Triumf odniesiony przez wojska króla Władysława Jagiełły i wielkiego księcia Witolda 15 lipca 1410 roku pod Grunwaldem wcale nie oznaczał końca wojny z Krzyżakami. 17 lipca polsko-litewska armia ruszyła w głąb państwa zakonnego, a jej celem był zamek w Malborku. O przebiegu blisko dwumiesięcznego oblężenia pisze Anna Zielińska w książce Historyczne bzdury o średniowieczu.
Można powiedzieć, że był to zdecydowanie pochód triumfalny – wrogie zamki i miasta nie stawiały oporu i jeden po drugim poddawały się i otwierały swoje bramy.
Reklama
Trzy pierścienie murów zamku w Malborku
25 lipca król stanął pod Malborkiem. Załoga tej twierdzy nie miała zamiaru skapitulować. I tutaj dochodzimy do kolejnego problemu i kolejnych zakorzenionych w świadomości mitów. Czy Jagiełło mógł zdobyć Malbork? A także – czy tego chciał? Bo nie jest to oczywiste.
Zacznijmy od tego, czy mógł. Dzisiejszy wygląd Malborka to w dużej mierze zasługa XIX-wiecznych rekonstruktorów. A ponieważ w XIX wieku panowała moda na gotyk i średniowiecze, to architekci odpowiedzialni za zabytki nadawali im kształty zgodne bardziej z ich romantycznymi wyobrażeniami niż rzeczywistym wyglądem.

Część z tych błędów zweryfikowano i usunięto już po wojnie, gdy nowe, ludowe władze stanęły przed koszmarnie trudnym zadaniem odbudowy zabytku, z którego w 1945 roku Armia Czerwona zrobiła sobie poligon strzelecki. Tak czy siak, patrząc na plan fortecy, można dojść do podobnych wniosków, do jakich musiał dojść Jagiełło 600 lat temu. Zdobycie Malborka było zadaniem graniczącym z cudem.
Bo Malbork to tak naprawdę trzy zamki w jednym. Trzy osobne pierścienie obronne, każdy zdolny do bronienia się, nawet gdy dwa pozostałe wpadły już w ręce wroga. Szturm na te umocnienia z pewnością kosztowałby atakujących wielu zabitych. Wzięcie twierdzy głodem wymagałoby natomiast czasu. I to niemało, bo w zamkowych magazynach musiało się znajdować wystarczająco pożywienia, aby licząca 1500 osób stała załoga mogła przetrwać co najmniej półtora roku.
Przygotowania Henryka von Plauen
W dodatku Krzyżakom pomógł łut szczęścia. W bitwie nie brał udziału komtur Świecia Henryk von Plauen. Wraz z oddziałem liczącym nawet około 3000 zbrojnych (chociaż tutaj szacunki są rozbieżne), gdy tylko dowiedział się o klęsce, ruszył do stolicy. Dotarł tam kilka dni przed armią królewską.
Von Plauen był człowiekiem idealnym na stanowisko dowódcy obrony. Zdecydowany, bez wątpienia inteligentny i cieszący się autorytetem. Nie tracił czasu, bo wiedział, że nie ma go dużo. Zaprowadził porządek na zamku, do którego co rusz przybywały przerażone pogromem niedobitki spod Grunwaldu.
Reklama
Z całej okolicy nakazał sprowadzić zboże, pędzić bydło i zwozić wszystkie dostępne zapasy żywności. To, czego nie zdołano zabrać, nakazał spalić, aby nie zasiliło wroga. Rozkazał też podłożyć ogień pod zabudowania miasta Malborka, w dużej mierze drewniane, aby oczyścić przedpole oraz pozbawić wroga wygodnych kwater pozwalających utrzymać oblężenie także podczas zimnych miesięcy.
Mimo iż miał mało czasu, to udało mu się przygotować twierdzę do obrony. Tak więc oblężenie zapowiadało się na mozolne i krwawe zmagania. W średniowieczu nieczęsto zdarzały się szturmy na zamki, zwłaszcza tak potężne.

