Wikingowie wywarli ogromny wpływ na historię wczesnośredniowiecznej Europy. Dotyczyło to również kwestii związanych z rozwojem gospodarczym kontynentu. O tym, jakie skutki przyniosło płacenie ogromnych danin na rzecz Skandynawów pisze Duncan Weldon w książce pt. Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina.
Minęło zaskakująco wiele czasu od rozpoczęcia najazdów wikingów, nim Europejczycy uświadomili sobie, że stary porządek przestał istnieć.
Reklama
Schemat działania wikingów
Opactwo Iona zostało założone przez św. Kolumbę w 563 roku i w ciągu następnego półtora wieku stało się ważnym ośrodkiem nauki i nauczania chrześcijańskiego dla Irlandii, Szkocji i północnej Anglii. Zaledwie dwa lata po najeździe na Lindisfarne [793 rok] wikingowie rozpoczęli działania na drugim wybrzeżu Wielkiej Brytanii i złupili Ionę.
Kolejny najazd nastąpił w 802 roku. W 806 roku wikingowie zaatakowali klasztor po raz trzeci i zabili sześćdziesięciu ośmiu mnichów w miejscu, które później nazwano Zatoką Męczenników. Zadziwiające, że dopiero czwarty najazd w 825 roku, który zwiększył grono męczenników, sprawił, iż ci, którzy przeżyli, uznali, że mają już tego dość, i przenieśli się do grodu położonego około 30 kilometrów od morza w głąb Irlandii Północnej.

Gdy patrzymy na pierwsze dziesięciolecia najazdów wikingów, czasem przychodzi nam na myśl XX-wieczny amerykański rabuś Willie Sutton, który – zapytany, dlaczego rabuje banki – miał odpowiedzieć: „bo tam są pieniądze”. Dlaczego wikingowie nieustannie napadali na nadmorskie klasztory? Nie tylko dlatego, że znajdowało się tam mnóstwo skarbów, lecz także z tego powodu, że klasztory bywały często całkiem bezbronne.
Ekonomia wczesnych najazdów wikingów, podobnie jak ponad tysiąc lat późniejsza ekonomia Williego Suttona, nie jest szczególnie interesująca. Rabunek jest w dużej mierze grą o sumie zerowej: jedna osoba (rabuś) zyskuje, a druga (okradziony) traci. Lub, jak w przypadku niektórych biednych mnichów z Iony, nie tylko traci dobytek, ale także ginie w Zatoce Męczenników, nazwanej tak zupełnie niedawno.
Przez pierwsze kilkadziesiąt lat najeźdźcy skupiali się na ruchomym majątku, takim jak monety, srebrne naczynia, biżuteria, złoto – zasadniczo na wszystkim, co można było zapakować do worka i wywieźć na łodzi. Jednak z upływem czasu wikingowie stali się nie tylko bardziej ambitni, ale także sytuacja gospodarcza stała się znacznie bardziej interesująca.
Najeźdźcy i osadnicy
W czasach Eryka Krwawego Topora, ponad półtora wieku po najeździe na Lindisfarne, wikingowie nie byli już tylko łupieżcami – chociaż nadal, podobnie jak nasz stary przyjaciel Eryk, parali się tym w znacznym stopniu. Do X wieku wciąż dorywczo zajmowali się piractwem, ale stali się także najeźdźcami i osadnikami. W latach 60. IX wieku taktyka wikingów w Wielkiej Brytanii zaczęła się zmieniać.
Reklama
W 865 roku wysłali tam armię, którą Anglosasi nazwali Wielką Armią Pogan. Nie była to zwykła grupa łupieżców zadowalająca się wrzuceniem do worka inkrustowanych złotem elementów kościelnego ołtarza i zabraniem ich na zacumowany przy brzegu langskip. Była to, jak wskazuje jej nazwa, armia. Armia, która przybyła w celu dokonania podboju.
Współcześni uczeni szacują, że wielkość tej tak zwanej Wielkiej Armii najeźdźców z północy liczyła kilka tysięcy żołnierzy. We wczesnym średniowieczu armie były pod względem liczebności mniej więcej porównywalne z tłumem kibiców drużyny gości na meczu piłki nożnej Premier League.

