Niechlubna tradycja polskich chłopów. Dziś wolimy o niej nie pamiętać

Strona główna » XIX wiek » Niechlubna tradycja polskich chłopów. Dziś wolimy o niej nie pamiętać

Wsi spokojna, wsi wesoła. Choć nie zawsze. Bywały takie chwile w roku, gdy jednak polska wieś przestawała być spokojna zamiast tego mieszkańcy wilkiem patrzyli jeden na drugiego, bo zbliżało się jedno konkretne wydarzenie. Gdybyście kiedyś zastanawiali się, skąd wzięła się polska podejrzliwość i skłonność do wzajemnych wymówek, a jednocześnie nieodparta potrzeba zliczenia wszystkich grzechów i grzeszków sąsiada… spójrzcie na obyczaje sprzed stuleci. W książce „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy”, Kamil Janicki jasno pokazuje, że pewna tradycja bardzo głęboko odcisnęła się na obyczajach polskich chłopów. I chyba wciąż może wpływać też na nas samych.

Tekst powstał w związku z najnowszą książką Kamila Janickiego „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy” (Wydawnictwo Poznańskie 2026). Możesz ją kupić tutaj. Pierwotnie ten materiał ukazał się na naszym kanale na Youtubie.

Przenieśmy się na moment do autentycznej wiejskiej karczmy sprzed mniej więcej czterech stuleci. Tylko od razu mówię: sceneria nie jest raczej taka, jak się spodziewacie. Nikt nie tańczy, nikt nie podnosi kufli, nie słychać gwaru rozmów, w tle nie zawodzą żadne skrzypce. Wprawdzie gospoda pęka w szwach, ale zarazem panuje w niej niemal zupełna cisza. Można by wręcz powiedzieć: nabożne milczenie. Wszyscy w obawie czekają na to co nastąpi. Albo też do ostatniej chwili wahają się z decyzją jak sami powinni się zachować w obliczu sąsiadów. Wydarzenie jest niewątpliwie stresujące, ale trudno byłoby je nazwać wyjątkowym. Do identycznych spotkań, jak to które zaraz opiszemy, dochodziło co kilka lub najrzadziej kilkanaście miesięcy. Były nieodłączną częścią życia.


Reklama


Na dawnej polskiej wsi karczmy pełniły różne funkcje, o których dzisiaj niekoniecznie się pamięta. Jasne, były miejscami, gdzie chłopi szukali wytchnienia, gdzie topili swoje żale, gdzie organizowali rodzinne uroczystości, albo kupowali na przykład sól, gwoździe. Ale to nie jest jeszcze wszystko. W wiejskich gospodach, o ile tylko były budynkami wystarczająco dużymi, organizowano też przymusowe rytuały, na które byli zobowiązani stawiać się wszyscy gospodarze we wsi.

Miały one na celu utrzymanie naszych przodków w ryzach, zapewnienie absolutnego porządku. To nie jest jednak chyba najważniejsze. Przede wszystkich wydaje się, że te obrzędy, w różnych formach praktykowane przez stulecia, stale wiszące nad ludźmi, na dobre wpłynęły na polską kulturę, charakter narodowy.

Dawniej karczma była centralnym miejscem wsi.
Dawniej karczma była centralnym miejscem wsi.

Okej, przykład. Jesteśmy w Kasinie Wielkiej na południu Małopolski, a dzień to 24 listopada 1624 roku. W lokalnej gospodzie zgromadziły się głowy wszystkich rodzin z tej sporej osady. Gdyby ktoś nie przyszedł, zostałby surowo skarany. Poza tym są reprezentanci gromady, wiejska elita – wójt i wspierający go przysiężni. Normalnie towarzyszyłby im jeszcze tylko doraźny skryba, czyli najprędzej lokalny organista. Ale akurat Kasina jest wsią dużą i należącą do Kościoła. W sali znajduje się więc także kilku księży, w tym sam przeor klasztoru dominikanów w podkrakowskim Prądniku. Na oczach ich wszystkich rusza… posiedzenie sądu. Tyle, że bardzo specyficznego sądu. Wtedy nazywano go sądem „rugowym”, choć dzisiaj może prędzej użylibyśmy określenia… „sąd donosicielski”. Albo na przykład „sąd podglądacki”.

