Jesienią 1962 roku świat znalazł się na skraju wojny termojądrowej. Kiedy Amerykanie dowiedzieli się o tym, że ZSRR rozmieścił na Kubie pociski z głowicami jądrowymi prezydent John F. Kennedy podjął zdecydowane działania. O tym jak wyglądały pierwsze dni kryzysu kubańskiego pisze Łukasz Dynowski w książce pt. Atomowi. Testy nuklearne na ludziach.
Nikt nie spał spokojnie w drugiej połowie października 1962 roku. Na ekranach telewizorów w Stanach Zjednoczonych pojawił się komunikat:
Reklama
Sekretarz prasowy prezydenta Pierre Salinger poinformował, że prezydent wygłosi oświadczenie w telewizji dziś o 19. Salinger powiedział, że wystąpienie będzie dotyczyło „sprawy najwyższej wagi”.
Przyczyny kryzysu kubańskiego
Był 22 października. Operacja Dominic na Oceanie Spokojnym właśnie dobiegała końca. Zostały tylko dwa testy. Powoli można było się pakować i szykować do domu.

O ile będzie jeszcze jakiś dom. O ile bomby atomowe nie zniszczą wszystkiego.
Stanów Zjednoczonych.Związku Radzieckiego.
Świata.
Gdy John F. Kennedy przemówi do rodaków, trwać będzie już kryzys kubański, a ludzkość zbliży się do wojny nuklearnej jak nigdy wcześniej.
Od czego się zaczęło?
Od rewolucji kubańskiej w 1959 roku, kiedy obalono proamerykańskiego dyktatora Fulgencia Batistę, a do władzy doszedł komunista Fidel Castro? Od nieudanej, przygotowanej przez CIA inwazji w Zatoce Świń w 1961 roku, kiedy wspierani przez Amerykanów kubańscy emigranci próbowali obalić Castro, ale ponieśli klęskę w ciągu zaledwie trzech dni?
Od rozmieszczenia przez USA w tym samym roku pocisków balistycznych Jupiter w Turcji i we Włoszech, co rozzłościło ZSRR? A może po prostu od pierwszej eksplozji nuklearnej w 1945 roku, kiedy na dobre ruszył wyścig zbrojeń; gdy energia jądrowa zaczęła się gotować na wolnym ogniu i w końcu, po latach, została doprowadzona do wrzenia?
Reklama
CIA odkrywa sowieckie rakiety na Kubie
Sam kryzys kubański, choć jego genezy można się dopatrywać w wielu wydarzeniach, ma konkretną datę rozpoczęcia: 16 października 1962 roku. Był ranek. Do prezydenta Kennedy’ego przyszedł doradca ds. bezpieczeństwa narodowego McGeorge Bundy. Miał zdjęcia.
Zrobił je 14 października przelatujący nad Kubą samolot rozpoznawczy U-2. Następnego dnia CIA poddała materiał analizie, a gdy była stuprocentowa pewność, co jest na zdjęciach, Bundy pokazał je Kennedy’emu i wyjaśnił, że to, co widzi, to sowieckie rakiety balistyczne średniego zasięgu, ale nie w ZSRR, tylko na Kubie, u bram Ameryki.