Armia wikingów była z pewnością liczebniejsza od dotąd istniejących. Obrona przed nią wymagała więc zmiany strategii obronnej: uporanie się z kilkoma łodziami pełnymi uzbrojonych łupieżców to coś zupełnie innego niż powstrzymanie kilku tysięcy uzbrojonych najeźdźców rozbijających obóz na twojej ziemi. Pierwsza reakcja była oczywista: zebrać pod bronią kilka tysięcy własnych ludzi i spróbować przepędzić intruzów.
Danegeld
Kiedy jednak to się nie powiodło, władcy zmagający się z najazdami zmienili taktykę i spróbowali czegoś nowego: zapłacili wikingom, aby ci zaniechali ataków. Płatności te, znane później pod nazwą danegeldu, zmieniły zarówno sytuację, jak i gospodarkę.
Reklama
Danegeld i pomysł płacenia najeźdźcom daniny w nadziei, że ci zaprzestaną najazdów, były źle widziane. Rudyard Kipling posunął się nawet do zapisania argumentów przeciw uiszczaniu takiego okupu w formie wiersza:
Nie należy wystawiać żadnego narodu na pokusę,
z obawy, że może ulec i zbłądzić,
więc gdy zażądają od ciebie zapłaty lub będą ci grozić,
lepiej powiedz:
„Nigdy nikomu nie płacimy danegeldu,
bez względu na to, jak błahy to koszt:
bo na końcu tej rozgrywki są ucisk i hańba,
a naród, który w nią gra, jest zgubiony”.

Łatwo jest udzielać rad, aby nigdy nie ulegać tyranom, gdy samemu nie jest się ofiarą przemocy. W obliczu zagrożenia ze strony wikingów decyzja o rozpoczęciu płacenia im okupu była całkiem racjonalna.
Alfred Wielki jest obecnie powszechnie kojarzony z twardą polityką oporu wobec agresji wikingów. To słuszne, ale trzeba też pamiętać, że przez większą część swojego panowania uznawał, że płacenie daniny jest rozsądniejszym rozwiązaniem. Od końca IX wieku do połowy XI wieku angielscy królowie często wypłacali najeźdźcom niemałe sumy. Nie byli zresztą jedyni.
Reklama
Daniny napędzały gospodarkę?
Po drugiej stronie kanału La Manche frankońscy królowie regularnie ignorowali późniejsze rady Kiplinga, podobnie jak władcy z tak odległych regionów, jak tereny współczesnych krajów bałtyckich, Niderlandów, Półwyspu Iberyjskiego, a nawet obecnej Rosji i Ukrainy.
Ktoś może uznać, że oddawanie wielkich sum pod groźbą przemocy jest dla gospodarki czystą stratą. Jednak takie rozumowanie niekoniecznie ma rację bytu. Dane, do których zdołali dotrzeć badacze epoki, dowodzą, że epoka wikingów nie wiązała się z jakimkolwiek spadkiem aktywności gospodarczej w Europie, a nawet w regionie Morza Północnego, który był najbardziej narażony na działania wikingów.

W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: w okresie od IX do XI wieku nastąpił silny wzrost produkcji, handlu i liczby ludności, prawdopodobnie szybszy niż w poprzednich stuleciach. Być może więc pojawienie się armii wikingów i płacenie im daniny nie spowodowało spowolnienia gospodarczego, a wręcz przeciwnie – ożywienie działalności gospodarczej.
Co działo się ze srebrem wikingów?
Aby zrozumieć, dlaczego tak mogło się stać, należy cofnąć się o kilka kroków i zapoznać się z dwiema podstawowymi zasadami ekonomii wczesnego średniowiecza oraz z ogólnymi zasadami płacenia daniny. Weźmy na przykład rok 991. W tym roku Duńczycy odnieśli wielkie zwycięstwo nad Anglosasami w bitwie pod Maldon, która została później uwieczniona w jednym z kolejnych epickich poematów tamtej epoki.
Reklama
Gdy Duńczycy zażądali zwyczajowej już daniny, wódz Anglosasów Byrhtnoth odmówił, co bez wątpienia po wielu latach przypadło do gustu Rudyardowi Kiplingowi. Niestety, anglosaskiemu przywódcy nie wyszło to na dobre. Skandynawowie wygrali kolejną bitwę, Byrhtnoth zginął w walce, a Anglia zgodziła się zapłacić 3300 kilogramów srebra.
Co stało się z tym srebrem? Wikingowie nie zakopali go tak po prostu, jak piraci z dziecięcych kreskówek. Postąpili tak jak Beowulf, który rozdawał złoto swoim podwładnym. Także najeźdźcy z północy podzielili znaczną część zdobytego bogactwa między wojowników. A ci za srebro kupili towary i usługi. Co najważniejsze, wiele z tych towarów i usług nabyli od tych, którzy zapłacili tę daninę.