Jeżeli nie udało się wejść podstępem (ileż to twierdz nie do zdobycia padło przez jednego, przekupnego członka załogi…), to atakujących czekało oblężenie. Czyli miesiące (niekiedy nawet lata) tkwienia w jednym punkcie i walka nie tyle z wrogiem, co z nudą. Zdobycie Malborka zadaniem było niełatwym i nietanim.
Problemy Jagiełły z Witoldem
A czy Jagiełło w ogóle chciał zdobyć tę twierdzę? Dość prowokacyjne pytanie, nie uważacie? Ale aby zrozumieć, czemu w ogóle je rozważamy, musimy spojrzeć na nieco szerszy kontekst polityczny i cofnąć się o kilkadziesiąt lat, do 1385 roku. Jagiełło właśnie ma objąć tron Polski. Aby w ogóle mógł to zrobić, zostaje zmuszony do zaakceptowania pewnych warunków.
Reklama
Oczywiście musi się ochrzcić – poganin na tronie to było coś nie do pomyślenia dla ówczesnych elit Korony. Musi też poślubić Jadwigę. Ale największą wagę miał ostatni punkt dokumentu, jaki podpisał na zamku w Krewie – Jogajła, który za chwilę miał się stać Władysławem, z Bożej łaski królem Polski, przysiągł uroczyście włączyć ziemie Litwy i Rusi do Korony.
Zaczęła się trudna historia unii między Polską a Litwą. Unii chwiejnej, bardzo jeszcze słabej. Wielkiego przeciwnika unia miała w osobie Witolda, od 1392 roku namiestnika Wielkiego Księstwa, a od 1401 roku – Wielkiego Księcia Litewskiego. Witold był człowiekiem bardzo ambitnym. Nie chciał Litwy będącej częścią Korony.

Chciał Księstwa w pełni niezależnego, silnego, prowadzącego własną politykę. Kto wie, może nawet kiedyś mógłby się w Wilnie koronować i stać się tym pierwszym królem Litwy… W dodatku Witold miał predyspozycje na świetnego polityka. Bo nie miał skrupułów. Sojusze zawierał wyłącznie po to, aby je zerwać, gdy tylko uznał, że nie przynoszą mu już korzyści.
Potrafił walczyć z Krzyżakami ramię w ramię z wojskami Jagiełły, a za chwilę wspierać Krzyżaków przeciwko Polsce. Nie wahał się też przed podstępem, a trucizna i sztylet należały do jego ulubionych środków rozwiązywania problemów politycznych.
Reklama
Jagiełło wiedział, że unia jest słaba
Jagiełło aż za dobrze znał charakter swojego krewniaka. Na nieszczęście dla Witolda jeden szczwany Litwin trafił na drugiego szczwanego Litwina. Władysław wiedział, że unia jest słaba, ambicje Witolda nienasycone i w zasadzie jedyną rzeczą, która nie pozwoliła Litwie oderwać się od Polski, było zagrożenie ze strony krzyżackiej. I chociaż ciężko go podejrzewać o gruntowne wykształcenie i znajomość prac klasyków starożytnych, to był zbyt doświadczony, aby nie wiedzieć, że zdecydowanie lepiej mieć dwóch słabych przeciwników niż jednego silnego.
Tak, Litwa w oczach Jagiełły była tyle sojusznikiem, co przeciwnikiem. Witold już nieraz to pokazał. Gdyby Malbork upadł, państwo zakonne z dużą dozą prawdopodobieństwa przestałoby istnieć. Utrata ogromnej części wojska pod Grunwaldem była poważną raną. Ale odebranie stolicy – to by było coup de grâce dla zakonu.