Na środek wywoływano dwóch gospodarzy

Kulminacyjnym momentem jest wystąpienie tak zwanych „rugowników”. Chodzi o dwóch gospodarzy, szanowanych mieszkańców wsi, którzy zostali wyznaczeni do wskazanej roli podczas poprzedniego posiedzenia. Wychodzą oni przed całą gromadę… po czym zaczynają… że powiem to kolokwialnie, „kablować” na sąsiadów. O prawie każdym mają coś złego do powiedzenia.


Reklama


Wyjawiają, że Wojciech Kuban poważył się zjeść pajdę z masłem podczas postu. A poza tym wdał się w kłótnię z innym kmieciem, Stanisławem Jędrasikiem. Mówią, że Jan Marszałek naruszył świętość niedzieli i widziano jak ścinał wówczas trawę kosą. Że Prokop Piotr nie poszedł na mszę w dniu Wszystkich Świętych. Że z kolei w domu Wojciecha Knapa wypatrzono „podejrzaną białogłowę”, a u Rogów widziano cudze prosięta, które ci wzięli do własnej zagrody i nie oddali ich bez upomnienia…

Każdy donos jest analizowany. W prostszych sprawach od razu zapadają wyroki. Na przykład Jan Marszałek, ten od kosy, zostaje na miejscu wychłostany, choć raczej symbolicznie, dostaje tylko o 12 uderzeń. A mógł przecież 200. W przypadku Wojciecha Kubana sąd zadowala się deklaracją, że więcej nie sięgnie on po masło w zakazanym terminie. Ale już sprawa prosiąt zostaje odłożona na osobne posiedzenie, do szczegółowego rozpatrzenia. Podejrzanych czekają więc nerwowe tygodnie. W najgorszym razie grozi im nawet wyrzucenie z domu, konfiskata majątku, wypędzenie ze wsi…

Nowa książka Kamila Janickiego "Polskość" ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
Nowa książka Kamila Janickiego „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy” ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

Do rugowników nikt nie ma pretensji. Zrobili dokładnie to, co do nich należało. Zresztą, gdy oni kończą przedstawianie donosów, przychodzi pora na wzajemne oskarżenia sąsiadów i… akty solennej samokrytyki. Wszyscy kablują na wszystkich, albo i na samych siebie. A potem wybierają nowych rugowników, którzy będą ich dozorować przez kolejne miesiące. I na następnym posiedzeniu zdradzą nowe nadużycia.

No dobra, o co w tym wszystkim chodzi? Kasina była wsią klasztorną, ale starano się w niej rozwiązać „problem”, z którym tak samo mierzyli się wszyscy inni panowie folwarczni nad Wisłą. Jak już dobrze wiecie z wcześniejszych odcinków, na dawnej polskiej wsi panował system, który przynajmniej zdaniem części historyków powinno się nazywać wprost niewolnictwem. W czasach przedrozbiorowych polska szlachta uważała poddanych za swoją własność, nieraz prędzej nawet za element inwentarza niż pełnoprawnych ludzi. Chłopi byli zmuszani do bezpłatnej pracy w ogromnym wymiarze, bardzo ograniczano ich swobodę, celowo spychano ich w nędzę, wyciskano z nich… wszystko. To był system bezwzględny. Tyle, że system z jednym paradoksalnym aspektem, który trzeba brać pod uwagę, jeśli chce się zrozumieć całość.


Reklama


No więc: chłopi trwali w niewoli i ją tolerowali, mimo że mieli przytłaczającą przewagę liczebną nad swoimi panami. Tak fizycznie, dosłownie, szlachta nie byłaby nigdy w stanie przymusić ich do posłuszeństwa. Na wsi, na przykład XVI-wiecznej, w głównych prowincjach kraju, na jednego szlachcica mogło przypadać nawet ponad 30 chłopów. W naszych realiach gospodarczych typowy ziemianin, nie licząc rodziny, albo nie miał na swoich usługach żadnych innych herbowników, albo zatrudniał tylko jednego zarządcę, tak zwanego ekonoma. Poza tym jednak całą działalność folwarku prowadzili sami chłopi. Oni orali, siali, plewili, żęli, zbierali, a nawet zawozili plony na handel i odbierali pieniądze dla swego dziedzica.

System „monitoringu osiedlowego”?

