Polska magnateria słynęła na całą Europę z chełpienia się swym bogactwem. Najświetniejsi panowie królestwa przepuszczali bajeczne sumy, a wokół nich kręcił się cały tabun służby i zauszników. Utrzymanie dworu stanowiło jednak gigantyczny wydatek. Nieraz – przekraczający nawet, niby nieskończone, możliwości największych arystokratów.
Poniższy materiał, w znacznie dłuższej wersji, ukazał się pierwotnie w formie wideo na kanale na Youtube.
Gigantyczna rezydencja, a takie były dawne siedziby magnackie, nawet dzisiaj nie mogłaby działać bez skrupulatnej opieki. A przecież dzisiaj mamy odkurzacze, oświetlenie elektryczne, rury dostarczające wodę, kanalizację, centralne ogrzewanie… W XVIII wieku tego nie było. Wszystko trzeba było ręcznie sprzątać, zamiatać, donosić, zapalać, gasić, doglądać. W bardzo dużej rezydencji potrzeba więc było na przykład kilku osób tylko po to, by dostarczały wszędzie wodę i wynosiły tę już brudną.
Reklama
Kolejnych kilku służących, by kursowali od sali do sali i możliwie dyskretnie dokładali drewna do poszczególnych pieców lub kominków. A że drewno pali się szybko, to zimą maksymalnie po dwóch godzinach konieczne były odwiedziny przy tym samym palenisku. I tak w kółko, o ile tylko pan wymagał ogrzania znacznej części pokojów.
Ktoś musiał też zapalać dziesiątki i setki świec, a wymieniać te już stopione. Ktoś, w pomieszczeniu z zapalonymi żyrandolami stale stróżował na wypadek pożaru. Ktoś też oczywiście zamiatał i mył wnętrza, co bez odkurzaczy, a do tego w rezydencji liczącej przynajmniej setki, często zaś tysiące metrów kwadratowych, było wysiłkiem tytanicznym. Ktoś niestrudzenie, godzinami pastował podłogi.

Zresztą harówką aż trudną do wyobrażenia było też pucowanie okien: dawniej złożonych z setek małych, nierównych, oddzielnych, na dodatek delikatnych szybek. Ktoś wreszcie donosił i wynosił nocniki, ktoś polerował setki sztuk zastawy stołowej, będącej oznaką bogactwa gospodarzy, ktoś tego wszystkiego pilnował, nieodzowni byli też rzemieślnicy stale doglądający stanu mebli, parkietów, posadzek, dachów…
Przyznam, że kiedy pracowałem swego czasu nad moją biografią Wawelu, to w pierwszym momencie szczególnie zaskoczyło mnie właśnie przerażające tempo w jakim niszczała ta rezydencja. W każdym roku były konieczne ogromne nakłady na remonty, zużywano nieprawdopodobne ilości materiałów budowlanych, a nawet krótkie zaniedbania łatwo prowadziły do katastrof… i budżetowych i dosłownych.
Reklama
Gdy coś przeciekało, albo wprost się waliło. Destrukcja postępowała tak szybko, bo w czasach świetności przez pałac na Wawelu każdego dnia przewijały się setki osób. W siedzibach magnackich tłok nie był zaś wcale mniejszy. Czasem nawet używano ich jeszcze intensywniej.
Najwięcej robią ci, których nie widać
Ta część dworu – dosłowna służba, ludzie którzy faktycznie pracowali, sprawiali że wielka rezydencja mogła funkcjonować – była nieodzowna, ale zarazem najbardziej niedoceniana i… niezauważana. Niemal w żadnym polskim pałacu z XVII albo XVIII stulecia nie prowadzono, a w każdym razie nie przechowywano, dokładnych rejestrów niższej, plebejskiej służby.

Niemal nigdy nie możemy więc powiedzieć ilu dokładnie było takich ludzi, ilu pracowało stale i zamieszkiwało na miejscu, ilu było dochodzących lub angażowanych doraźnie. Bądź zapędzanych do robót bez wynagrodzenia, przymusowo, w ramach pańszczyzny, z okolicznych wiosek właściciela.
Badania zespołu z Uniwersytetu w Białymstoku, które wspomniałem przed chwilą, sugerują, że w dużych rezydencjach takich osób musiało, po prostu musiało, być pewnie kilkanaście. A mówię o absolutnym minimum. Nie zaszkodzi też przytoczyć przykładu wojewody poznańskiego Krzysztofa Opalińskiego, bardzo wpływowego magnata z pierwszej połowy XVII stulecia.
Reklama
Zdarzyło mu się, w obliczu rosnących długów, wprowadzić na pewien czas „reżim oszczędnościowy”. Wówczas, jak pisał w prywatnym liście, pomniejszył swój dwór do zaledwie 18 osób. Tyle że, jak wszelcy ludzie jego rangi, niezbyt zauważał, że poza dworzanami reprezentacyjnymi, ma i tych ciężko harujących, spoconych, niepokazujących mu się, prawdziwych służących.
Wymienił więc tylko: trzech szlacheckich służących, pokojowców, czterech „chłopiąt”, czy jak można by inaczej powiedzieć paziów, trzech skrzypków, dwóch kucharzy, pasztetnika (bo widać wyrabianie własnych pasztetów to była dla magnata potrzeba nieodzowna), pięć służących, kobiet, dla żony i dzieci.

Tyle, że to na pewno nie było wszystko. Władysław Czapliński i Józef Długosz domniemywali, że realnie cały dwór Opalińskiego musiał liczyć z dwa razy więcej osób, koło 30. Po prostu o pewnych niby podrzędnych zajęciach i profesjach pan wojewoda w ogóle nie myślał.
Więcej o działaniu magnackich rezydencji dowiesz się z filmu opublikowanego na moim kanale YouTube.







