Początek dwudziestolecia to był okres absolutnego chaosu w polityce gospodarczej i jednocześnie prawdziwie tragicznych, żeby nie powiedzieć szalonych decyzji. W szkołach dzisiaj opowiada się z dumą o wprowadzeniu stabilnej waluty, złotówki. I tylko jakoś mało uwagi poświęca się faktowi, że wcześniej to władze rozmyślnie zdewastowały system finansowy.
Poniższy materiał, w znacznie dłuższej wersji, ukazał się pierwotnie w formie wideo na moim kanale na Youtube.
Przez pierwsze lata niepodległości żaden rząd nie był gotowy podjąć niewygodnej decyzji o… wprowadzeniu podatków. Kraj niby istniał, niby miał zalążki administracji, a nawet podejmował działania zbrojne i ambitny (albo jak ktoś nieprzychylny mógłby powiedzieć – poroniony) projekt ekspansji na wschód, ale zarazem nie miał niemal żadnych dochodów. Serio.
Reklama
Dwa i pół miliona procent inflacji
Podatki były minimalne, i nawet tych za bardzo nie ściągano. Łączne dochody budżetowe w 1919 roku sięgnęły niespełna 2 mld marek polskich. Wydatki były jednak cztery razy wyższe: 7,5 mld. I to nie była sytuacja chwilowa. Nawet w roku 1923, czyli kiedy mieliśmy za sobą ¼ epoki, wydatki wciąż przekraczały przychody o 124%. Różnicę pokrywano… stale dodrukowując pieniądze, bez żadnego pokrycia. Na masową skalę. To oczywiście niosło z sobą wzrost cen.
Władze trzymały się jednak opinii, że inflacja, nawet bardzo wysoka, będzie napędzać koniunkturę, zmuszać ludzi do wydawania gotówki. Tyle że nie przewidziały lawiny, która ruszyła. W 1923 roku inflacja w ujęciu rocznym wynosiła 35 000 procent. Cały przyrost cen z pierwszych lat niepodległości to zaś sumarycznie 2 i pół miliona procent.

Oszczędności traciły na wartości nawet nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę. Nie opłacało się już nawet prowadzić zwykłego handlu, bo pieniądze uzyskiwane za sprzedaż towaru po tygodniu mogły mieć wartość papieru toaletowego. W każdym razie: jednego dnia określony przedmiot kosztował wiadro marek, innego – już taczki wypełnione takimi samymi banknotami. Szaleństwo. I to niejedyne.
W 1919 roku władze próbowały tez na przykład wprowadzić zupełny zakaz posiadania złota przez osoby prywatne. Z kolei w 1924 roku, gdy wprowadzono nową walutę, to jej kurs został ustalony sztucznie i na tak wysokim poziomie, że czynił polskie przedsiębiorstwa zupełnie niekonkurencyjnymi.
Reklama
Zapaść za zapaścią
Hiperinflacja to był tylko pierwszy kryzys z wielu. W odniesieniu do II RP można by właściwie mówić nawet nie o serii kryzysów, ale kryzysie permanentnym, który tylko czasem nieco słabł. W 1923 roku ruszyła wojna celna z Niemcami, która doprowadziła do spadku produkcji przemysłowej w Polsce o 22%.
Sytuacja gospodarcza nieco się ustabilizowała pod koniec lat 20., ale nie ma co się łudzić, że dostaliśmy wtedy jakąś trampolinę do rozwoju. Pozostały wszystkie strukturalne problemy. Polska była na arenie międzynarodowej traktowana jak państwo sezonowe, twór, który jest, a zaraz pewnie go nie będzie. Takiej percepcji nie pomógł wojskowy zamach stanu z 1926 roku i przejęcie rządów przez wojskową juntę skupioną wokół Józefa Piłsudskiego. Tym bardziej nie pomagała polityka zadrażniania relacji z wszystkimi sąsiadami. Jasne, że korzystne ułożenie kontaktów z Niemcami i Związkiem Sowieckim to były mrzonki.

Ale rząd w Warszawie stale szedł na zwarcie też z Czechosłowacją, Litwą. Dobre relacje utrzymywaliśmy właściwie tylko z Rumunią. Spośród wszystkich sąsiadów. To przekładało się na niezwykle ograniczone możliwości eksportu, małą chęć zagranicznych firm do inwestowania nad Wisłą.
Jeśli ktoś robił u nas większe biznesy, to zwykle w stylu czysto kolonialnym, tak by strzyc lokalną ludność i wypompowywać kapitał na zewnątrz. Do ambitniejszych przedsięwzięć brakowało i wykształconej, chociażby w minimalnym stopniu, kadry, i miejscowego rynku zbytu.
Reklama
Starczy przypomnieć, że na półmetku epoki, w 1931 roku, wciąż aż ¼ mieszkańców Polski była analfabetami. Co jednak dużo ważniejsze, aż do końca międzywojnia Rzeczpospolita pozostała też krajem rolniczym, w stopniu skrajnym. I to nie krajem bogatych „obszarników”, ale milionów chłopów z poletkami tak małymi, że ledwo dało się z nich wyżywić rodzinę, a nadwyżek nie uzyskiwano niemal żadnych.
Kraj bez konsumentów
Typowy polski chłop, oczywiście nie wszędzie, ale mówimy o ogólnokrajowej normie, na co dzień wciąż chodził boso, na przednówku nadal zmagał się z głodem, na pewno nie miał pieniędzy na żadne „ekscesy”. I to był zasadniczy problem, bo z rolnictwa w 1931 roku utrzymywało się 60% mieszkańców Polski. Trzy razy więcej niż w Niemczech, dwanaście razy więcej niż w Anglii.

To była większość potencjalnych „klientów” na cokolwiek, większość trybików w całej machinie gospodarki. Tyle że ci ludzie właściwie na nic nie mogli sobie pozwolić. Byli zbyt biedni by kraj mógł się rozwijać. Sytuację mogłaby zmienić tylko reforma rolna, pozwalająca zwykłym chłopom powiększyć gospodarstwa i dochody. Takie reformy faktycznie przeprowadzano w innych krajach, ze sporymi sukcesami, w Polsce jednak rządy się na to nie odważyły.
I to mimo że odpowiednią ustawę nawet przyjęto w sejmie w obliczu wojny z Sowietami, by doraźnie skłonić chłopów do obrony kraju. Gdy zagrożenie minęło, prawo poszło do kosza. Zbigniew Landau i Jerzy Tomaszewski, zaliczani do grona najwybitniejszych polskich historyków gospodarki, przed laty ocenili, że właśnie brak reformy rolnej był głównym źródłem niemożliwej do przezwyciężenia nędzy i stagnacji kraju.
Reklama
Wprawdzie wygłosili taki sąd jeszcze za PRL-u, i okrasili go licznymi wtrętami o „burżuazji”, „obszarnictwie” czy „systemie kapitalistycznym”, ale refleksja wciąż wydaje się w znacznym stopniu słuszna. W kraju nędzarzy, którzy nie mieli jak wyjść z biedy nie dało się myśleć o prawdziwym rozwoju.
To jeden bardzo istotny problem, ale nie jedyny. O kolejnych, również fundamentalnych, możecie posłuchać w odcinku na moim kanale na YT:
Mroczne sekrety II RP w książce Kamila Janickiego