Aby system oparty na wyzysku funkcjonował, a szlachcic czerpał z interesu zyski, konieczne były środki perswazji i przymusu. Chłopów przekonywano z ambony, że pilne służenie panu to święty obowiązek, a zaniedbywanie pańszczyzny stanowi jeden z najpoważniejszych grzechów. Zupełnie powszechne było oczywiście też zastraszanie i bicie.

Na wsi system kontroli opierał się na wzajemnej obserwacji. Nic się nie ukryło.
Na wsi system kontroli opierał się na wzajemnej obserwacji. Nic się nie ukryło.

Same groźby i przemoc, przy takiej, a nie innej demografii, nie mogłyby jednak wystarczyć. No bo przecież szlachcice nie byli w stanie stać z kijem nad każdym chłopem. W mechanizm nadzoru należało angażować samych poddanych, plebejów. To było po prostu nieuniknione. We wsi i na folwarku to głównie właśnie chłopi, w interesie pana, nadzorowali innych chłopów. Dbali o to, by sąsiedzi byli posłusznymi niewolnikami.

Na pewno słyszeliście argumenty tych różnych piewców wspaniałej dawnej Rzeczpospolitej, którzy uparcie przekonują, chociażby tutaj na Youtubie, że nowożytna Polska była krajem mlekiem i miodem płynącym i że nie było u nas żadnej niewoli, że w ogóle było super. Szczególnie chętnie podkreślają oni jedną kwestię. Mówią, jakby normalnie odkryli Amerykę, że przecież na polskiej wsi istnieli ludzie, którym dobrze się powodziło, którzy mieli pewien majątek, a nawet władzę. Wójtowie, przysiężni, inni urzędnicy, ogółem chłopska „elita”. Obecność tych uprzywilejowanych jednostek jest w ich oczach dowodem na to, że ogółem nie mógł istnieć prawdziwy ucisk. Ale jeśli rozumie się ramy, o których wspomniałem, to sprawa zaczyna jawić się wprost odwrotnie… Aby system pańszczyźniany w ogóle działał, niektórzy po prostu musieli być z niego wyłączani.


Reklama


Wybrani ludzie dostawali większą swobodę i jednocześnie władzę nad sąsiadami. W zamian za to, że dawano im dostatniejsze gospodarstwa, dodatkową ziemię, że nawet zwalniano ich z pańszczyzny, członkowie „elity” byli zobowiązani pilnować wszystkich innych, którzy na takie profity nie mogli liczyć. Mówiąc krótko: system dworski nie mógłby działać… bez garstki uprzywilejowanych chłopów „kolaborujących” z dworem.

To ważmy aspekt do którego kiedyś na pewno wrócę. Ale jednak nie najważniejszy. Wójt i paru jego współpracowników też nie byliby w stanie siłowo przymusić wszystkich sąsiadów do karności. Aby cała wieś słuchała się władzy, trzeba było stworzyć odpowiednie mechanizmy. I odpowiednią… kulturę. Kluczową rolę odgrywała zasada kolektywnej odpowiedzialności.

Za występek jednostki odpowiadała cała gromada.
Za występek jednostki odpowiadała cała gromada.

Normą było, że za wszelkie braki, naruszenia czy nawet wypadki, za wszystko co nie podobało się i szkodziło dworowi, odpowiadała cała społeczność, gromada. Jeśli coś zginęło z folwarku, jeśli jakaś danina została zaniedbana albo dworski sprzęt uszkodzony, jeśli po prostu nakazanych prac nie wykonano w pełni, wszyscy mieszkańcy wsi mieli ponieść koszty, wziąć na siebie solidarnie dodatkowe obowiązki lub odebrać siarczyste razy, za winę niezidentyfikowanego sprawcy.

Sąsiad wskazywał palcem na sąsiada

Przed kosztami i karą mogli uratować samych siebie, tylko jeśli wskazali, kto faktycznie był winny. „Sąsiad wie, kto płocho siedzi. I ma opowiedzieć, pod tą groźbą, żeby sam za niego nie cierpiał” – wyjaśniał Anzelm Gostomski, autor popularnego XVI-wiecznego poradnika dla panów folwarcznych.


