Urodzony w 1943 roku Guntram Weber nigdy nie poznał swojego biologicznego ojca. Po wojnie matka powiedziała mu, że był on sierżantem Luftwaffe, który zginął podczas służby, jeżdżąc ciężarówką. Nie miało to jednak nic wspólnego z prawdą. W rzeczywistości nazywał się Ludolf von Alvensleben i odpowiadał za śmierć dziesiątek tysięcy Polaków. O drodze Guntrama do okrycia swego pochodzenia oraz piętnie jakie odcisnęło to na dobiegającym sześćdziesiątki mężczyźnie pisze doktor Filip Gańczak w książce pt. Polakożerca.
Guntram Weber czeka, aż nikogo nie będzie w domu. Wtedy otwiera szafę na ubrania i sięga po stalową kasetkę ukrytą za płaszczami. Ma poczucie, że robi coś zabronionego. Ciekawość okazuje się jednak silniejsza.
Reklama
Srebrny kubek
W kasetce jest dużo dokumentów, a także intrygujący srebrny kubek obrócony do góry dnem. Na naczyniu Weber widzi datę 3.10.1943 i swoje imiona: Guntram Heinrich. „To mnie przeraziło” – wyzna.
Jeszcze większym zaskoczeniem są dla niego napisy po drugiej stronie: „Od ojca chrzestnego” i wygrawerowane poniżej „H. Himmler”. Weber ma w tym momencie kilkanaście lat, ale już dobrze wie, że chodzi o „jednego z najgorszych zbrodniarzy w Niemczech”.

Dzieciństwo Webera przypada na pierwsze lata powojenne. Chłopiec dorasta w Republice Federalnej Niemiec w małym gospodarstwie w pobliżu Heilbronnu. Mieszka z matką, starszą siostrą, młodszym bratem i ojczymem, którego nazywa tatą.
Często jednak zagaduje o prawdziwego ojca. „Zawsze słyszałem odpowiedź, że zginął na wojnie. I mama mówiła to w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że nie powinienem dopytywać”. Babcia też nie chce mówić. Podobnie ciocia.
Reklama
W szkole Weber trafia na dobrych nauczycieli historii, ale kiedy wraca do domu i opowiada, czego nauczył się o wojnie, słyszy tylko: „Nie było cię wtedy, nie możesz tego wszystkiego zrozumieć”.
Zmyślona biografia ojca
Następny krok wykonuje matka. Przynajmniej tak się wydaje. Mówi Guntramowi, że urodził się w Poznaniu 3 października 1943 roku. Podaje zgodnie z prawdą, że jego ojciec pochodził z Halle nad Soławą. Ale resztę życiorysu zmyśla, jak się później okaże. Mężczyzna, rocznik 1900, miał się nazywać Hermann Weber, być sierżantem Luftwaffe i w czasie wojny zginąć w Chorwacji: „Jeździł ciężarówką. Pewnego dnia najechał na minę i wyleciał w powietrze”.
Matka uważa jeszcze za potrzebne dodać, że „z pewnością” nie był uwikłany w żadne mordy . Taką wersję Guntram w dobrej wierze poda w urzędzie, gdy będzie wnioskował o swój pierwszy dowód osobisty: „I wystawili mi dowód na podstawie tych danych”.
W bibliotece miejskiej Weber obsesyjnie przegląda książki historyczne. Przypatruje się dygnitarzom nazistowskim uwiecznionym na fotografiach i zastanawia się, czy jest podobny do któregoś z nich. Sprawa z ojcem nie daje mu spokoju. To dlatego decyduje się po kryjomu zajrzeć do stalowej kasetki trzymanej w szafie. Domyśla się, że znajdujący się w niej srebrny kubek ma z nim coś wspólnego, wciąż jednak ta historia ma dla niego więcej znaków zapytania niż odpowiedzi. „Odłożyłem kubek i zapomniałem o tej sprawie na długi czas” – będzie później wspominał.

„Gdyby generał to słyszał…”
W czasie studiów we Fryburgu odwiedza znajomych matki z czasów poznańskich, ale i oni milczą na temat ojca. „Czułem ogromny niepokój z powodu tej niewyjaśnionej sprawy” – przyzna po latach. W drugiej połowie lat sześćdziesiątych nie jest to jednak dla niego temat numer jeden. Są inne gorące kwestie, którymi żyją młodzi w RFN – na czele z wojną w Wietnamie i śmiercią Benna Ohnesorga, studenta z Berlina Zachodniego zastrzelonego przez policjanta w czasie demonstracji.
Weber sam bierze udział w tych protestach i to, co się stało, uważa za wielką niesprawiedliwość. Gdy mówi o tym w domu, jego ojczymowi wyrywa się: „Gdyby generał to słyszał…”. Chłopak próbuje drążyć sprawę, ale ojczym i matka znów ucinają rozmowę.
Reklama
Jakiś czas później podejmuje kolejną próbę. Mieszka już wtedy w Stanach Zjednoczonych, ale właśnie odwiedza rodzinny dom. Wiezie matkę samochodem – ma więc pewność, że tym razem nie będzie mogła odejść w połowie rozmowy. Zatrzymuje się na parkingu i raz jeszcze pyta o ojca: „Wtedy mama zbladła i powiedziała: »Nie chcę o tym mówić. Ludzie jeszcze dzisiaj obrzucają błotem. Wszystko ci napiszę«”.
Gdy żegnają się przed jego wylotem, matka rzuca mu: „Chłopcze, może jeszcze kiedyś mnie przeklniesz”. Obietnicy w sprawie ojca nie dotrzymuje. Po dwóch latach umiera. Wskutek wypadku Weber traci również żonę i zostaje młodym wdowcem z dzieckiem.