Wydawało się to niemożliwe, jednak dowody były niepodważalne. Nagle rakiety mogące przenosić bomby atomowe nie były oddalone od Stanów Zjednoczonych o kilka tysięcy kilometrów, tylko o 150–200 kilometrów. Jeśli Sowieci zaatakują, nie będzie czasu na obronę – rakiety błyskawicznie dotrą do USA i zrobią z Waszyngtonu drugą Hiroszimę, drugie Nagasaki, a może jeszcze coś gorszego – może pierwszy Waszyngton.
Spotkanie Kennedy’ego z doradcami
Kennedy pilnie zwołał naradę ExCommu – grupy najbardziej zaufanych doradców, wśród których byli m.in. jego brat, prokuratur generalny Stanów Zjednoczonych Robert F. Kennedy, wiceprezydent Lyndon Johnson, stały przedstawiciel USA przy ONZ Adlai Stevenson, dyrektor CIA John A. McCone i były sekretarz stanu Dean Acheson.
Reklama
Niektórzy, jak Acheson i McCone, byli za szybkim uderzeniem z powietrza na sowieckie instalacje na Kubie, zanim jeszcze rakiety będą całkowicie gotowe do użycia. Acheson został zapytany podczas spotkania ExCommu, co w odpowiedzi zrobiliby Sowieci, na co odparł, że zna ich bardzo dobrze i pewnie uderzyliby w amerykańskie rakiety w Turcji.
– Co wtedy? – padło pytanie.
– Bylibyśmy w obowiązku zaatakowania sowieckich rakiet na terytorium Związku Radzieckiego – wspominał po latach słowa Achesona doradca prezydenta Theodore Sorensen.

– Co wtedy?
– Cóż, wtedy, miejmy nadzieję, górę wezmą chłodne głowy i zasiądziemy do rozmów – odrzekł Acheson.
Chłodne głowy? Gdy rakiety spadają już na ZSRR?
Pochopna deklaracja prezydenta USA?
Brzmiało to jak przepis na katastrofę. Kennedy poczuł, że żałuje swoich słów sprzed nieco ponad miesiąca. 13 września, zanim jeszcze samolot U-2 zrobił zdjęcia instalacji wojskowych, amerykański prezydent mówił:
Reklama
Jeśli w którymś momencie komunistyczne wzmożenie na Kubie zagrozi naszemu bezpieczeństwu w jakikolwiek sposób albo jeśli powstanie sowiecka ofensywna baza wojskowa znaczących rozmiarów, to zrobimy wszystko, co należy zrobić, aby zapewnić bezpieczeństwo sobie i naszym sojusznikom.
Teraz na spotkaniu ExCommu stwierdził: „W ubiegłym miesiącu powinienem był powiedzieć, że mamy to gdzieś. Bo jaką to robi różnicę? I tak mają przecież tyle [broni atomowej], że mogą nas wysadzić w powietrze”.

Sowieci posiadali wtedy w swoim arsenale ok. 3,5 tysiąca bomb atomowych. Znacznie mniej niż Stany Zjednoczone, które miały ok. 25 tysięcy bomb, ale wciąż dość, by zniszczyć kraj. Teraz mieli jeszcze rakiety na Kubie, tuż obok amerykańskiego wybrzeża.
Choć pojawiły się głosy, że atak wyprzedzający będzie najlepszym rozwiązaniem, Kennedy znowu, jak przy kryzysie berlińskim, nie chciał być pierwszym, który zrzuci bomby atomowe.
Skoro nie atak, to co?
Reklama
Przemówienie Kennedy’ego do narodu
Komunikat z pilną zapowiedzią błysnął na ekranach telewizorów, a potem pojawił się na nich prezydent, który w ciągu niespełna osiemnastu minut poinformował naród, co się dzieje, jaki ruch w tej sytuacji wykonają Stany Zjednoczone, i ponownie, jak przed rokiem, roztoczył widmo wojny nuklearnej.
„Dobry wieczór, rodacy” – zaczął. „Nasz rząd, zgodnie z obietnicą, utrzymuje najściślejszy nadzór nad sowieckimi wojskami na Kubie. W ciągu ostatniego tygodnia pojawiły się niezbite dowody na to, że na tej uwięzionej wyspie powstają ofensywne bazy rakietowe. Przeznaczeniem tych baz nie może być nic innego jak możliwość przeprowadzenia ataku nuklearnego na zachodniej półkuli”.
Rakiety, jak powiedział, są w stanie dolecieć do jakiegokolwiek miejsca na południowym wschodzie USA, w tym Waszyngtonu, a także do jakiegokolwiek miejsca na Karaibach czy w Ameryce Środkowej.I ogłosił decyzję: Stany Zjednoczone wprowadzają blokadę morską dla sowieckich okrętów zmierzających w stronę Kuby.
Amerykanów zmroziło.
Przepaść.
Znowu się do niej zbliżają. Wtedy jeszcze nikt, włącznie z Kennedym, nie wiedział, jak bardzo.