Reklama


Polskim chłopom przez stulecia stopniowo wpajano przekonanie, że powinni nie tylko pracować, ale też czujnie doglądać, czy z obowiązków wywiązują się sąsiedzi. A jeśli tego nie robili – donosić władzy o nadużyciach. Aby zwiększyć efektywność systemu, poddanych przekonywano, że zatajanie win i grzechów (a wszelka niefrasobliwość w odrabianiu pańszczyzny była przecież grzechem!) grozi karą boską – która niechybnie spadnie nie tylko na jednego lenia czy oszusta, ale w ramach niebiańskiej odpowiedzialności zbiorowej też na jego rodzinę, sąsiadów, nawet całą osadę.

Donoszenie na „płochych” sąsiadów mogło mieć charakter doraźny, codzienny. Ale właściciele ziemscy starali się też kreować trwałe schematy zachowań. Czynić z kolaboracji normę, a z gotowości do donosicielstwa cnotę. No i wszystko to zamykać w powtarzanych rytuałach.

"Sobota na folwarku". Gdy przychodziło do sądów, ludzie donosili jeden na drugiego bez mrugnięcia okiem.
„Sobota na folwarku”. Gdy przychodziło do sądów, ludzie donosili jeden na drugiego bez mrugnięcia okiem.

Szczegóły mogły wyglądać bardzo różnie, zależnie od miejsca i czasu. Najwięcej wiemy o rozwiązaniach, które stosowano we wsiach kościelnych, ale chyba głównie dlatego, że tam prowadzono szczególnie skrupulatną dokumentację. W każdym razie, jak przed laty pisał chociażby historyk Edward Trzyna, różne elementy tego systemu są znane tak samo z dóbr prywatnych. Na pewno były to rozwiązania zupełnie masowe w Małopolsce, na Rusi Czerwonej, ale przykłady znamy też chociażby z Pomorza, Żuław, ziem litewskich. No i tak oto wracamy do historii, od której zacząłem. Tradycji sądów rugowych.

Przynajmniej raz w roku we wsi pańszczyźnianej organizowano specjalne posiedzenie sądu, w którym orzekali na ogół członkowie chłopskiej elity, wyznaczeni przez pana. I na którym każdy gospodarz miał obowiązek opowiedzieć o wszelkich występkach współmieszkańców… oraz o własnych grzechach, błędach i przestępstwach, których sam dopuścił się w minionych miesiącach. W zachowanej księdze urzędowej z małopolskiej wsi Łukawiec wyjaśniano, cytuję: „Cokolwiek ktoś na kogoś wie, tak ojciec na syna, matka na córkę, a córka na matkę, gospodarz na komornika, a komornik na gospodarza, sąsiad na sąsiada, jak się kto sprawuje, ma teraz wszystko przed prawem każdy zeznać”. Inne akta urzędowe mówią jasno o nakazie składania publicznej samokrytyki i proszenia o karę za własne naganne czyny. Za zatajenie czegokolwiek groziła chłosta i kary w wosku lub pieniądzach. Poza tym straszono też oczywiście karą niebiańską.


Reklama


Ponieważ jednak szczerość gospodarzy trudno było zagwarantować, gromada lub sam szlachcic wyznaczali wspomnianych na początku rugowników. Na każdą wieś przypadał zwykle jeden, czasem, jak w Kasinie, dwóch funkcjonariuszy. Byli to chłopi zobowiązani do tego, by przez cały rok szpiegować sąsiadów, a podczas walnego sądu wyłożyć wszystkie ich publiczne i utajone postępki. Chodziło o naruszenia miru i praw, ale też o kwestie zupełnie drobne lub leżące wyłącznie w interesie dworu. Rugownicy raportowali przypadki „pustoszenia i niepoprawiania domostw”, a więc niewystarczającej gospodarności, a także wszelkich „sporków i kontrowersji z nienawiścią i przekleństwem”.

W Kasinie, z której mamy szczególnie dobrze zachowane księgi, raz chodziło o ujawnioną braterską kłótnię, „której przyczyną były żony”. Wszelkie szczegóły prywatnego sporu roztrząsała cała gromada. Kiedy indziej, po doniesieniu rugownika upomniano małżonków, którzy cichcem dokonali separacji. Zostali oni zmuszeni przez sąd do ponownego zamieszkania z sobą. Były też przypadki, gdy ojciec kłócił się z synem, i albo pierwszego odsyłano do przytułku, albo drugi tracił gospodarstwo.

