"Nocą ulice rozbrzmiewały krzykami o pomoc". Tak wyglądał powojenny "Dziki Zachód" we Wrocławiu

Strona główna » II wojna światowa » "Nocą ulice rozbrzmiewały krzykami o pomoc". Tak wyglądał powojenny "Dziki Zachód" we Wrocławiu

Ledwo nad Wrocławiem ucichły ostatnie wybuchy, w następstwie kapitulacji Niemców, a rozpoczęła się trudna walka o przywrócenie miastu życia. Przestępcze bandy, wystrzały na ulicach, śmierć z najbardziej błahych powodów… Wyniszczona metropolia przez długie miesiące pozostawała prawdziwym polem bitwy, co pokazuje w książce Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945 Richard Hargreaves.

Pierwszy powojenny prezydent Wrocławia Bolesław Drobner przekonywał, że to miasto wcale nie było martwe. W pierwszym numerze pierwszej polskiej gazety zatytułowanej „Nasz Wrocław” prezydent miasta przedstawił osiągnięcia pierwszego miesiąca działalności polskich władz: uruchomiono pierwszą linię autobusową oraz ograniczone dostawy elektryczności i świeżej wody; już wkrótce miały zostać otwarte pierwsze kina – pierwszy film zatytułowany Majdanek, dokument o wyzwoleniu obozu śmierci pod Lublinem, pokazano 16 czerwca; zbliżał się moment uruchomienia tramwajów (w rzeczywistości nastąpiło to na początku sierpnia); 1 września miał się rozpocząć nowy rok szkolny, a miesiąc później rok akademicki.


Reklama


Prezydent miasta wychwalał około 2 tysiące Polaków, którzy już osiedlili się w mieście – „można ich nazwać pionierami polskości”. Stwierdził również: „Na świeże jeszcze gruzy przybyliśmy my – ludzie znad Wisły – aby budować nowy polski Wrocław, nawiązujący do tradycji Piastów Śląskich”.

Pomimo szczytnych ideałów przyświecających Drobnerowi i jego gromkich deklaracji, życie w mieście nadal było pogrążone w chaosie. Jak wspominał osadnik Andrzej Jochelson, „tradycyjnymi odgłosami Wrocławia” w pierwszych tygodniach polskich rządów były „strzelaniny, huki eksplozji, a w międzyczasie śpiewy słowików, krzyki jaskółek i świergoty wróbli”. Pewnego razu Jochelson minął zwłoki niemieckiego kolejarza leżące na ulicy. Resztkę godności zmarłego chroniła firanka zakrywająca mu głowę. Nikt nie usuwał ciała z ulicy.

Drobner wziął na siebie piekielnie trudne zadanie przywrócenia miastu życia (fot. domena publiczna).
Drobner wziął na siebie piekielnie trudne zadanie przywrócenia miastu życia (fot. domena publiczna).

„Ciała nikt nie uprzątnął. Na tej ulicy pracowano nad usuwaniem z jezdni pocisków artyleryjskich, które wyrzucano w ruiny domów. Może jeden z nich eksplodował, może była tam jakaś mina, a może po prostu człowiek ten został zastrzelony?”

Prawdopodobnie jednak chodziło o to ostatnie, gdyż Wrocław szybko zyskiwał sobie opinię miasta bezprawia. Zwłaszcza ulice za Dworcem Głównym cieszyły się złą sławą. W ruinach grasowały bandy przestępców. Nie było nocy, aby domy stojące w tamtej okolicy nie zostały napadnięte i żeby ktoś nie został zastrzelony. „Setki naszych wciągano w te ruiny i rabowano” – protestował pewien niemiecki duchowny. – „Jeśli próbowali się bronić albo wzywali pomocy, bito ich na miazgę albo zabijano”. Noc w noc ulice rozbrzmiewały krzykami o pomoc i piekielnym hałasem tłuczenia w garnki, który miał odstraszyć rabusiów. Nawet zmarłych nie pozostawiano w spokoju. Przekopywano groby w poszukiwaniu złotych zębów u nieboszczyków.


Reklama


Polski „Dziki Zachód”

Plon szabru wysyłano na wschód pociągami – co Joanna Konopińska widziała na Psim Polu – albo drogami i dróżkami Śląska. Jak wspominał Alfred Górny, zatrudniony wtedy w polskiej administracji cywilnej, droga z Wrocławia do Oleśnicy stanowiła „jeden sznur ludzi. Ludzie z furmankami i pieszo, jedni do Wrocławia, a drudzy do Oleśnicy. Piecyki gazowe z łazienek, wanny, naczynia kuchenne i diabli wiedzą co – to była zdobycz szabrowników”. Polacy wkrótce ochrzcili Wrocław mianem „Dzikiego Zachodu”, jak dowiedziała się Joanna Konopińska. „Da się tu mieszkać?” – nowa sąsiadka ze Lwowa pytała młodą studentkę historii. – „Bardzo tu niebezpiecznie?” Joanna nic nie odrzekła. „Faktem jest, że w Polsce centralnej zwłaszcza Dolny Śląsk określa się mianem 'Dzikiego Zachodu’, 'Meksyku’ itp. i, niestety, określenia te są uzasadnione” – zapisała w swoim dzienniku.