Zdecydowanie za mało schronów
Ze sklepowych półek w szybkim tempie zaczęły znikać konserwy, woda, baterie i inne podstawowe produkty. W razie ataku będzie kilka, może kilkanaście minut, żeby się schować.
Tylko gdzie? Schrony, takie jak ten pokazany w White Sands Missile Range Museum na pustyni w Nowym Meksyku, wypełniony jedzeniem i wodą, ładnie się prezentują, ale to utopia. Rząd zachęcał wcześniej do budowy prywatnych schronów, jednak w rzeczywistości mało kto je miał. Publiczne mogły pomieścić 20–30 milionów ludzi. W USA żyło wtedy ok. 185 milionów mieszkańców, więc w schronach miejsca starczyłoby tylko dla 10–15 procent populacji.
Reklama
Przepaść była coraz bliżej. 24 października zarządzono DEFCON 2.
DEFCON oznacza gotowość bojową (od angielskich słów defense condition). W siłach zbrojnych USA jest pięć stopni – DEFCON 5 oznacza zwykłą gotowość bojową, normalną w czasach pokoju, a DEFCON 1 najwyższą, gdy wojna nuklearna jest nieunikniona.
DEFCON 1 nigdy nie wprowadzono.
DEFCON 2 wprowadzono po raz pierwszy właśnie podczas kryzysu kubańskiego. Objęto nim Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (SAC). Co to oznaczało? To, że aż 92,5 procent systemów uzbrojenia SAC, w tym ok. 3 tysięcy pocisków nuklearnych, było gotowych do wystrzelenia w ciągu godziny od wydania rozkazu.

Przygotowania w powietrzu, na ziemi i wodzie
Napięcie nuklearne rosło, aż zaczęło przepełniać wszystko – powietrze, ziemię i wodę.
Powietrze: na niebie krążyło ok. 60 bombowców uzbrojonych w broń atomową, mogących w każdej chwili ruszyć do ataku nuklearnego. Latały bez przerwy, rotacyjnie – m.in. nad terytorium USA i Kanady, ale też w pobliżu biegunów, skąd w razie decyzji o uderzeniu miałyby bliżej do ZSRR.
Reklama
Ziemia: zmobilizowano żołnierzy w bazach na Florydzie i w Georgii, przygotowując ich do ewentualnego ataku na Kubę.
Woda: 24 października pierwsze sowieckie okręty zbliżyły się do blokady morskiej. Kennedy, chcąc się upewnić, że nikomu nie zadrży ręka i że nie zrobi pochopnie czegoś, co doprowadzi do wojny, był na linii z dowództwem jednego z okrętów. Wszyscy, którzy towarzyszyli wtedy prezydentowi w Gabinecie Owalnym, w napięciu wpatrywali się w Kennedy’ego i w słuchawkę, którą trzymał w ręku.

„Nigdy w Gabinecie Owalnym nie było tak cicho jak wtedy” – wspominał generał Chester Clifton, wojskowy doradca prezydenta.
Na zegarach była mniej więcej godzina 10.30, kiedy sowieckie okręty zatrzymały się przed linią blokady. Żaden nie próbował jej sforsować. Niektóre zawróciły. Wszyscy odetchnęli z ulgą, ale nie mogli jeszcze przypuszczać, że kryzys tak naprawdę dopiero się rozkręcał.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Łukasza Dynowskiego pt. Atomowi. Testy nuklearne na ludziach (Wydawnictwo Agora 2026).
Oni poczuli moc broni atomowej na własnej skórze