W każdym takim sądzie chodziło o "ukaranie grzeszników".
W każdym takim sądzie chodziło o „ukaranie grzeszników”.

Działalność służyła, jak tłumaczono w innej księdze sądowej z epoki, cytuję, „ukaraniu grzechów, które by się między poddanymi znajdowały, które by były albo przeciw przykazaniu bożemu, kościelnemu, albo też przeciw ustawom wsi tej i zakazaniu jasnemu pańskiemu, przeciw dobru pospolitemu i ku szkodzie”.

Nie chodziło o zawziętość?

Jak wyjaśniał etnograf Józef Burszta „rugownik miał na oku całą wieś”. Aby jednak w kontroli nie było luk, często wyznaczano też dziesiętników – odpowiedzialnych, zgodnie z nazwą, za dyscyplinę, uczciwość i dobre prowadzenie się 10 rodzin, łącznie z własną. Taki aparat inwigilacji funkcjonował w XVIII wieku chociażby w kluczu tokarskim na Rusi Czerwonej. W zachowanych księgach urzędowych odnotowano podstawowe obowiązki każdego dziesiętnika. Miał on w pierwszej kolejności „ludzi w swoim dziesiątku będących wiernie doglądać, żeby się dobrze rządzili i sprawowali, w gospodarstwie nie opuszczali”.

Poza tym oczekiwano że reprezentant gromady będzie powstrzymywać kontakty chłopów „z hultajami i złodziejami”, zabraniać im wikłania się „w niebezpieczne handle” oraz upominać, jeśli będą się bawić w sposób prowadzący do „ubóstwa i utraty”. Przede wszystkim zaś miał on podczas sądów oskarżać „nieposłusznych, upornych, niepoprawiających się, kłótliwych, szkody drugim czyniących”. Wszystko to zaś miał oczywiście robić „nie z żadnej zawziętości, ale jedynie z miłości bliźniego”. I dla większej korzyści pana.

Takie wiejskie systemy inwigilacji funkcjonowały przez stulecia. Stopniowo także sami chłopi zaczęli uważać je za konieczne. Z jednej strony denuncjacja i kolaboracja były wymuszane. Jeśli ktoś zataił własne lub cudze winy, a potem zostały one wyjawione przez rugownika lub sąsiada, to czekała go surowa kara – fizyczna, majątkowa. Zarazem jednak chłopi, którym odbierano resztki swobody, faktycznie zaczynali wierzyć, że taki ciągły dozór każdego nad każdym, jest konieczny dla zapewnienia porządku i przyzwoitości.

Mechanizmy, które opisałem stały się popularne już na początku XVII wieku, a na dobre zniknęły dopiero po rozbiorach. Mówimy więc o zjawisku, które istniało przez stulecia, dotyczyło, w różnym zakresie ale jednak, tysięcy wsi i milionów ludzi. Pewnie wyraźnej większości naszych przodków.

Cały ten system donosicielstwa siłą rzeczy skutkował powszechną nieufnością, nawet względem najbliższych. Przez pokolenia naszym przodkom wpierano, że zawsze powinni mieć się na baczności. Że każde ich słowo może zostać podsłuchane, każdy czyn podejrzany. Że tak do końca nikomu nie powinni w pełni wierzyć, ale z drugiej strony, że sami też muszą innych inwigilować, Że wsypywanie bliskich to nawet czyn chwalebny.

O tym wszystkim można oczywiście opowiadać tylko z perspektywy historii. Sam jednak sądzę, że stulecia takiego formatowania musiało przynieść długotrwałe skutki. I że warto znać tę historię, by lepiej zrozumieć i pewne ciemne strony historii XX wieku… I dzisiejszy charakter nas samych. Bo z wszelkich badań socjologicznych wynika, że Polacy to wciąż jeden z najbardziej nieufnych i podejrzliwych narodów Europy. Zresztą czy należy nam się dziwić?

Nowa książka Kamila Janickiego

Jacy naprawdę są Polacy? Co nas ukształtowało? Co odróżnia nas od wszystkich innych narodów? Temat dzisiejszego artykułu to jeden z BARDZO wielu wątków, które poruszam w mojej nowej książce pt. Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy. Książka jest już dostępna w sprzedaży.

Autor
Kamil Janicki

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.