama
Tego ranka trzeba było zrobić coś, co zamortyzowałoby spadki notowań – powiedział Rentschlerowi. – Jeśli zależy mi na ochronie tej instytucji, na szalę muszę rzucić własne aktywa.
Po przybyciu do biura wezwał do swojego gabinetu Hugh Bakera. Mitchell wyłożył mu swój plan: użyje własnych funduszy, by odkupić akcje National City, i podejmie próbę uzyskania pożyczki z innego banku na pomoc w sfinansowaniu tego zakupu. Polecił zatem Bakerowi, by od chwili otwarcia giełdy zaczął skupować akcje National City na jego osobisty rachunek, a sam „znajdzie jakiś sposób, by temu sprostać”.

Pożyczka od J. P. Morgan
Mitchell natychmiast potem wyszedł, pokonał 90 metrów wzdłuż Wall Street, od swojego biura do J. P. Morgan, gdzie wspiął się po pięciu stopniach budynku, otworzył drzwi z brązu i szkła i znalazł się w przedpokoju prowadzącym do schodów oraz windy dowożącej do gabinetów wspólników. Spotkał tam [Thomasa Williama] Lamonta i George’a Whitneya i powierzył im swój sekret.
– National City Company nie będzie w stanie kupić żadnych dodatkowych akcji.
Czy mógłby użyć własnego nazwiska, by „zaciągnąć kredyt na znaczną kwotę”?
Stawiał na szali nie tylko własną dumę, ale i majątek rodziny. Było jasne, o co toczy się ta gra.
Reklama
Lamont miał do Mitchella dość skomplikowany stosunek. Oczywiście był dla niego konkurentem, i to, w przekonaniu Lamonta, dość lekkomyślnym: z pewnością był mniej przewidywalny niż ludzie Morgana. (…)
Ale w tej chwili niewiele z tego miało znaczenie. Najistotniejszy był fakt, że Mitchell dysponował pewną siłą, zważywszy na rozmiary National City, a przynajmniej taką, która byłaby zdolna wyrządzić olbrzymią krzywdę praktycznie każdemu bankowi, w tym także House of Morgan. Lamont wiedział, że właśnie taki skutek przyniósłby upadek National City.
Lamont i Whitney wyrazili zgodę na udzielenie pożyczki Mitchellowi.

Mitchell wystąpił o łączną sumę 12 mln dolarów, które wykorzystał do zakupu trzech pakietów akcji: jednego liczącego 30 tys. akcji, drugiego 10 tys. i trzeciego 18 300, który przekazano Morganowi w charakterze zabezpieczenia. Pod zastaw łącznej liczby 58 300 akcji Morgan wypłacił 10 386 179,50 dolara.
Zaproszenie na spotkanie w budynku giełdy
Przez cały poranek przez Giełdę płynęła kolejna ogromna fala wyprzedaży, a kursy gwałtownie pikowały. Gracze skłonni do ich nabycia się ulotnili.
Reklama
Krótko przed południem Thomas Lamont i jego kolega-wspólnik z Domu Morgana, George Whitney, otrzymali przez telefon zagadkowe zaproszenie. Nadeszło od czterdziestoosobowej rady Nowojorskiej Giełdy Papierów Wartościowych, która zwołała nadzwyczajne posiedzenie objęte klauzulą tajności.
Tym razem nie miało się odbyć jak zwykle w sali konferencyjnej, lecz w niewielkim piwnicznym pomieszczeniu, ukrytym pod parkietem giełdowym. Wezwano na nie Lamonta i Whitneya jako reprezentantów syndykatu bankierów, by przedstawili na nim swe opinie, ale poproszono ich, by starali się zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Radzie zależało na tym, by ukrócić pogłoski o możliwości zamknięcia Giełdy, mimo że właśnie takie rozwiązanie rozważano.
Obaj wspólnicy wymknęli się spod numeru 23 przy Wall Street na tyle niepostrzeżenie, jak było to tylko możliwe, i próbowali wejść na teren giełdy niezauważeni, wskazanym wejściem, gdzie zatrzymał ich jednak strażnik, stanowczo odmawiając ich wpuszczenia. W odpowiedzi na panujący ścisk zaostrzono środki bezpieczeństwa i nikt bez ważnego powodu nie miał prawa znaleźć się w budynku.
Nawet stojąc przy wejściu, Lamont i Whitney bez trudu słyszeli, że na parkiecie panuje chaos. W końcu impas udało się przełamać i pozwolono im zejść po schodach do wąskiego pomieszczenia, gdzie odbywało się posiedzenie.

