Chaty w dzisiejszych polskich skansenach są na ogół przestronne, czyste, zadbane, zwykle też starannie odmalowane i wypełnione urokliwymi sprzętami. Domy otacza uporządkowana zieleń, a całość tworzy wrażenie harmonii i beztroski. Nawet budynki opisywane jako skromne siedziby niegdysiejszych nędzarzy dzisiaj zachwycają swoją niezobowiązującą prostotą i doskonałym stanem utrzymania. Ale prawdziwe wiejskie siedziby sprzed zaledwie kilku wieków wcale tak nie wyglądały.
Chaty, w jakich mieszkańcy wsi żyli w XVII, XVIII czy nawet XIX stuleciu, były niezwykle nietrwałe. Żaden gospodarz nie wznosił wtedy siedziby na pokolenia. Zwykle nie oczekiwano nawet, że dom przetrwa dekady. Zresztą samo określenie „dom” na miejsce, gdzie dni i zwłaszcza noce spędzała wyraźna większość dawnych mieszkańców Polski, to chyba nazwa nieco na wyrost.
Reklama
„Nie mieszkamy w domach, tylko w okopciałych budach” – powtarzano skargę samych chłopów w broszurze kolportowanej w 1790 roku, w dobie sejmu wielkiego. Także liczni społecznicy czasów oświecenia i późniejszych podkreślali, że na wsiach widywało się nie domostwa, ale prędzej nory i szałasy.
Niegodne, żeby w nich bestie szukały schronienia
Prowizoryczne konstrukcje, wkopane tak, że „okna tylko i dach sterczały nad ziemią”, z wykrzywionymi, tonącymi w błocie ścianami, nędznymi daszkami, na ogół bez kominów. „Okropne”, „walące się”, „niegodne, żeby w nich bestie” szukały schronienia, a co dopiero, by „mieszkali i gnili” w nich „za życia ludzie” – charakteryzował wiejskie budownictwo ksiądz Piotr Świtkowski, w poświęconej mu książce z 1793 roku.

Zwracał uwagę, że domy nieraz „do połowy” były zapadnięte w ziemi, podgniłe, spróchniałe, rozłażące się i pochylone tak, że niewiele brakowało, by się przewróciły. Gdy w 1807 roku świeżo powołane Towarzystwo Warszawskie Przyjaciół Nauk ogłosiło konkurs na projekt wiejskiej chaty przyszłości, który zapewniłby włościanom trwałość, ciepłotę, niskie koszty i bezpieczeństwo, przedsięwzięcie uzasadniano „ohydnym widokiem” istniejących wiejskich domów.
Konstrukcji tak lichych, że wiatr i mróz swobodnie się po nich „przechadzały” i corocznie trzeba było łatać ich dachy oraz wypełniać dziury w ścianach, a poza tym „drągami podpierać” całość, aby chata nie została porwana przez wichury.
Reklama
Jeśli deszcz ich „nie rozmoczy”, „susza nie rozsypie”, to „przypadkowy ogień w kilka je minut w popiół obróci” – podsumowywano stan nędznych „lepianek”, w których „nie bydło, ale włościanie, dobrodzieje nasi, mieszkali”.
Chłopska chata… na 15 lat
Publicystyczne wywody, drukowane, by nagłośnić bagatelizowany problem i poruszyć sumienia, miały oczywiście to do siebie, że upraszczały, a do pewnego stopnia także zakłamywały rzeczywistość. Nie wszędzie stan chłopskich domów wołał o pomstę do nieba, nie każda chata była tylko smutnym, zadaszonym barłogiem.

Niemniej jednak w polskiej historii niewiele da się wskazać momentów, gdy wiejskie chałupy prezentowały się nędzniej, niż na przełomie XVIII i XIX stulecia: po serii niszczycielskich wojen, konfederacji i najazdów, w następstwie kilku pokoleń zapaści gospodarczej i u samego szczytu pańszczyźnianego wyzysku.
Piotr Świtkowski twierdził, że typowa chata za jego czasów stała tylko przez 15–20 lat. Jeśli przesadzał, to nieznacznie. Po takim czasie domy zwykle same jeszcze się nie waliły, przynajmniej nie do szczętu.
Głównym powodem, dla którego trzeba je było rozbierać i wznosić na nowo, były pożary, stale nawiedzające polską wieś. Kazimierz Chełchowski, społecznik, który powrócił do tego tematu na początku XX wieku, twierdził nawet, że właśnie nieustanne pożogi stanowiły główne źródło „smutnego niezmiernie stanu” dawnych chat wiejskich.
„Nie warto było stawiać lepszej chaty, gdy się oczekiwało, że niedługo spłonie” – mieli rozumować gospodarze. Jeśli nawet któryś dom przetrwał nieco dłużej, to i go wreszcie rozbierano, gdy dalsze łatanie i podpieranie spróchniałej konstrukcji nie mogło już wystarczyć.
Reklama
Niemal nic z tego nie przetrwało
W konsekwencji, jak pisze etnograf Marian Pokropek, do dzisiaj nie zachowały się żadne oryginalne chłopskie chaty z XVII stulecia, a tym bardziej wcześniejsze. Chałup XVIII-wiecznych jest ledwie garstka.
Zresztą to albo domy dawnej wiejskiej elity – tak okazałe i solidne, że wstrzymano się z ich wyburzeniem – albo konstrukcje, które z czasem doczekały się tylu przeróbek czy nawet gruntownych przebudów, że dzisiaj niewiele przypomina o ich pierwotnej formie.
Jak naprawdę żyli nasi chłopscy przodkowie?
Więcej takich historii znajdziesz w książce Kamila Janickiego pt. Życie w chłopskiej chacie (Wydawnictwo Poznańskie 2024).