Jak zauważyli ekonomiści w XX wieku, mechanizmy ekonomiczne dotyczące płatności danin są znacznie bardziej złożone, niż się powszechnie uważa. Po zakończeniu I wojny światowej, kiedy Niemcy musiały płacić wysokie reparacje Wielkiej Brytanii, Francji i innym zwycięskim mocarstwom, John Maynard Keynes i szwedzki teoretyk Bertil Ohlin debatowali nad skutkami tak zwanego „problemu transferu”.
I choć polityczna sytuacja Niemiec w czasach Republiki Weimarskiej oraz okoliczności, w jakich znajdował się wczesnośredniowieczny król płacący danegeld, mogą wydawać się zupełnie inne, ekonomiczna istota tego rodzaju fiskalnego transferu z jednego kraju do drugiego aż tak bardzo się nie różni.
Reklama
Realia wczesnośredniowiecznej gospodarki
Obecnie w międzynarodowej makroekonomii powszechnie uznaje się, że transferowi środków finansowych towarzyszy zazwyczaj – w mniejszym lub większym stopniu – transfer zasobów rzeczywistych. Oznacza to, że po transferze ponad 3000 kilogramów srebra z anglosaskiej Anglii do skandynawskiej armii nastąpił z kolei transfer dużych ilości towarów z Anglii do Skandynawów, ponieważ srebro to zostało wykorzystane do zakupu produktów i usług.
W średniowiecznej rzeczywistości transfery te stają się szczególnie interesujące. W przeciwieństwie do współczesnej gospodarki ówczesny świat funkcjonował – biorąc pod uwagę kategorie techniczno-ekonomiczne – znacznie poniżej swoich możliwości. Typowy mieszkaniec średniowiecznej Europy, tak jak zdecydowana większość ludności, mieszkał na wsi i zajmował się rolnictwem.
Nie uczestniczył w gospodarce pieniężnej, takiej jaką znamy dziś. A więc nie pracował za wynagrodzenie, by następnie kupować rzeczy dla siebie i swojej rodziny. Raczej konsumował większość tego, co sam wytworzył, i wytwarzał większość tego, co sam konsumował. Pewna nadwyżka ponad własne potrzeby była konieczna – aby opłacić zobowiązania na rzecz właścicieli ziemskich w naturze lub w postaci przymusowej pracy. Niewielkie tylko ilości pozostawały na sprzedaż.
Nowoczesne zasady biznesowe i ekonomiczne, takie jak maksymalizacja zysków, były ówczesnym ludziom nie tylko obce, lecz wręcz całkowicie dla nich niezrozumiałe. Jeśli gospodarka funkcjonuje znacznie poniżej swojego potencjału, jak miało to miejsce w społeczeństwach wczesnego średniowiecza, wówczas podwyższenie podatków może w praktyce stymulować wzrost produkcji gospodarczej.

Nie było czystą stratą
Cofając się więc o krok: jeśli król Anglii zdecydował się opłacić Duńczyków, musiał zebrać pieniądze poprzez podniesienie podatków swoim poddanym. Ci, obciążeni wyższym podatkiem niż w roku poprzednim, mogli trochę ponarzekać, ale musieli przepracować więcej dni, by sprostać zwiększonym wymaganiom. Nadwyżka pochodząca z obszarów wiejskich rosła.
Innymi słowy, płacenie daniny w średniowieczu nie było czystą stratą ekonomiczną. Przeciwnie – poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych chłopów mogło pobudzać produkcję i prowadzić do wzrostu gospodarczego.
Reklama
Oczywiście ani król zmuszony do upokarzających wypłat pod groźbą przemocy, ani chłop przymuszony do pracy przez więcej dni w roku nie postrzegaliby tego wzrostu jako powodu do świętowania. Jednak w surowych kategoriach ekonomicznych pojawienie się licznych grup zagranicznych specjalistów od przemocy domagających się danegeldu nie było zjawiskiem całkowicie negatywnym.
Osiedlanie się wikingów
Nie jest to jednak ani jedyny, ani najciekawszy aspekt ekonomii wikingów. Płacenie danegeldu lub próby odparcia najeźdźców nie były jedynymi strategiami dostępnymi dla wczesnośredniowiecznych władców. Trzecim podejściem, które stało się powszechne w północnej Europie, była dobrze znana władcom starożytnych Chin technika „wykorzystaj barbarzyńców do walki z barbarzyńcami”.

