Decyzje niekompetentnego kapitana miały koszmarne skutki. Rozbitkowie zjadali towarzyszy

Strona główna » XIX wiek » Decyzje niekompetentnego kapitana miały koszmarne skutki. Rozbitkowie zjadali towarzyszy

Kiedy 17 czerwca 1816 roku francuska fregata „Meduza” oraz trzy inne jednostki wyruszały w rejs do Senegalu nikt nie przypuszczał, że wyprawa zakończy się tragedią, która wstrząśnie opinią publiczną nad Sekwaną. Niekompetencja kapitana oraz jego bezduszna decyzja miały kosztować życie ponad 150 ludzi.

Ostateczna klęska Napoleona i przywrócenie na tron dynastii Burbonów sprawiły, że Francja odzyskała swoją kolonię w Senegalu. Po wycofaniu się Brytyjczyków należało jednak odbudować struktury administracyjne oraz odtworzyć miejscowy garnizon.


Reklama


Zgubne ambicje kapitana i gubernatora

W tym celu 17 czerwca 1816 roku z wybrzeża zachodniej Francji ruszył konwój, w skład którego wchodziły fregata „Meduza”, korweta „Echo”, bryg „Argus” oraz statek zaopatrzeniowy „La Loire”. Jednostki kierowały się do portu Saint-Louis.

Poza urzędnikami i żołnierzami na ich pokładach znajdowali się również naukowcy oraz koloniści. Najwięcej, bo ponad 400 osób zaokrętowano, na dowodzoną przez kapitana Hugues’a Duroy de Chaumareys, „Meduzę”.

Fregata Meduza (Jean-Jérôme Baugean/domena publiczna).
Fregata Meduza (Jean-Jérôme Baugean/domena publiczna).

Dzięki koneksjom rodzinnym oficer wrócił na mostek kapitański po aż 25-letniej przerwie. Jak piszą autorzy książki Arcydzieła sztuki i tajemnica śmierci:

Ambicje kapitana popędzanego przez nowego gubernatora kolonii sprawiły, że Meduza wyprzedziła pozostałe okręty. Zboczyła przy tym z kursu o sto sześćdziesiąt kilometrów. Pechowo miało to miejsce w zatoce Arkin u wybrzeży dzisiejszej Mauretanii.

Na charakter zatoki duży wpływ wywarła wielka, paleolityczna rzeka Tamanrasset, która jeszcze pięć tysięcy lat temu, w czasie, kiedy saharyjska część Afryki była wilgotna, wpadała tam do Atlantyku. Konsekwencją jej działalności są obecne na tym terenie do dziś pokłady piasku i mielizny.

Właśnie na jednej z takich kamienistych mielizn 2 lipca 1816 roku utknęła „Meduza”. Stało się to około 50 kilometrów od stałego lądu.


Reklama


Po trwających trzy dni nieudanych próbach uwolnienia nabierającego wody okrętu ostatecznie podjęto decyzję o opuszczeniu jednostki. Szalupy mogły jednak pomieścić mniej niż 250 ludzi.

Porzuceni na pastwę losu

W związku z tym zdecydowano się na budowę dużej tratwy, mierzącej 7 na 20 metrów. Do jej konstrukcji wykorzystano maszty oraz inne elementy okrętu. Na pokład wsiadło około 150 osób. Byli to głównie żołnierze. 17 ludzi zdecydowało się pozostać na „Meduzie”.

Tekst stanowi fragment książki Joanny Łenyk-Barszcz i Przemysława Barszcza pt., Arcydzieła sztuki i tajemnica śmierci (Zona Zero 2026). Premiera 24 lutego, ale już dzisiaj możecie zamówić swój egzemplarz.
Artykuł powstał w oparciu o książkę Joanny Łenyk-Barszcz i Przemysława Barszcza pt. Arcydzieła sztuki i tajemnica śmierci (Zona Zero 2026).

Początkowo plan zakładał, że tratwa będzie holowana do brzegu przez szalupy. Kapitan jednak już po kilku kilometrach rozkazał odciąć liny, pozostawiając tym samym rozbitków na pastwę losu. Jak podkreślają Joanna Łenyk-Barszcz i Przemysław Barszcz:

Pokład tratwy tworzył ażurowy pomost z desek. Uwzględniając dziury pomiędzy deskami i śliskość drewna zalewanego morską wodą, bez ryzyka złamania nogi można chyba było przemieszczać się tam tylko na czworakach.


