Druga wojna światowa na terytorium Rosji zebrała potworne żniwo. Zginęło 27 mln ludzi, zniknęły z powierzchni ziemi dwa tysiące wsi i miasteczek. Mimo to Wielka Wojna Ojczyźniana stała się jednym z mitów założycielskich współczesnej Rosji. Bartłomiej Gajos w książce Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji wyjaśnia jakim cudem propagandystom się to udało?
Zaszczepienie rosyjskiemu społeczeństwu przez Putina i jego współpracowników kultu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w znanej nam formie jest ich niewątpliwym sukcesem. Złożyły się na niego nie tylko duże nakłady finansowe oraz wzrastające w prędkości wykładniczej od 2005 roku różnego rodzaju projekty i uroczystości. Pompowanie bimbalionów rubli nie dałoby jednak nic, gdyby nie realnie istniejące emocje społeczne. Nie ma bowiem rodziny w Rosji, której krewni, bliscy bądź dalecy, nie zginęli lub nie brali w jakiś sposób udziału w konflikcie z Niemcami.
Reklama
Pochłonął on – według oficjalnych statystyk – niemal 27 milionów ofiar. Procentowo względem przedwojennej liczebności ludności poszczególnych sowieckich republik najwięcej ludzi zginęło w Białoruskiej SSR (25,3%), Ukraińskiej SSR (16,3%), Łotewskiej SRR (13,7%), Ormiańskiej SRR (13,6%), Litewskiej (12,7%) i Rosyjskiej SSR (12,7%).
Na wojnie ginęli: dziadkowie, babcie, matki, ojcowie, wujkowie, ciotki, córki i synowie. Te realne przeżycia i jednocześnie duma z pokonania nazistowskich Niemiec oraz w wielu przypadkach podporządkowania krajów Europy Wschodniej tworzą ogromną przestrzeń do zagospodarowania przez polityków.

Stały się także tym, co łączy Rosjan: zarówno tych posiadających jachty i domy w Europie Zachodniej, jak i tych żyjących w drewnianych chatkach na Tambowszczyźnie. Pamięć o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej daje poczucie równości mimo nieprawdopodobnych różnic majątkowych.
Wbrew powszechnej intuicji to, co widzimy dzisiaj 9 maja w Dzień Zwycięstwa, nie pojawiło się w pierwszych latach po zakończeniu tego konfliktu. Stalin nie był skory do organizowania takich uroczystości. Po pierwsze, lider ZSRR obawiał się o swoją pozycję. Każde zwycięstwo na froncie miało swojego autora w postaci generała. Gdyby wówczas istniały media społecznościowe, to najwięcej followersów miałby zapewne wspomniany marszałek Żukow.
Reklama
Celebracja wojennych wiktorii tego okresu prowadziłaby do niepotrzebnego – z punktu widzenia Stalina – wzmocnienia ich pozycji i promocji wizerunku w sowieckim społeczeństwie. Jak na oczytanego w dziełach różnych zwolenników idei Marksa przystało, lider ZSRR doskonale pamiętał lekcję rewolucji francuskiej. To ona po 10 latach do władzy wyniosła pochodzącego z Korsyki małego kaprala Napoleona. Nie jest to przypadek, że pomnik Żukowa stojący dzisiaj na Placu Maneżowym, zaraz obok Placu Czerwonego, pojawił się dopiero w 1995 roku.
Drugi powód, dla którego Stalin nie był zainteresowany przesadnym celebrowaniem wiktorii związanej z Wielką Wojną Ojczyźnianą, związany był ze stratami, jakie Związek Sowiecki poniósł w tym konflikcie. To nie tylko niemal 27 milionów ofiar, ale niemal 2 tysiące zniszczonych miast i miasteczek, degradacja rolnictwa i przemysłu. Głównie tych położonych na obszarze dzisiejszej Białorusi i Ukrainy.
To wszystko doprowadziło do głodu w latach 1946–1947, który według różnych danych miał pochłonąć od jednego do półtora miliona ludzi. To nie była dobra sceneria do organizowania podniosłych uroczystości, chwalących potęgę ZSRR. Stalin zdawał sobie chyba sprawę, że narażałby się tym na śmieszność i jednocześnie złośliwe komentarze w społeczeństwie. Jak bowiem organizować pompatyczne obchody, gdy wszędzie wokół gruzy?
Jednocześnie te straty mogły przypominać mu o jego błędnych politycznych decyzjach w przeddzień niemieckiej agresji. Odpowiedzialność za katastrofę w pierwszych dniach wojny spadała bowiem na niego.