Mówiąc konkretnie – osiedl grupę zagranicznych specjalistów od przemocy na wybrzeżu i miej nadzieję, że powstrzymają oni innych zagranicznych specjalistów od przemocy przed szukaniem szczęścia na twoim terytorium. Właśnie taka strategia doprowadziła do powstania Księstwa Normandii w północnej Francji, a podobny model zastosowali władcy Anglii na początku XI wieku, zatrudniając armie najemnych wikingów.
Wszystko to prowadzi do teorii kojarzonej z amerykańskim ekonomistą Mancurem Olsonem. Jako jeden z ojców założycieli ekonomii instytucjonalnej miał on wiele do powiedzenia na temat natury bandytyzmu, a wikingowie byli pod wieloma względami jednymi z najbardziej skutecznych bandytów w historii.
Reklama
Olson dokonał zasadniczego rozróżnienia między bandytą wędrownym a bandytą stacjonarnym. Obaj są bandytami, jak sama nazwa wskazuje, ale ich motywacje znacznie się różnią. Bandyci wędrowni – na przykład grupa wikingów na statku – po prostu zabierają wszystko, co mogą unieść, i wracają do domu, nie przejmując się szkodami wyrządzonymi okradzionym.
Wędrowni i osiadli bandyci
Napad bandytów wędrownych, co bez wątpienia mogliby potwierdzić mnisi z wysp Lindisfarne lub Iony, nie był szczególnie przyjemnym doświadczeniem. Jednak gdy bandyta osiada i zaczyna zapuszczać korzenie, sytuacja zaczyna się zmieniać.

Zabieranie skarbów z klasztorów i wywożenie ich do Skandynawii było lukratywnym zajęciem, ale w dłuższej perspektywie znacznie bardziej opłacalne było pobieranie podatków na przykład od chłopów z Normandii i przejmowanie części ich nadwyżek produkcyjnych.
Stacjonarni bandyci, którzy zamierzają pozostać w danym miejscu przez dłuższy czas, nie mają powodu, aby zabić kurę znoszącą złote jaja. Jeśli już, to woleliby, aby ta kura stała się tłuściejsza i zdrowsza oraz znosiła jeszcze więcej złotych jaj.
Reklama
Chociaż większość ludzi wolałaby nie być okradana przez jakiegokolwiek bandytę, to jednak mając wybór, zdecydowanie wolałaby bandytę stacjonarnego od wędrownego. Z biegiem czasu bandyci stacjonarni zaczynają coraz bardziej przypominać państwa. Chcąc, aby rozwijały się ich nowe dominia, zaczynają zapewniać ludności to, co ekonomiści nazywają „dobrami publicznymi” – takimi jak prawo i porządek.
W końcu kłusownicy zwykle sprawdzają się jako świetni leśniczy. W dłuższej perspektywie wikingowie okazali się doskonałymi budowniczymi państw. Być może najlepszym tego przykładem jest słynny rok 1066.
O tron angielski rywalizowało wtedy trzech pretendentów – Harold Godwinson, przywódca wielkiego rodu anglo-duńskiego; Harald Hardrada, król Norwegii, oraz Wilhelm, książę Normandii władający krainą położoną na wybrzeżu Francji – wszyscy oni byli w większym lub mniejszym stopniu tego typu przywódcami, jakich wcześni Anglosasi postrzegali jako wikingów.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Duncana Weldona pt. Ekonomia wojny. Od wikingów do Putina (Wydawnictwo EWI 2026). Do 10 lutego kupicie ją w przedsprzedaży 20% taniej.
Historia i ekonomia wojen od epoki wikingów do XXI wieku








