Przedwojenna Polska to był kraj, w którym właściwie nikt, w najmniejszych stopniu, nie rozumiał jeszcze czym jest prywatność. A tym bardziej ochrona prywatności. Taki koncept właściwie nie istniał. A na pewno nie istniał dla władz i nie godziły się z nim, wówczas naprawdę potężne, koncerny prasowe.
Poniższy materiał, w znacznie dłuższej wersji, ukazał się pierwotnie w formie wideo na moim kanale na Youtube.
Decyzja o tym, czy należy podawać pełne nazwiska, fotografie, adresy i dane zawodowe bohaterów artykułów niemal zawsze leżała po prostu w gestii dziennikarzy.
Reklama
Zdarzało się, że szczegóły były kamuflowane, że jakiś Kowalski stawał się w relacji prasowej panem K. Ale to nie wynikało z przepisów, z obowiązującego prawa, tylko głównie z… koneksji. Nie demaskowano ludzi zaprzyjaźnionych z danym tytułem, albo na tyle wpływowych i zamożnych, by mogli zaszkodzić pismu. No i jeszcze polityków obozu rządzącego, bo przecież w kraju obowiązywała, zwłaszcza po przewrocie majowym z 1926 roku, ścisła cenzura prasy.
Prasa bez żadnych ograniczeń… poza cenzurą
Co do wszystkich innych ludzi, panowała wolnoamerykana. Czy wolnopolanka. Gdy dochodziło do afer, przestępstw albo skandalików towarzyskich, mogących budzić zainteresowanie społeczne, gazety natychmiast podawały nazwiska podejrzanych czy uczestników zdarzenia.

Drukowano też ich adresy zamieszkania, miejsca pracy, absolutnie wszystkie detale na ich temat, jakie udawało się ustalić. I robiono to zanim w ogóle policja ewentualnie sprawdziła prawdziwość podejrzeń, albo zanim zweryfikowano co jest plotką, a co faktem.
To mogło oczywiście prowadzić, i prowadziło, do nagonek na zupełnie niewinnych ludzi, którzy nie mogli czuć się bezpiecznie nawet we własnych domach.
Reklama
Potem zaś, w razie błędu, rzecz jasna nie odwoływano raportów, a tylko drukowano kolejne, już z nowymi nazwiskami i szczegółami. I naprawdę nie mówię o jakiś jednostkowym zjawisku.
Prasa działała w ten sposób stale, przez cała epokę. Nigdy tego też prawnie nie ukrócono. Jeśli rzecz wydaje wam się nieprawdopodobna, to zachęcam do przejrzenia niemal dowolnej przedwojennej bulwarówki. Tysiące numerów da się znaleźć za darmo w bibliotekach cyfrowych.

Zadzwoń do każdego. Przedwojenne rozumienie prywatności
Zresztą tu nie chodziło tylko o drapieżną prasę z czasów II Rzeczpospolitej. Wtedy w ogóle jeszcze nie doceniano, że człowiek może chcieć mieć swoją prywatność. Dla mnie chyba najlepszym przykładem jest o ta książka. Leksykon „czy wiesz kto to jest?”, wydany pierwotnie w 1938 roku.
Książka zawiera kilka tysięcy biogramów osób publicznych. I to publicznych w bardzo szerokim rozumieniu – od lokalnych społeczników, nauczycieli czy artystów, przez przemysłowców, po polityków, dyplomatów i czołowych celebrytów w dowolnej dziedzinie. Dlaczego jednak o niej mówię?
Reklama
Ano dlatego, że przy zdecydowanej większości biogramów widnieją nie tylko szczegóły z życiorysu, ale też – dokładny adres i ewentualnie numer telefonu danej osobistości.
Jeśli więc żylibyście bezpośrednio przed drugą wojną światową i na przykład nie spodobałby wam się artykuł krytyka muzycznego Karola Stromengera, to wiedzielibyście, że możecie zdybać go przy ulicy Wilczej 5 w Warszawie, albo zadzwonić pod wskazany numer.

Tak samo gdybyście chcieli złożyć osobiste wyrazy uznania na przykład aktorce Janinie Romanównie, to z leksykonu bylibyście w stanie pozyskać nie tylko dane o budynku gdzie żyła, ale nawet numer jej mieszkania. No i znowu – też numer telefonu. I tak samo rzecz się miała w przypadku przynajmniej jakichś dwóch, trzech tysięcy innych osób z leksykonu. W tym też ludzi z pierwszych stron gazet, naprawdę sławnych, jak chociażby Tadeusz Boy-Żeleński.
Nie jest jasne na ile ludzie uwzględnieni w „Czy wiesz kto to jest?” sami podawali swoje namiary, a na ile redakcja wyszukiwała je we wszelkich dostępnych źródłach i drukowała niezależnie od ich woli. Głośnych protestów w każdym razie nie było.
Reklama
Po prostu wtedy jeszcze nie myślano, że człowiek może chcieć oddzielać życie prywatne od zawodowego, że może z drugiej strony nie chcieć mieć stalkerów i dostawać anonimów wsuwanych pod drzwi mieszkania.
Pełną opowieść o przedwojennej prywatności, wraz z historiami kryminalnymi, które szczególnie trafnie ją obrazują znajdziecie na moim kanale na Youtube:
Mroczne sekrety II RP w książce Kamila Janickiego