Reklama


Biorąc natomiast pod uwagę ciasnotę i zanurzenie kilkadziesiąt centymetrów pod powierzchnię, raczej nie można było przemieszczać się w ogóle.

Na tratwie panował potworny ścisk, poszczególni pasażerowie mieli bowiem do swojej dyspozycji mniej niż metr kwadratowy. Tragicznie prezentowały się również zapasy jakimi dysponowali. Składały się na nie dwie beczki wody, sześć beczek wina oraz niewielka paczka sucharów.

Współczesna replika tratwy (Patrick Despoix/CC BY-SA 4.0).
Współczesna replika tratwy (Patrick Despoix/CC BY-SA 4.0).

Dochodziło do dantejskich scen

Zapas wody jednak niemal od razu wpadł do morza, suchary również się zamoczyły i zostały zjedzone już pierwszego dnia. W tej sytuacji rozbitkowie mieli do dyspozycji jedynie wino. Szybko okazało się również, że nie zaopatrzono ich w żadne sprawne przyrządy nawigacyjne. Zgodnie z tym co podają autorzy książki Arcydzieła sztuki i tajemnica śmierci:

W ciągu kolejnych dni i nocy dochodziło do najgorszych scen. Wielu pasażerów tratwy zostało zmytych przez morze, inni potopili się sami. Z zapasów pozostało wino, którego spożycie tylko pogarszało sytuację.


Reklama


Jednej nocy, kiedy zerwał się sztorm, doszło do walki. Czy można wyobrazić sobie całkowitą ciemność, przestwór oceanu oraz tłum ludzi, który za oparcie dla stóp ma oślizgłe belki tratwy targanej wichrem i raz po raz przykrywanej ścianą wody?

Żołnierze i marynarze przekonani, że zaraz zginą, otwarli kolejne beczki z winem. Morska woda połączona z alkoholem, a także głód wprowadziły ich w stan, w którym stracili ludzkie uczucia. Rzucili się na pozostałych około dwudziestu oficerów i pasażerów będących w zdecydowanej mniejszości.

Rysunek Hippolyte'a Lecomte'a przedstawiający walkę na tratwie (domena publiczna).
Rysunek Hippolyte’a Lecomte’a przedstawiający walkę na tratwie (domena publiczna).

Wystarczyły zaledwie cztery dni a na tratwie było już tylko 67 osób. Nie posiadający żadnych zapasów pożywienia rozbitkowie, aby nie umrzeć z głodu, zaczęli zjadać zwłoki zmarłych. Po ośmiu dniach zdecydowano się zaś wyrzucić do morza rannych oraz tych, którzy opadli już z sił. Chciano w ten sposób oszczędzić resztki wina.

Symboliczna kara dla kapitana

Dopiero 17 lipca nadszedł nieoczekiwany ratunek. Tratwę odnalazł bowiem „Argus”. Był to zresztą zupełny zbieg okoliczności. Na pokładzie jednostki bowiem nic nie wiedziano o tragedii, która spotkała załogę „Meduzy”.


Reklama


Po trzynastu dniach dryfowania żyło jeszcze 15 ludzi, których zabrano na pokład bryku. Pięciu z nich jednak szybko zmarło z powodu ran oraz wycieńczenia. Odnalezienie samej „Meduzy” zajęło niemal dwa miesiące. Kiedy w końcu się to udało z siedemnastu osób żyły już tylko trzy.

Jeżeli chodzi o kapitana nieszczęsnej korwety, to bezpiecznie dopłynął on do brzegu. Kiedy jednak wyszło na jaw to jak się zachował wybuchł skandal. Sprawy nie dało się zamieść pod dywan. Przeciwnicy Burbonów „wykorzystali ją jako przykład na to, że powrót monarchii wiąże się z przywracaniem na ważne stanowiska bezużytecznych ludzi, byleby tylko wykazywali się lojalnością”.

De Chaumareys został ostatecznie postawiony przed sądem. Mimo że groziła mu kara śmierci, to finalnie skazano go jedynie na trzy lata odsiadki. Po wyjściu z więzienia „na resztę życia zaszył się w zamku odziedziczonym po matce”.

Nowa książka z bestsellerowej serii

Bibliografia

Autor
Rafał Kuzak

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.