Dowodzone przez generała Władysława Andersa jednostki 2. Korpusu Polskiego ruszyły do pierwszego ataku na Monte Cassino 11 maja 1944 roku. Mimo ogromnego heroizmu żołnierzy atak tego dnia nie przełamał niemieckich pozycji. Dopiero drugi szturm przeprowadzony kilka dni później przyniósł zamierzony skutek. O jego przebiegu pisze James Holland na kartach książki Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech.
Po zakończeniu pierwszego ataku Władysław Rubnikowicz i 12. Pułk Ułanów Podolskich okopali się na łące pod Głową Węża, a chociaż nie mogli przemieszczać się w ciągu dnia, nocą wysyłali patrole bojowe, podobnie jak reszta jednostek polskich na Monte Cassino.
Reklama
Polacy rozpoznali niemiecką obronę
Nieco ułatwiało im życie to, że większość min wokół opactwa zdetonował nieustanny ogień polskich moździerzy, które ostrzeliwały wąskie pole bitwy dniem i nocą. Pewnego razu Rubnikowicz stał za trzema żołnierzami. [Później wspominał:]
Nadleciał pocisk i spadł prosto na nich Dwaj jakby rozpłynęli się w powietrzu. Nie było po nich śladu. Ale w pobliskich krzakach zobaczyłem pas amunicyjny i brzuch trzeciego. To wszystko, co po nim zostało.

Niedługo potem spostrzegł żołnierza, który po prostu siedział, patrząc w przestrzeń. Był pokryty kurzem i miał szklisty wyraz oczu. Rubnikowicz pochylił się, dotknął jego pleców i zobaczył, że są zakrwawione. Uświadomił sobie, że ten człowiek nie żyje.
Polacy wyciągnęli jednak ważne wnioski z pierwszego ataku. Ich nocne patrole wreszcie rozpoznały prawdziwy charakter niemieckiej obrony i Anders zdawał sobie teraz sprawę, że w pierwszej fazie ponowionego ataku jego ludzie muszą wyeliminować ponad połowę obu okręgów ósemki jednocześnie, jeśli mają zdobyć całą pozycję.
Reklama
„Kule latały wszędzie dookoła”
Problem polegał na tym, że ukształtowanie terenu ograniczało możliwość frontalnego natarcia. Rozwiązaniem, jak uznał, byłaby piechota atakująca falami, batalion jednorazowo, wzdłuż grzbietów. Zamierzał przygnieść przeciwnika przewagą liczebną po wcześniejszej zaporze ogniowej oraz serii skoncentrowanych ostrzałów artyleryjskich i moździerzowych.
Ludziom Andersa dopisało też szczęście, kiedy nocą przed atakiem patrol w sile kompanii zdobył całą niemiecką wysuniętą pozycję na Widmowym Grzbiecie. Do 23.00 16. lwowski batalion strzelców mocno trzymał już to, co uchwycił wieczorem.

Bitwa, tak jak planowano, zaczęła się następnego ranka. Walki były zażarte. „Wybór był często prosty: zabić lub zostać zabitym — wspominał Rubnikowicz. — Kule latały wszędzie dookoła. Człowiek musiał się tylko modlić, żeby aniołowie kierowali te kule w inną stronę”.
Zdobycie Wzgórza 593
Tego dnia Wzgórze 593 znowu przechodziło kilka razy z rąk do rąk, ale mimo rosnącego impetu ataku Polacy nie zdołali zdobyć ponad połowy obu okręgów ósemki. Dopóki Niemcy mieli dosyć ludzi do obsługi karabinów maszynowych i moździerzy, bardzo trudno było posuwać się naprzód po nagim, skalistym, otwartym terenie, bez względu na to, ilu żołnierzy rzucano do walki.
Reklama
Do zmroku Polacy zdobyli Wzgórze 593 i prawie połowę dwóch okręgów — ale to nie wystarczało, aby zająć całą pozycję. O 23.00 Anders wydał nowe rozkazy. Atak miał być wznowiony wczesnym rankiem następnego dnia, 18 maja. (…)
Zajęcie klasztoru na Monte Cassino
Nocą Fallschirmjäger ewakuowali nie tylko miasto Cassino, lecz cały masyw Monte Cassino. Polskie patrole wysłane wcześnie rano przed planowanym natarciem odkryły, że Albaneta została opuszczona.

Pod Wzgórzem 593 znaleziono tylko trzech Niemców. Z opactwa nie padał ani jeden strzał, toteż o 8.00 13-osobowy patrol z pułku porucznika Władysława Rubnikowicza przeszedł ostrożnie przez Colle d’Onofrio i zbliżył się do ruin.
W opactwie zastali tylko 30 rannych niemieckich spadochroniarzy i dwóch sanitariuszy, którzy poddali się bez strzału. Polacy, nie mogąc znaleźć polskiej flagi, przymocowali do gałęzi proporzec 12. Pułku Ułanów i zatknęli go wśród gruzów. Była 10.20 i bitwa o Monte Cassino wreszcie dobiegła końca.
Reklama
Był to triumf, lecz Polacy zapłacili za niego wysoką cenę. „Oczywiście, byliśmy uradowani, że zajęliśmy Monte Cassino — wspominał Rubnikowicz. — Kiedy je zdobyliśmy, czuliśmy się tak, jakbyśmy pokazali wszystkim, na co nas stać. Ale mnóstwo ludzi zginęło” .
Polskie straty wyniosły 3779 zabitych i rannych — a większość z nich, podobnie jak Rubnikowicz, już wcześniej wiele wycierpiała. Stracili domy, rodziny i ojczyznę; byli więzieni, bici i głodzeni; znosili niewysłowione trudy i wyrzeczenia, a później przemierzyli tysiące kilo metrów, aby nadal walczyć o wolność. Ich zwycięstwo na Monte Cassino było triumfem, który znaczył o wiele więcej niż zdobycie jednej zbroczonej krwią góry.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Jamesa Hollanda pt. Monte Cassino 1944. Pięć miesięcy piekła we Włoszech (Wydawnictwo Literackie 2026). Przekład: Maciej Antosiewicz.
Pięć miesięcy piekła we Włoszech








