Podczas licznych wojen toczonych w XVII wieku przez Rzeczpospolitą Obojga Narodów husaria wielokrotnie ścierała się z rajtarami. W bezpośrednim boju, posługująca się bronią palną, jazda przeciwnika miała niewielkie szansę na zwycięstwo ze skrzydlatą kawalerią. Oto dlaczego tak się działo.
Zgodnie z tym, co pisze doktor Radosław Sikora na kartach książki Husaria w walce na ziemiach Rzeczpospolitej Obojga Narodów „przyjęło się nazywać rajtarami jazdę zachodniej proweniencji uzbrojoną w rapier i broń palną”.
Reklama
Mała skuteczność broni rajtarów
Husaria mierzyła się z rajtarami, którzy służyli nie tylko w szwedzkiej armii, ale również zaciężną kawalerią tego typu wykorzystywaną przez carską Rosję. Kiedy dochodziło do starcia w otwartym polu rajtarów czekała zwykle sromotna klęska.
Ówczesna broń palna bowiem zupełnie nie sprawdzała się w walce z husarią. Jak podkreśla Radosław Sikora w pierwszej kolejności „wynikało to z jej parametrów technicznych”. Energia kinetyczna kul była po prostu zbyt niska, aby przebić napierśnik polskich i litewskich kawalerzystów.

W efekcie zmuszało to rajtarów „do celowania w nieosłonięte części ciała husarza lub do próby trafienia w głowę jego konia”. W połączeniu z bardzo niską celnością nowożytnej broni palnej sprawiało to, że salwa musiała być oddana dosłownie z odległości kilku kroków. Dlatego „strzelanie ze zbyt wielkiego dystansu nie przynosiło właściwie żadnych efektów”.
Zagrożenie ze strony husarskich kopii
Skracanie dystansu podczas walki z husarią niosło ze sobą jednak dosłownie śmiertelne ryzyko. Głównym orężem skrzydlatej kawalerii były bowiem długie kopie. Zgodnie z tym, co pisze autor książki Husaria w walce:
Reklama
Gdyby rajtarzy chcieli strzelić do nacierających husarzy z odległości na przykład 10 m, to – biorąc pod uwagę, że grot husarskiej kopii wystawał przed jeźdźcem i jego koniem na około 4 m – czas, jaki upływał od oddania salwy do momentu trafienia kopiami, wynosił zaledwie 0,6 sekundy – i to przy założeniu, że konie rajtarów stały w miejscu, a nie również nacierały. Czas ten z całą pewnością nie wystarczał na dwukrotne oddanie strzału.
Dopuszczenie husarii na zaledwie 10 metrów wymagało naprawdę stalowych nerwów. Czy widząc szarżującego przeciwnika rajtarzy faktycznie wyczekiwali do ostatniej chwili? Francuski dowódca i teoretyk wojskowości François de la Noue w latach 80. XVI wieku miał jasne zdanie na ten temat. Według niego z zasady strzelano już z 20 kroków, podczas gdy efektywny zasięg pistoletu wynosił zaledwie trzy kroki!

To jednak nie koniec. Francuz pisał, że w momencie gdy pierwszy szereg rajtarów oddawał salwę, pozostali jeźdźcy przyłączali się do kanonady. Kończyło się to tym, że większość zamiast we wroga celowała w powietrze. Jak podkreśla Radosław Sikora:
Z kolei sir Roger Williams, odnosząc się do dzieła François de la Noue, stwierdzał, że większość pistoletów była albo źle ładowana, albo wystrzeliwano z nich zbyt daleko od celu.
Reklama
Praktykę strzelania z pistoletów z odległości 20 kroków i w ogóle karakolowania potępiał również [wybitny XVII-wieczny teoretyk wojskowości] Raimondo Montecuccoli.
Przypadek bitwy nad Basią
Doskonałym przykładem na to, że rajtarzy, jak i piechota przeciwnika, miały tendencję do strzelania zbyt wcześnie podczas szarży husarii była bitwa nad rzeką Basią. Mimo że 8 października 1655 roku carska armia posiadała znaczną przewagę liczebną, to nie była w stanie odnieść zwycięstwa. Dodatkowo poniosła nawet czterokrotnie większe straty niż wojska Rzeczpospolitej.

Po nierozstrzygniętej batalii Aleksy I Romanow wytykał swoim oddziałom, że strzelano do przeciwnika nie czekając na rozkaz dowódcy. Dodatkowo salwy do szarżującej kawalerii oddawano już z ponad 40 metrów, celując przy tym „w powietrze”, a nie w przeciwnika. Jak kwituje autor Husarii w walce:
(…) tak niska skuteczność ognia broni palnej – zarówno rajtarów, jak i rosyjskiej piechoty w bitwie nad rzeką Basią – była spowodowana ich słabością psychiczną. Żołnierzom puszczały nerwy – strzelali bez sygnału dowódcy, zbyt wcześnie, z dużej odległości, obawiając się dopuścić bliżej szarżującą kawalerię.
Reklama
Co więcej, strzelali jedynie w ogólnym kierunku nacierających, bez dokładnego celowania w ludzi i konie. Wszystko to sprawiało, że Polacy, mimo wielokrotnych szarż, ponosili jedynie minimalne straty.
Gdy jednak rajtarzy zbyt długo czekali z oddaniem salwy istniało realne ryzyko, że husarze ugodzą ich swoimi kopiami zanim w ogóle padną strzały. Dotyczyło to zresztą nie tylko pistoletów, ale również karabinów.

Sytuacja nie do pozazdroszczenia
Wystrzeliwane z nich kule także „miały problem z przebiciem zbroi husarskich, a strzelanie z większej niż kilka metrów odległości skutkowało niewielką celnością”. Ogółem jak podsumowuje Radosław Sikora:
Rajtarzy byli więc w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Albo musieli przyjąć cios kopii i, jeśli po tym byli jeszcze w stanie, dopiero wtedy próbować strzelać, albo też strzelać z odległości, która pozwalałaby im użyć swojej broni przed uderzeniem husarskich kopii.
W tym ostatnim przypadku jedynie perfekcyjnie wyszkolony i dysponujący żelaznymi nerwami rajtar mógł liczyć na to, że trafi w cel.
Mechanika wojny w XVII wieku

Bibliografia
- Radosław Sikora, Husaria w walce, Zona Zero 2026.