Spadki potęgowały rozpacz
Lamont zanurzył się w stalowej mgle papierosowego dymu, z której na końcu wyłoniła się spora grupa niespokojnych mężczyzn, tłoczących się w każdym dostępnym miejscu, a nawet siedzących na stołach, ściszonym głosem dzielących się opiniami o tym, co należałoby zrobić.
Wymknęli się z parkietu w dwu-, trzyosobowych grupkach, żeby nie ściągać na siebie uwagi. Lamont omiótł wzrokiem przerażone, śmiertelnie zmęczone twarze gubernatorów, którzy za ogromne pieniądze kupili sobie miejsca na Giełdzie, a teraz wszyscy mierzyli się z możliwością bankructwa przedsiębiorstw, które z takim trudem budowali.
Reklama
Głębokie załamanie się cen akcji zagrażało również całemu systemowi bankowemu. Co kilka minut ogłaszano najświeższy spadek kursów, co tylko potęgowało ich rozpacz.
W słabo wentylowanym pomieszczeniu gęstniał dym. Giełdowe telegrafy przynosiły notowania z godzinnym, a nawet większym opóźnieniem, a linie telefoniczne były przeciążone. System pneumatycznych rur, którym rozsyłano po parkiecie zlecenia, notowania i wiadomości, zdążył się zatkać. Maklerzy, wyczerpani wielodniowym obłędem transakcyjnym, nie byli już w stanie nadążać z papierkową robotą.

Drewniane skrzynki, do których wkładano zlecenia, przepełniły się tak szybko, że zastąpiono je ogromnymi koszami na makulaturę. Jeden z urzędników napchał zlecenia przeznaczone do realizacji do jednego z takich pojemników i odstawił go w kąt, żeby stał tam bezpiecznie, po czym kompletnie o nim zapomniał. Maklerzy, telefonistki, urzędnicy i chłopcy na posyłki sypiali już teraz na łóżkach polowych albo w przepełnionych pokojach hotelowych. Od wielu dni nie wracali do domów.
Czym groziło zamknięcie giełdy?
Na zewnątrz budynku koczowały tysiące drobnych inwestorów, przygnębionych, przestraszonych, rozgniewanych, którzy kolejny raz powrócili do Dzielnicy Finansowej, by się dowiedzieć, czy wszystko już stracili. Wezwano do pomocy policję, by pilnowała tłumów, ale jej zdolność zapanowania nad tak wielką rzeszą zrozpaczonych ludzi była ograniczona.
Reklama
Richard Whitney przypomniał zebranym w piwnicy bankierom i spekulantom, że zamknięcie giełdy mogłoby doprowadzić do powstania na ulicach miasta „giełd rynsztokowych” – kleconych naprędce targowisk dosłownie w rynsztokach Nowego Jorku. Do czegoś podobnego doszło już w 1873 i 1914 roku, czyli przy okazji, jedynie dwukrotnego w całej jej historii, zawieszenia Giełdy, co tylko spotęgowało panikę.
Zamknięcie oznaczałoby też zamrożenie pożyczek bankowych udzielonych pod zastaw akcji. A zamknięcie giełdy w reakcji na spadające ceny, tylko dodatkowo podgrzałoby nastroje społeczne, wywołując jeszcze większą panikę wyprzedaży.

