Panuje utarte przekonanie, że kobiety w nowożytnej Rzeczpospolitej miały wyjątkowo silną pozycję. Ponoć cieszyły się większą niezależnością niż w innych krajach, były zachwalane przez mężów jako przyjaciółki, traktowano je poważnie i z respektem. Taki obraz tylko w niewielkim stopniu odpowiada prawdzie.
O wyróżniającym się, na tle innych krajów, statusie polskich kobiet, można zasadniczo mówić wyłącznie w odniesieniu do szlachcianek, członkiń najwyższej, najbardziej uprzywilejowanej warstwy społeczeństwa. To właśnie one miały cieszyć się nad Wisła szczególną niezależnością. Taka wizja to jednak znaczne nadużycie.
Reklama
Typowe szlachcianki miały w Rzeczpospolitej swobodę głównie w tym sensie, że oczekiwano, iż będą w dalece samodzielny sposób zarządzać rodzinnym folwarkiem, kierować służbą, zawiadywać kuchnią, dbać o porządek, zapasy, a pod nieobecność mężów właściwie o cały interes. Miały więc… prawo do pracy. I głównie do niej.
Przystojne zabawy polskiej szlachcianki
Władysław Jeżowski, w utworze z XVII stulecia, wyjaśniał, że dobra żona ma obowiązek oddawać się „przystojnej zabawie”. Tą zaś była… harówka każdego rodzaju, jaki przynosił korzyść domowi.

Od przygotowywania płócien, przez opiekę nad cielętami, kurami, gęsiami i owcami, po ustawiczne uszczęśliwianie małżonka. Dopiero to wszystko, cały ten udział w rzeczonych „zabawach”, miało sprawiać, że kobieta zyskiwała prawo, by zadowolony mąż nazywał ją swoim „przyjacielem”.
„Przez całą epokę w gronie średniej szlachty dominował model kobiety podporządkowanej, karnej, niemieszającej szyków mężowi” – komentuje Kamil Janicki w książce Warcholstwo.
Reklama
Od żon oczekiwano pokory, zrozumienia, że zajmują drugie miejsce za mężem. Jakub Kazimierz Haur, autor bardzo popularnej na folwarkach księgi „Ekonomika ziemiańska generalna”, wydanej w drugiej połowie XVII stulecia, podkreślał, że dobra połowica „umie znosić” humory męża, szanuje go, „słucha go we wszystkim, a woli jego nie sprzeciwia się w niczym”.
Krzysztof Krasiński podobnie zalecał, by małżonka „czciła, szanowała i miłowała” męża. Poprzez posłuszeństwo względem jego władzy okazywała przecież własną mądrość.

„Zawsze gorsza jest białogłowa, aniżeli mężczyzna”
Nie zaszkodzi przytoczyć jeszcze przemyśleń sławnego Andrzeja Frycza Modrzewskiego, który przekonywał, że kobiety „rodzą się do kądzieli”, a ich podległość mężczyznom jest nienaruszalna, bowiem ustanowił ją sam Stworzyciel. W opinii tego luminarza każdy człowiek, który w życiu publicznym uwzględniał sugestie połowicy „okrywał się hańbą”.
Podobnie inny XVII-wieczny intelektualista, Szymon Starowolski, jednoznacznie oznajmiał, że wśród ludzi obowiązują te same boskie reguły, co w świecie zwierząt. Również więc między nimi „zawsze gorsza jest białogłowa, aniżeli mężczyzna”.
„O rzekomej niższości umysłowej kobiet przekonywał też Petrycy z Pilzna. Wprawdzie zachęcał dziewczęta do wszelkich robót w gospodarstwie domowym (szycie, tkanie itp.), chronić je tym samym przed próżniactwem, lecz nie przyznawał im zdolności do zrozumienia jakiejkolwiek wiedzy” – pisze pedagożka dr Barbara Wlaźlik.
Reklama
Dziesięcioro przykazań mężowskich
Najbardziej dosadnie wypowiadał się jednak chyba Bartłomiej Paprocki – autor najsłynniejszego polskiego herbarza epoki nowożytnej, ale też nie tak znanych dzisiaj, kiedyś jednak dalece popularnych, utworów wymierzonych w kobiety.
W swoim Dziesięciorgu przykazań mężowskich Paprocki wyjaśniał czytelnikom, innym panom herbowym, że żony są niczym „dzikie zwierzęta”, które trzeba „ukrócić i woli swej nauczyć”. I które na przykład nie powinny zatruwać sobie słabych umysłów jakąkolwiek wiedzą, ani odzywać się niepytane.

To i tak nie były zresztą najbardziej mizogińskie rzeczy, jakie rozgłaszał. Cały osobny tekst Paprocki poświęcił fizycznemu karaniu żon. Jak pisze Kamil Janicki:
Nie wahał się sugerować szlachcicom, by związane partnerki wieszali na piecu i okładali kijem bez umiaru. Sugerował, żeby fizycznie badać, który rodzaj drewna zada kobiecie więcej bólu; „by stłukłszy o nią sto kijów”, zagrzebać ją „w końskim gnoju”. By ręki nie żałować, bo białogłowy są „wężowej natury”, trzeba je „mocno smarować” po lędźwiach, „dosięgać dziewiątej skóry”. „Jedno kij, tę recepturę miej na nią za pasem / Żeby się nie warcholiła – przykładaj jej czasem” – kwitował.
***
Pretekstem dla powstania tego artykułu była nowa powieść Mai Wolny pt. Ciała niebieskie – poświęcona silnej, niezależnej kobiecie tej epoki, która nie bała się łamać konwenansów. Ukazała się ona nakładem wydawnictwa Marginesy w 2026 roku.
Poznaj wielką miłość Mikołaja Kopernika