Stalin do ostatniej chwili nie wierzył w atak Wehrmachtu, który nastąpił 22 czerwca 1941 roku. Nie omieszkał mu tego wypomnieć jego następca Nikita Chruszczow w 1956 roku, gdy wygłaszał słynny „tajny referat” na XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego.
Dla Chruszczowa wspominanie lat 1941–1945 było jednak o tyle potrzebne, o ile służyło ono destalinizacji, czyli porzuceniu stalinowskich metod rządzenia, w tym kultu jego postaci.
Reklama
Ostra krytyka Stalina, będącego liderem ZSRR w okresie II wojny światowej, przekreślała jednak celebrację zakończenia wojny. W ludzkiej pamięci kojarzyła się ona jednoznacznie z wąsatym Gruzinem. Ojcem chrzestnym tego festiwalu militaryzmu, który dzisiaj obserwujemy w Rosji, był następca Chruszczowa – Breżniew.
Uznał on – bardzo trafnie – że 20 lat to wystarczający czas, by w ludzkiej pamięci rzeczywiste doświadczenia i wspomnienia zaczęły stawać się plastyczne i mniej zasobne w przeciwciała chroniące przed romantyzacją i propagandą. Jednocześnie sam Breżniew – weteran drugowojenny – i niemający w swojej biografii żadnych innych przymiotów wyróżniających go na tle innych przedstawicieli sowieckiego społeczeństwa, był wielce zainteresowany wypromowaniem swojego wizerunku.

W związku z tym w 20. rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą w 1965 roku na Placu Czerwonym odbyła się pierwsza od 1945 roku parada wojskowa. To wówczas 9 maja ustanowiono w ZSRR dniem wolnym od pracy. I był nim do końca istnienia Związku Sowieckiego.
Odpowiedź na pytanie czym powinna być Rosja?
W 1991 roku Rosja stała się suwerennym państwem i zdecydowała się porzucić komunistyczne imperium. Trzeci raz w XX wieku – po rewolucji lutowej i rewolucji październikowej – elity tego kraju stanęły przed zadaniem wymyślenia siebie na nowo. Część poszukiwań odpowiedzi na pytanie, czym powinna być nowa Rosja, stanowiło ustosunkowanie się do symboliki i mitologii odziedziczonej w spadku po ZSRR.
Reklama
Prezydent Jelcyn, choć wywodzący się ze struktur partyjnych, swoją polityczną pozycję zbudował na konflikcie z Michaiłem Gorbaczowem i ostrym antykomunizmie. Dlatego też w pierwszych latach swoich rządów nie był skory do podtrzymywania mitu wojny, który nieodłącznie związany był także z celebracją wielkości partii komunistycznej. Najbardziej widoczną ilustracją tego była obecność mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym.
Z tych powodów przez dwa lata – w 1993 i 1994 roku – obchody Dnia Zwycięstwa 9 maja odbywały się nie na Placu Czerwonym, a na Pokłonnej Górze. Wzniesienie znajdujące się w odległości niemal 10 kilometrów od Kremla uznano za dogodne do tego, by spróbować zmienić charakter święta i wytrącić symboliczną broń z ręki wciąż silnych komunistów. Nie budowano zresztą na surowym korzeniu: wówczas ku końcowi zmierzały prace nad budową kompleksu memorialnego związanego z II wojną światową. Zaczęto je jeszcze w okresie istnienia ZSRR.

