Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Brytyjczycy i Francuzi 1 lipca 1916 roku rozpoczęli natarcie nad Sommą w Pikardii. Nieomal w połowie wojny doszło do jej największej bitwy. O przebiegu trwającej ponad cztery miesiące batalii pisze Sławomir Leśniewski na kartach książki Wojna – pokój – wojna (1914–1945).
Poprzedził ją trwający niemal osiem dni ostrzał artyleryjski niemieckich pozycji, które jednak w dobrym stanie przetrwały ogniową nawałę. Oczekiwanie, że rozlecą się pod nią niczym domek z kart, okazało się naiwnością. Grzechem pierworodnym, jaki popełniło alianckie dowództwo, było nieprzygotowanie wywiadowcze zaplanowanego natarcia.
Reklama
Skutki braku właściwego rozpoznania
Nie zadano sobie trudu, aby właściwie rozpoznać rozmieszczenie nieprzyjacielskich pozycji i siłę ognia głównych punktów oporu. Atakujący szli w ciemno, nie mając pojęcia, na co natrafią. Czekała ich regularna rzeź.
Niektóre z jednostek zostały dosłownie rozstrzelane ogniem Niemców. Ulewa pocisków z karabinów maszynowych spadająca na gęste szeregi atakujących zebrała straszliwe żniwo. Pułk Devonshire stracił 159 żołnierzy, którzy padli skoszeni pociskami jedynego kulomiotu stojącego na drodze ich ataku.

Pochowano ich we wspólnym grobieokopie, a dla upamiętnienia ich bezowocnej śmierci pozostawiono na nim tabliczkę z napisem: „Żołnierze z Devonshire utrzymali ten okop. Są w nim do dziś”. Angielski czarny humor objawiał się więc w dość groteskowy sposób.
Może najbardziej dramatyczny los spotkał jeden z batalionów Royal Warwickshire Regiment, który pod Serre dostał się pod krzyżowy ostrzał i zmasakrowany pozostawił w jego okolicy 520 zabitych, a reszta żołnierzy w liczbie 316 wycofała się na pozycje wyjściowe, przy czym wszyscy odnieśli lżejsze bądź cięższe rany.
Ranni napływali „nieprzerwanym potokiem”
Jeden z poległych wówczas brytyjskich żołnierzy kilka miesięcy wcześniej w liście do matki napisał chełpliwe słowa, jakby odsuwając od siebie strach przed śmiercią: „Dzięki Bogu, niestraszny mi ryk pocisku”; ten, który go dosięgnął, nadleciał pewnie po cichu. Inny, sanitariusz Harry Streets, który tego dnia stracił brata poetę, w przejmujących słowach przedstawił powrót zdziesiątkowanych oddziałów:
(…) pieszo, na noszach, taczkach i wózkach nieprzerwanym potokiem napływali ranni. Po opatrzeniu leżeli na podłodze, oczekując na ewakuację. Tych w beznadziejnym stanie układano po lewej stronie i nie zajmowano się nimi. Trudno było nie słyszeć ich błagań o ratunek, ale musieliśmy się zajmować przede wszystkim tymi, którzy mieli szanse na przeżycie.
Reklama
Francuzom na południowym odcinku uderzenia powiodło się o wiele lepiej niż Brytyjczykom, choć i oni nie osiągnęli wyznaczonych celów i nie opanowali miasteczka Péronne. Udało im się jednak wziąć parę tysięcy jeńców i zdobyć niemal sto dział. Był to spory sukces. Ponadto uniknęli katastrofy, jaka spotkała ich sojuszników. Ten straszny dzień przyniósł atakującym ogromne straty.
Podniosły się głosy, że ich przyczyna wiązała się ze słabym wyszkoleniem żołnierzy, co poniekąd potwierdzał fakt, że największe ubytki miała 34. Dywizja „Nowej Armii” (6380 ludzi). Niewiele mniej żołnierzy poległo wszakże w 29. Dywizji, w której służyli doskonale wyćwiczeni i zaprawieni w bojach zawodowcy.

Przyczyny leżały gdzie indziej. Zapewne wielką rolę w tej kwestii odegrała niemiecka piechota, która nie tylko walczyła z wielką zaciekłością, ale również wykazała się znaczną wytrwałością i odpornością na artyleryjski i karabinowy ostrzał.
Zbytnia pewność siebie aliantów
Nie poszła na darmo ciężka praca żołnierzy przy wzmacnianiu okopów i konstrukcji ziemianek w tygodniach poprzedzających atak. Pomimo straszliwej nawały ogniowej wiele przetrwało, dzięki czemu dały schronienie żołnierzom, ci zaś byli w stanie powrócić na pozycje, zanim dotarły do nich fale atakujących. Wedle Robertshawa: „Nie ma wątpliwości, że 1 lipca niemieccy żołnierze dowiedli swoich wysokich umiejętności”.
Reklama
Alianci zgrzeszyli zbytnią pewnością siebie. Przed uderzeniem i już podczas samych walk nie zadbali o wystarczająco dobry system łączności. Dopiero po bitwie wprowadzono szyfry i kody oraz ulepszone i trudniejsze do zlokalizowania sieci telefoniczne.
Niemcy świetnie przygotowali się do odparcia alianckiego natarcia. Nad Sommą powstały dwie przemyślnie skonstruowane linie obronne, które dzieliła odległość wynosząca od niemal 2 kilometrów do ponad 3,5 kilometra. Pierwsza opierała się na zabudowaniach wsi (niektóre były mocno zrujnowane, ale zapewniały dobre stanowiska obronne), pomiędzy nimi zaś znajdowały się reduty, schrony, stanowiska dowodzenia i poprzedzone skręconą plątaniną drutu kolczastego trzy pasy solidnie oszalowanych okopów.