We Wrocławiu byli również i stróże prawa, milicjanci, ale w niewielkim stopniu udawało im się zaprowadzić w mieście porządek. Gdy pewien sześćdziesięcioletni Niemiec, który poszedł złożyć kwiaty na grobie swej córki, długo nie wracał do domu, jego rodzina udała się na poszukiwania. Na cmentarzu obok grobu znaleźli wielką kupę liści. Gdy w gorączkowym pośpiechu zaczęli rozrzucać liście, pod spodem ukazały się zwłoki zastrzelonego mężczyzny bez ubrania i bez butów. Polska milicja nie okazała zainteresowania tą zbrodnią.

Tekst stanowi fragment książki "Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945" Richarda Hargreavesa, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.
Tekst stanowi fragment książki Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945 Richarda Hargreavesa, która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

„Mamy po kilka takich spraw dziennie” – oznajmił im jeden z funkcjonariuszy. Tylko w tamtym tygodniu zginęło około dwudziestu Niemców. Większość niemieckich mieszkańców Wrocławia odnosiła wrażenie, że milicjanci sami byli bardziej zainteresowani dołączeniem do szabru niż zaprowadzeniem ładu i porządku. Jeden ze świadków tamtych wydarzeń opisywał ich jako „hałaśliwych prostaków w skórzanych lub wojskowych kurtkach z karabinami i rewolwerami”. Czterech milicjantów wdarło się do kościoła św. Henryka pod pozorem poszukiwania ukrytej broni i radia. Niczego takiego nie znaleźli.

Przychodzili po matki i siostry

Zabrali jednak miejscowemu księdzu katolickiemu wszystkie ubrania, łącznie z chusteczkami do nosa. Kiedy poszkodowany zameldował o tej kradzieży władzom, spotkał się jedynie z szyderstwami. „Jesteś Niemcem, więc nic już tutaj nie jest twoje. Weźmiemy sobie to, czego nam potrzeba”. Takie odpowiedzi nie były wcale rzadkością. Kiedy Niemcy protestowali przeciwko rabunkom, słyszeli zazwyczaj: „Niemieccy żołnierze tak samo zabierali wszystko w Polsce” albo „Zamknij się, ty niemiecka świnio”. Polacy „nieraz” włamywali się do mieszkania Friedhelma Mondwurfa i zabierali jego matkę oraz siostrę.


Reklama


„Bezsilny i przerażony musiałem patrzeć, jak je zabierają pod groźbą przemocy” – wspominał Mondwurf, który był wtedy dzieckiem. – „I zawsze to dręczące pytanie: Czy wrócą całe?” Żeby się bronić, niemieccy mieszkańcy miasta barykadowali się w swoich domach na noc, blokując klamki w drzwiach wejściowych stołami, tak, żeby nie można było ich otworzyć. Często w obronie Niemców interweniowali czerwonoarmiści. Ale czasami niemieccy mieszkańcy brali sprawy we własne ręce. Gdy pewna młoda kobieta została wyciągnięta z mieszkania i zgwałcona przez Polaków na placu Bendera, cała dzielnica się zbuntowała. „My, Niemcy, nie jesteśmy uczciwie traktowani” – stwierdził ich rzecznik. – „Chcemy ochrony i pomocy! Potrzebujemy jedzenia! W przeciwnym razie ludzie przestaną pracować”

Żądanie jedzenia było powszechne. Ci, którzy pracowali, otrzymywali w zamian żywność, ale ich racje były minimalne – ledwie jedna trzecia tego, co dostawali Polacy. Malutkie dzieci dostawały niecałe pół litra mleka na dwa dni. Poza tym Niemcy szperali w gruzach i po piwnicach w poszukiwaniu starych ziemniaków, zbierali kukurydzę z okolicznych pól i na wszelkie inne sposoby starali się zdobyć jakąś żywność. „Ci, którzy nie chcą głodować, są zmuszeni polować na jedzenie, od jednej piwnicy do drugiej, od jednej ruiny do drugiej, często grożących zawaleniem. Rozglądaliśmy się z nadzieją znalezienia czegoś jadalnego” – wspominała Annelies Matuszczyk.

Wrocław po drugiej wojnie światowej  (fot. domena publiczna.
Wrocław po drugiej wojnie światowej (fot. domena publiczna).

Udało jej się. Pod popiołami w kilku zawalonych piwnicach znalazła trochę starych ziemniaków. „Chwilowo to nasze jedyne źródło pożywienia”. Dwunastoletni Friedhelm Mondwurf zachwycał się widokiem radzieckich żołnierzy pasących swoje konie na tych nielicznych terenach zielonych w mieście, które nie ucierpiały w czasie wojny. „Wkrótce zacząłem się między nimi kręcić” – wspominał potem. – „Zależnie od nastroju, albo mnie przeklinali i przeganiali, albo ściskali – być może przypominałem im ich własne dzieci”. Czerwonoarmiści chcieli, żeby Friedhelm śpiewał im piosenki. Żłopali wódkę i szturchali go, żeby śpiewał dalej. Wkrótce „kręciłem się wokół nich jak tańczący niedźwiedź”.