„To był generał von Alvensleben”
Pytania o przeszłość wracają, gdy w latach osiemdziesiątych przenosi się do Berlina Zachodniego. Z Archiwum Federalnego uzyskuje potwierdzenie, że jest chrześniakiem Himmlera. Sprawa srebrnego kubka zostaje definitywnie wyjaśniona. Pozostaje pytanie o tożsamość biologicznego ojca. Weber zdaje sobie sprawę, że na listę dzieci chrzestnych Himmlera nie trafił z powodu swojej matki, która była sekretarką. Musiał więc – jak się domyśla – mieć wysoko postawionego ojca.
Na początku XXI wieku Weber znów rozpytuje rodzinę. Siostra wyciąga odziedziczony po matce album ze zdjęciami z czasów poznańskich. Weber od razu wszystko kseruje, a dzień później pokazuje cioci i wujkowi. Na kilku fotografiach jest wysoki mężczyzna: „(…) mógłbym zaakceptować go jako swojego tatę, bo miał takie przyjazne spojrzenie”. Mężczyzna pozornie jest ubrany po cywilnemu, ale wujek Webera zwraca uwagę na dwa szczegóły: „Spójrz na jego spodnie – to bryczesy. Spójrz na buty – to buty oficerskie”.
Reklama
Przełomowa okazuje się wizyta u ojczyma. Ten w przypływie szczerości łamie na chwilę zmowę milczenia. „To był generał von Alvensleben” – wyjaśnia. Weber jest zdezorientowany: „Słyszałem już kiedyś to nazwisko na lekcji historii, ale nie z ostatniego stulecia, tylko z poprzednich stuleci. To była szanowana szlachecka rodzina w Prusach”.
„To mną wstrząsnęło”
Ojczym nie chce powiedzieć więcej. W dalszych poszukiwaniach pomaga Weberowi partnerka. Szybko udaje jej się ustalić, że w SS Himmlera służyło co najmniej trzech Alvenslebenów. Najwyższy rangą nosił imię Ludolf. Miał odpowiadać za śmierć trzydziestu tysięcy Polaków, a po wojnie uciec do Argentyny. „To mną wstrząsnęło. (…) Musiałem to przetrawić” – przyzna później Weber.

Znając imię i nazwisko, nie musi już szukać po omacku. W Berlinie i Ludwigsburgu, a później także w Bydgoszczy udaje się do archiwów: „Ilość dokumentów była ogromna”. Pracowniczka archiwum radzi mu, by skorzystał z pomocy psychologa. „Miała rację” – oceni Weber, gdy będzie mi o tym opowiadał.
Prócz informacji o ojcu musi przetrawić jeszcze jedną wiadomość: że w czasie wojny matka powierzyła go – tak jak wcześniej jego siostrę – opiece Lebensbornu, instytucji funkcjonującej w strukturach SS, mającej zwiększyć dzietność „rasy nordyckiej”. [Jak czytamy w książce Ingrid von Oelhafen i Tima Tate’a:].
Reklama
W ośrodkach Lebensbornu nawet cenne aryjskie niemowlęta takie jak Guntram Weber były poddawane bezdusznemu i bardzo surowemu reżimowi. Od razu po urodzeniu były oddzielane od swoich matek i następnie izolowane przez 24 godziny.
Potem mogły spędzać z matkami zaledwie 20 minut co cztery godziny – i nawet w czasie tego krótkiego kontaktu matki na rozkaz personelu SS miały wyraźny zakaz pieszczenia dzieci bądź rozmawiania z nimi.

„Mój rodzony ojciec zlecił egzekucję tych ludzi”
Już jako dojrzały człowiek Weber nawiązuje kontakt z innymi ludźmi o podobnych doświadczeniach. I widzi, że także u nich odbija się to czkawką przez całe życie. Weber kontaktuje się też z nowo odkrytym przyrodnim rodzeństwem – dziećmi Ludolfa i Melitty von Alvenslebenów.
Jeździ również do miejsc związanych z biologicznym ojcem. W Muzeum Oświaty w Bydgoszczy z bólem ogląda zdjęcia polskich nauczycieli rozstrzelanych jesienią 1939 roku. „Mój rodzony ojciec zlecił egzekucję tych ludzi” – mówi do kamery BBC. Odwiedza Jadwigę Polakowską, której tata Zygmunt – dyrektor gimnazjalny – został zamordowany w podbydgoskiej „Dolinie Śmierci”.
Weber i Polakowska długo rozmawiają. Później wspólnie składają kwiaty w miejscu upamiętniającym ofiary. Choć to dla niego trudne, Guntram Weber czuje, że musi przez to przejść. Musi, jak mówi, „wydobyć wszystko, co możliwe”. Bezpośrednio z ojcem już się nie skonfrontuje. Ten od dawna nie żyje.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Filipa Gańczaka pt. Polakożerca (Prószyński i S-ka 2026). Premiera 29 stycznia, ale już dzisiaj możecie zamówić swój egzemplarz.
Historia kata Pomorza