Wzmocniłoby to Polskę, co do tego nie ma wątpliwości. Ale także Litwa miałaby prawo domagać się swojej części udziału w podziale łupów po zakonie. I z pewnością uzyskałaby co nieco. Litwa byłaby silniejsza, nie musiałaby się już obawiać krzyżackich rejz pustoszących jej ziemie, nie byłoby już sąsiada mającego zakusy na Żmudź.
Co by wtedy powstrzymało Witolda przed zerwaniem wszelkich związków z Polską i pójściem własną drogą? Nic. Jagiełło sobie z tego zdawał sprawę. Dlatego wolał zostawić przy życiu pobitego wroga, aby dalej móc grać krzyżacką kartą w grze z Litwą. Tak długo, jak żył Witold, Krzyżacy w polskich oczach mieli rację bytu.
Reklama
Czy był to błąd? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie i raczej nie chciałabym tutaj bawić się w historię alternatywną. Tak czy siak, z perspektywy lata Anno Domini 1410 było to podejście rozsądne. Jagiełło nie miał szklanej kuli, nie mógł przewidzieć sekularyzacji Prus, hołdu czy rozbiorów. Więc nie zwalajmy na niego winy za te wydarzenia. Zrobił to, co z jego perspektywy miało sens.
Artyleria podczas oblężenia zamku w Malborku
Wróćmy jeszcze na chwilę do oblężenia. Jagiełło miał ze sobą nowinkę techniczną która zaczynała robić furorę na polach walki, a już wkrótce je zupełnie zdominowała – artylerię ogniową. W polu na razie nie miała okazji się popisać, wystarczy przypomnieć bombardy, które Krzyżacy z takim poświęceniem targali ze sobą pod Grunwald.

Gdy doszło do starcia, zrobiły jedynie trochę huku, dymu i smrodu. Pewnie spłoszyły trochę koni, ale w zasadzie to tyle. Ale oblężenia to zupełnie inna historia. Tam artyleria pokazała, co potrafi. Wysokie kamienne mury nie były w stanie oprzeć się pociskom wystrzeliwanym z dział. Nie była też problemem bardzo niska celność, gdy ma się przed sobą cel wielkości… zamku…
Legenda z długą tradycją
I pewnie niejeden z Was, gdy odwiedzał Malbork, podziwiał kulę wbitą w ścianę nad kominkiem refektarza. Pewnie też słyszeliście opowieść przewodników o przekupionym słudze zamkowym, który miał wywiesić chorągiew w oknie refektarza, gdy odbywała się w nim narada dowódców obrony.
Reklama
Chorągiew miała wskazać położenie kolumny podtrzymującej sufit wielkiej sali. A wtedy wystarczyło wystrzelić z działa, rozbić kolumnę, a sufit by runął, zabijając wszystkich dostojników. Twierdza z pewnością by zaraz skapitulowała. Niestety kula minęła cel o centymetry i wbiła się w ścianę. Piękna historia. I dość stara, bo jej początki sięgają prawdopodobnie XVI stulecia.
Ale jak to często bywa z takimi historiami – jest ona zupełnie nieprawdziwa. Nawet jeżeli uznamy, że pachołek kręcący się z chorągwią między dostojnikami zakonu podczas narady nie wzbudziłby żadnych podejrzeń, to ówczesna artyleria nie pozwalała na zrealizowanie takiego planu. To jeszcze nie były czasy, gdy artylerzyści słynęli z dobrej znajomości matematyki, a ich głównym narzędziem pracy był zegarek i ołówek.

Nie istniały przyrządy celownicze czy ujednolicona kalibracja. Waga pocisku do jednego działa mogła się różnić nawet o kilka kilogramów i nie były one szczelnie dopasowywane. To sprawiało, że celowanie było mocno intuicyjne. I o ile dobry puszkarz mógł tak nakierować działo, aby trafić w mur czy konkretny budynek, tak trafienie w kolumnę było jak gra w totolotka. Teoretycznie możliwe, ale rzadko kończy się sukcesem. Tak więc tę legendę musimy traktować tak jak wiele innych opowieści przewodników – jako historię do zabawiania turystów, niekoniecznie prawdziwą.
Koniec oblężenia, ale nie wojny
Oblężenie zwinięto 19 września. Wielka wojna co prawda wciąż trwała – w październiku doszło jeszcze do bardzo nietypowej, wręcz turniejowej bitwy pod Koronowem. Na południu próbował coś działać także sprzymierzony z zakonem Zygmunt Luksemburski, ale też bez większego powodzenia. Rychło jednak stało się jasne, że wkrótce miecze ustąpią miejsca piórom.
A starcia dyplomatyczne potrafiły być równie zacięte i nierzadko miały większe znaczenie dla losów historii niż batalie wielkich wodzów. Nic więc dziwnego, że obie strony do tej walki przygotowały się solidnie i wytoczyły działa ciężkiego kalibru.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Anny Zielińskiej pt. Historyczne bzdury o średniowieczu (Sploty 2026).
Średniowiecze bez mitów








