Pośród przerażających spraw kryminalnych epoki PRL-u zbrodnia połaniecka jawi się jako wydarzenie zupełnie wyjątkowe. Nie ze względu na makabryczne szczegóły czy liczbę ofiar, ale wprost nieprawdopodobny obraz ludzkiej znieczulicy, jaką ujawniła.
W nowej powieści poświęconej zbrodni połanieckiej została ona określona mianem „najgłośniejszej zmowy milczenia w historii PRL”. Słuszna etykieta.
Reklama
Ale tak samo słusznie można by o niej napisać, że była to zmowa najbardziej nieludzka, w skrajny sposób pokazująca do czego zdolni są posunąć się członkowie niby to cywilizowanego społeczeństwa…
Tło sprawy
W noc wigilijną 1976 roku Jan Sojda, zamożny gospodarz ze Zrębina w dzisiejszym województwie świętokrzyskim zorganizował, przy wsparciu swojego szwagra i dwóch innych mężczyzn, brutalny mord na całej rodzinie, z którą wszedł w konflikt. Zabił ciężarną Krystynę Łukaszek, jej męża i 12-letniego brata.

Historia sama w sobie była straszna. Miała też jednak trudne to wyobrażenia tło. Mianowicie zbrodni dokonano na oczach kilkudziesięciu sąsiadów, na których Sojda wymógł następnie zmowę milczenia.
Zastraszanie i łapówki niesamowicie utrudniły wykrycie realnego tła sprawy, o czym pisaliśmy już szczegółowo w innych artykule. Choć ostatecznie i tak nie uchroniły, przynajmniej Sojdy i jego głównego wspólnika, przed wyrokiem śmierci.
Reklama
Podejrzana śmierć świadka
Do dzisiaj wiele szczegółów zbrodni połanieckiej pozostaje niejasnych, a ustalenia sądowe nie są w pełni akceptowane przez wszystkich komentatorów. O tym co zaważyło na tak niezadowalających finale postępowania kilka lat temu wypowiedział się szczerze Janusz Ragan.
Dzisiaj to emerytowany policjant z Nowej Dęby. W roku 1976 był to zaś młody, 26-letni sierżant Milicji Obywatelskiej z komendy w Tarnobrzegu. To właśnie on, wspólnie z jeszcze jednym funkcjonariuszem prowadził śledztwo w sprawie połanieckiej.

Jak wspominał Ragan, w wywiadzie udzielonym „Echu Dnia”, śledztwo przeciągało się, bo świadkowie wielokrotnie zmieniali zeznania, mataczyli, wycofywali się z wcześniej wygłoszonych stwierdzeń. Albo… umierali.
„Jedynym świadkiem, który od samego początku zeznał, iż Sojda, jego szwagier i zięciowie z zimną krwią zamordowali rodzinę Kalitów, był Leszek Brzdękiewicz. Ten świadek nie dożył jednak procesu” – wyjaśnia Marcin Radzimowski z „Echa Dnia”.
Mniej więcej w Wielkanoc 1978 roku Brzędkiewicz zniknął. Potem znaleziono go twarzą do dołu w rzeczce przepływającej przez Połaniec. Był martwy.
Reklama
„Było przypuszczenie, że ktoś mu »pomógł« umrzeć – skomentował po latach Janusz Ragan – „Miałem nawet pewne ustalenia operacyjne wskazujące, że w sprawę mogą być zamieszani dalsi krewni Sojdy. Niestety, nie udało się tego przełożyć na materiał dowodowy. Została wersja przypadkowego utonięcia”.
Największy błąd milicji w sprawie połanieckiej?
Niedopowiedzeń i niejasnych wątków było zresztą w śledztwie znacznie więcej. Według Janusza Ragana wynikało to z zasadniczego „taktycznego błędu”, jakiego dopuściło się kierownictwo ówczesnej milicji.

„Po zakończeniu śledztwa, a przed rozpoczęciem procesu, ci świadkowie zostali pozostawieni sami sobie” – wspomina niegdysiejszy śledczy sprawy połanieckiej. – „Skończyły się w Zrębinie wizyty milicji, skończyły się wezwania do prokuratury. Ten czas wykorzystała rodzina oskarżonych która rozpowiadała po wsi, że sprawa jest załatwiona i lada dzień »chłopy wyjdą z aresztu«”.
W takiej sytuacji, i w obliczu dalszych nacisków i pogróżek, „ludzie postanowili nie obciążać w sądzie Sojdy, z obawy przed zemstą”.
Inspiracja
Inspiracją do napisania tego artykułu stała się powieść Grzegorza Wielgusa pt. Połaniecka. Największa zmowa milczenia w historii PRL (Initium 2026).
Historia na faktach