Setki milionów nie pomogły
Lamont wyjaśnił, że Wielka Szóstka bankierów ogłosiła kapitulację; szacunkowe 240 mln dolarów, które wyłożono na wsparcie giełdy, nie przyniosło zauważalnego skutku. Musiał wręcz odpierać oskarżenia o to, jakoby syndykat zmienił swe dotychczasowe nastawienie do niedźwiedzi i sam zaczął grać krótkoterminowo na spadki.
Nie mogąc znaleźć żadnego zadowalającego rozwiązania, gubernatorzy postanowili poczekać do końca wtorku, a potem ogłosić kilka „specjalnych świąt” i skróconych sesji, by pracownicy Giełdy mogli nadrobić zaległości. Ujęcie tych zamknięć w kategorie „humanitarne”, podyktowane troską o pracowników, miało złagodzić napięcia.
Reklama
Opuszczali piwnicę grupkami, po uzgodnieniu, że będą spotykać się tam codziennie, póki kryzys nie minie. Mimo tajnego trybu posiedzenia i tak później rozeszła się plotka, że Lamont i George Whitney siedzieli skuleni pod parkietem, by z pomocą peryskopu podglądać obrót akcjami Morgana przy stanowiskach ponad nimi.
Skala strat na Wall Street w czarny wtorek
Wtorkowy bilans zamknięcia: przy niepowstrzymanym spadku indeksu Dow i z 16 mln akcji w obrocie na Giełdzie przepadły miliardy.
„New York Times” następnego dnia donosił, że „był to najbardziej katastrofalny dzień w całej historii Wall Street […], a jakiekolwiek próby oszacowania wysokości wczorajszych strat rynkowych są daremne”.
Po gongu na zamknięcie bankierzy odbyli późnym popołudniem naradę. Lamont zachowywał niebywałą powściągliwość. Powiadomił jedynie prasę, że syndykat bankierów „w duchu współpracy nadal zamierza wspierać giełdę i sam nie wyprzedawał akcji”. Zabrakło człowieka pokroju J. Pierponta Morgana, który mógłby przybyć mu na ratunek, jak w 1907 roku. Świat finansowy zmienił się od tamtego czasu nie do poznania.
Jeden z próbujących, mimo wszystko, zachować stoicki spokój bankierów ślęczał nad papierkową robotą do późnej nocy, zatwierdzając przejęcie jednej pożyczki po drugiej, aż w końcu jeden z podwładnych przekazał mu straszliwą wiadomość: bank właśnie zbankrutował.
Reklama
„To było jak grom z jasnego nieba”
Po zamknięciu giełdy 29 października przemysłowiec i finansista Arthur A. Robertson dostał telefon od prezesa pewnej spółki z prośbą o pożyczkę na kwotę 200 mln dolarów. Wspominał potem, że odmówił jej udzielenia:
bo w tym czasie musiałem doglądać własnego podwórka, nie wspominając o podwórkach najbliższych przyjaciół. Jego akcje po 115 dolarów spadły do 2 i wyskoczył przez okno swojego biura przy Wall Street. […]

Zadzwoniło do mnie z półtora tuzina przyjaciół szalejących z rozpaczy. Nie miało najmniejszego sensu pożyczać pieniędzy któremukolwiek z nich, bo i tak oddaliby je swojemu maklerowi, a następnego dnia znaleźliby się w jeszcze gorszej sytuacji niż dzień wcześniej. […] Na Wall Street ludzie wyglądali jak zombie. Przypominało to sceny ze sztuki Death Takes a Holiday [Śmierć robi sobie wolne]. Panował tam mrok.
Sidney J. Weinberg, starszy wspólnik w Goldman Sachs, siedział w swym biurze do około jedenastej wieczorem, czekając na ostateczny bilans strat firmy z tego dnia. Akcje publicznego funduszu spółki spadły z najwyższego poziomu przekraczającego 220 dolarów za sztukę, osiągniętego zaledwie parę miesięcy wcześniej, do wysokości 3 dolarów tamtego dnia.
Reklama
– To było jak grom z jasnego nieba – wspominał. – Wszystkich nas ogłuszyło.
Gdy zbliżała się północ, młody dziennikarz wjechał windą do penthouse’u nowojorskiego hotelu Sherry-Netherland34. Mimo ponurych wieści napływających tego dnia ktoś właśnie urządzał przyjęcie. Wesoły tłum w windzie zrobił miejsce posępnemu, elegancko ubranemu mężczyźnie w smokingu. Gdy kabina pięła się w górę, odliczając kolejne piętra, oznajmił ponuro:
– To najbardziej mroczny dzień w historii Stanów Zjednoczonych.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Andrew Rossa Sorkina pt. 1929. Największy krach w historii Wall Street (Wydawnictwo Poznańskie 2026). Przekład: Sławomir Królak.
Kulisy największej katastrofy finansowej XX wieku