Decyzja Jelcyna miała stanowić symboliczne zerwanie z poprzednimi praktykami. Poniosła ona jednak fiasko, czego dowodem była organizacja parady wojskowej w 1995 roku, w 50. rocznicę końca II wojny światowej. Powinienem jednak raczej napisać: parad, bo były dwie. Jedna odbyła się na Placu Czerwonym. Tę przeznaczono dla weteranów wojennych oraz zagranicz-nych delegacji. Druga miała miejsce na Pokłonnej Górze, gdzie zaprezentowano wojskowe uzbrojenie. To wówczas otwarto również Centralne Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.
Ten polityczny rozkrok, będący w rzeczywistości klęską Jel-cyna, wynikał z jego słabości politycznej. Jego poparcie w oficjalnych sondażach przed wyborami prezydenckimi szorowało po dnie, dlatego zaczął adaptować wybrane stare, komunistyczne elementy do własnego repertuaru. To z kolei pokazywało, czego pragnęli sami Rosjanie żyjący od 4 lat w nowych realiach: powrotu starych, nostalgicznych nut. W 1995 roku Centrum Lewady, zajmujące się badaniami opinii publicznej w Rosji, opublikowało sondaż, zgodnie z którym aż 82% Rosjan zamierzało świętować Dzień Zwycięstwa.
Reklama
Takiego odsetka nie mógł ignorować żaden rozsądny polityk. Decyzja powrotu na Plac Czerwony nie była zatem czymś z góry narzuconym i sprzecznym z ogólnym nastrojem. Jelcyn wychodził naprzeciw społecznym emocjom. Dlatego też nie tylko zorganizował wszystko w starym miejscu. Podpisał także ustawę, zgodnie z którą 9 maja – Dzień Zwycięstwa miał być obchodzony co roku z „wojskową paradą i salwą artylerii”. To także wówczas wprowadzono stałą wartę przy Grobie Nieznanego Żołnierza znajdującym się w Aleksandrowskim Ogrodzie, który przylega do zachodniej części Kremla.
Breżniew mógłby to uznać za swój pośmiertny triumf. To za jego rządów bowiem postawiono tam ten monument. Sowieckie artefakty okazały się nadzwyczaj żywotne i użyteczne.

Te wszystkie decyzje zbiegły się w czasie w trwającą I wojną w Czeczenii (1994–1996). Chociaż nikt z ówczesnej elity rosyjskiej nie sięgał po retorykę, którą znamy dzisiaj z Ukrainy, i nie nazywał Czeczenów faszystami czy nazistami, to te symboliczne prężenie muskułów przez Rosję na Placu Czerwonym miało być wyraźnym sygnałem dla Groznego.
Jeśli kogoś wyzywano od faszystów, to najczęściej adresowano to w stronę komunistów i skrajnej prawicy. Jelcyn ten osobliwy konglomerat nazywał „czerwono-brunatnymi”, robiąc czytelną aluzję do sojuszu komunistów z nazistami. Jego rywale nie pozostawali mu dłużni. Odgryzali się słowami o „demofaszyście”.
Reklama
Pomimo kryzysu ekonomicznego oraz trwającej wojny Jelcyn zdołał wygrać wybory w 1996 roku. Kluczowa okazała się pomoc oligarchów, szczególnie tych związanych z masowymi mediami, przede wszystkim telewizją. Odnotowane wówczas nieprawidłowości dotyczące fałszowania głosów były istotne i godne krytyki, ale nie odegrały decydującej roli.
Wybory co prawda nie odbyły się w atmosferze fair play, ale nie zostały z pewnością ustawione – Jelcyn nie wygrał, stosując znany trik „cudu nad urną”. Pokazały one jednak, że początkowo upojona demokracją i wolnym rynkiem Rosja zaczyna tęsknić za starą symboliką i starymi metodami rządzenia.
Dostrzegł to następca Jelcyna: Putin. Wywodzący się z KGB polityk, mający w swojej historii rodzinnej epizody związane z Wielką Wojną Ojczyźnianą – jego ojciec walczył pod Leningradem – i dorastający w jej kulcie rozpętanym za Breżniewa, doskonale rozumiał wagę tego wydarzenia. I wykorzystał je na swoją korzyść.
Źródło
Powyższy tekst stanowi fragment książki Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji, autorstwa Bartomieja Gajosa, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Przedświty.