Stanowiska drugiej linii obronnej mieściły system łączności, w dużym stopniu odporny na ogień artyleryjski i naloty powietrzne — przewody były przezornie głęboko zakopane. Podobnie rzecz się miała z ziemiankami: niektóre z nich były drążone na głębokości 10 metrów!
Tragiczny bilans pierwszego dnia bitwy
Tragiczny dla aliantów pod względem strat pierwszy dzień walk przyniósł niespodziewany skutek. Siła ich ataku i niezwykły hart żołnierzy idących falami na świetnie umocnione stanowiska przeraziły Niemców, którzy w obawie przed przerwaniem frontu nad Sommą natychmiast przerzucili tam spod Verdun dwie dywizje piechoty i aż 60 ciężkich armat.
Reklama
W kolejnych dniach i tygodniach były ściągane stamtąd kolejne jednostki. Tym samym wojska cesarskie obniżyły swoje szanse na osiągnięcie wyczekiwanego od kilku miesięcy przełomu w tej drugiej bitwie. Przebieg dnia „Z”, jak w dowództwie alianckim określano początek natarcia nad Sommą, powściągnął łączone z nim nadzieje na przełamanie niemieckiego frontu. Nie wszystkich. Generał Haig 2 lipca sporządził notatkę zdumiewającą w treści, świetnie ilustrującą jego przedmiotowy stosunek do podkomendnych:
(…) na chwilę obecną przypuszczamy, że straciliśmy ponad 40 tysięcy ludzi. To nie jest dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę liczbę oddziałów biorących udział w operacji i długość odcinka frontu, na którym atakowano.

Haig — głównodowodzący bez opamiętania szafujący życiem żołnierzy i nieodczuwający z tego powodu wyrzutów sumienia — nie doszacował skali strat. Jak pisze Robertshaw: „Z rejestrów poległych, rannych zaginionych i wziętych do niewoli wynika, że brytyjskie 3. i 4. Armia straciły w sumie 57 270 ludzi”. Wśród zabitych dominowali ochotnicy. 1 lipca 1916 roku z pewnością zasłużył sobie, aby uznać go za najczarniejszy dzień w całych wojennych dziejach Anglii i Wielkiej Brytanii.
Debiut czołgów na froncie
Ogromne straty nie powstrzymały dalszych ataków. Generał Haig pchał w gardło śmierci kolejne oddziały. Pomimo olbrzymiego bohaterstwa żołnierzy w ciągu ponad czterech miesięcy walk nie doszło do przełamania nieprzyjacielskiej obrony, a linia frontu tylko bardzo delikatnie zafalowała.
Reklama
Na jego przełamanie ofiarnie pracowali alianccy piloci, którzy dysponując dużą przewagą, wywalczyli panowanie nad polem bitwy, ale nie miało to większego wpływu na przebieg toczonych na lądzie walk. Straty lotnictwa były przy tym wyjątkowo wysokie, sięgające 500 pilotów i niemal 800 maszyn.
15 września Brytyjczycy po raz pierwszy rzucili do walki czołgi i poparli ich atak silnym ostrzałem artyleryjskim. Nowa broń miała walory perspektywiczne, ale pierwsze natarcie nie spełniło pokładanych w niej nadziei i nie przyniosło oczekiwanego przełomu. Niezgrabne, powolne stalowe pudła nie zostały odpowiednio wykorzystane.

Poruszały się w rozproszeniu, nie towarzyszyło im dość piechoty, grzęzły w błocie i wpadały w leje. Mimo to wywarły duże wrażenie na wrogu, sam zaś atak przyniósł niewielki miejscowy sukces i jednocześnie spowodował wysokie straty po niemieckiej stronie. Haig otrzymał powód do satysfakcji — Niemcy krwawili coraz mocniej…
Straty walczących stron nad Sommą
Bitwa nad Sommą, obok zmagań pod Verdun, w dziejach Wielkiej Wojny zapisała wyjątkowo czarną kartę. Ci wszyscy, którzy ją przeżyli albo krótko po niej oglądali upiorne pobojowisko, na zawsze zachowali w pamięci jej przerażający obraz.
Reklama
Wsiąkła w nie krew około miliona ludzi! Brytyjczycy i Niemcy utracili po mniej więcej 400 tysięcy zabitych i rannych, Francuzi dwa razy mniej. Jakby ich nie dostrzegając, wysyłali kolejne oddziały na front, którego linia uległa zmianie tylko w niewielkim stopniu — na odcinku około 40 kilometrów sprzymierzeni posunęli się do przodu o zaledwie 12 kilometrów — i w ciągu kolejnych dwóch lat miał on pochłonąć kolejne miliony ofiar. Jak napisał Andrew Robertshaw w monografii poświęconej batalii nad Sommą,
Oprócz bitwy o Passchendaele w wojnie tej nie było drugiej równie bezowocnej i kontrowersyjnej ofensywy. […]

Sommę podaje się jako przykład porażki i głupoty Brytyjczyków. […] „dowód” bezsensowności brytyjskiej strategii i porażki niekompetentnych brytyjskich dowódców….
To z pewnością prawda, ale przecież nie tylko im można było przypisać równie poważne błędy, które tysiące podkomendnych skazały na śmierć.
Popełniali je wszyscy, jednak nie zawsze wynikające z nich konsekwencje były aż tak tragiczne jak nad Sommą.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Sławomira Leśniewskiego pt. Wojna – pokój – wojna (1914–1945). Ukazała się w 2026 roku nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Opowieść o czasach okrucieństwa i heroizmu