Po każdej piosence wyciągał ręce i żołnierze dawali mu trochę jedzenia ze swoich racji żywnościowych – czarny chleb, kilka deko cukru zawinięte w kawałek gazety, kawałek boczku. Zaciągnąwszy się kilka razy mocnymi radzieckimi papierosami, chłopak padł wyczerpany na ziemię. „Ostatkiem sił dotarłem do domu, pękając z dumy i nie mogąc zrozumieć, dlaczego moja matka wybuchła płaczem na mój widok” – pisał we wspomnieniach. – „Ale przeżyliśmy”. Podczas gdy Niemcy żebrali, kradli lub szukali jedzenia, w polskich sklepach, jak stwierdzano w jednym z raportów, „było wszystko, czego dusza zapragnie – mięso, masło, boczek, jajka, chleb itd.”. Był tylko jeden haczyk. W tych sklepach można było płacić wyłącznie polskimi złotymi. Niemcy mogli wymieniać swoje Reichsmarki na złotówki, ale kurs wymiany był dla nich bardzo niekorzystny. Wartość marki niemieckiej została zdewaluowana sto dwadzieścia, sto pięćdziesiąt, a nawet dwieście razy.


Reklama


Przed wojną wrocławianie mogli kupić kilogram masła za cztery marki. W czerwcu 1945 roku cena tej samej ilości masła wynosiła od 320 do 880 marek. Za chleb, który kiedyś kosztował 30 fenigów, teraz trzeba było dać co najmniej 60 marek. Równie drogie były leki – jedna tabletka aspiryny kosztowała około 15 marek, a butelka syropu na kaszel dla dzieci aż 50 marek – a lekarze brali do 30 złotych za wizytę. Niemcy musieli się ratować wyprzedawaniem przedmiotów osobistych, które jeszcze zachowali, na znakomicie prosperującym czarnym rynku.

Wszystko znajdziesz na „szaberplacu”

Pustkowie na dawnej ulicy Cesarskiej, przemianowanej teraz na plac Grunwaldzki, stało się nieoficjalnym sercem miasta. Niemcy i Polacy, zarówno cywilni urzędnicy, jak i milicjanci, wszyscy się przepychali, żeby ubić targu na „szaberplacu”, jak nieoficjalnie nazywano to miejsce. „Malarz znalazłby tutaj inspiracje na całe życie: tak wiele tu różnych postaci i ras” – pisała Annelies Matuszczyk. – „Targują się o każdą złotówkę, prowadzą handel wymienny i oszukują”.

Powojenny Wrocław był miastem pełnym ruin (fot. domena publiczna).
Powojenny Wrocław był miastem pełnym ruin (fot. domena publiczna).

Plac był usiany złomem, starymi samochodami, rowerami, pobitymi naczyniami i ozdobami. Polski osadnik mógł znaleźć wszystko na szaberplacu: zastawę stołową, pojedyncze talerze, kubki, garnki, kołdry, pierzyny, sztućce, obrazy, maszyny do pisania, maszyny do szycia, aparaty fotograficzne, buty, ubrania, wazy, kryształy, odkurzacze. Na straganach leżał boczek, kiełbasa, szynka, mięso, ciasta, masło, papierosy, a polskie kobiety kucające na ziemi sprzedawały owoce, warzywa, kurczaki i gęsi. Nikt nie kupował niczego za pieniądze tylko na wymianę. Szczególnie cenny był cukier, jeszcze bardziej herbata, kawa i alkohol, a zwłaszcza wódka i koniak. Joanna Konopińska udała się na poszukiwania maszynki do mielenia mięsa, biorąc ze sobą bańkę oleju rzepakowego i woreczek cukru na wymianę. Nie znalazła maszynki do mięsa, ale wymieniła swój olej na komplet bielizny pościelowej, a cukier na parę zimowych butów.

„Potem żałowałam tej transakcji, bo na moich oczach jakaś kobieta taką samą ilość cukru wymieniła na futrzaną damską kurtkę”. Wieczorem plac pustoszał i zostawały na nim tylko góry śmieci. Następnego ranka handlarze wracali i handel zaczynał się od nowa.

Handel wymienny i czarny rynek nie mogły jednak ocalić wrocławian na długo. Pod koniec lipca 1945 roku miasto znalazło się w uścisku „katastrofy głodowej”, jak to określił ksiądz Johannes Kaps. Szczególnie narażeni byli ludzie starzy i bardzo młodzi; Kaps szacował, że dziewięć na dziesięć niemowląt umarło wtedy z głodu. Uczeń Horst Gleiss regularnie mijał staruszków – a czasami również młodych – siedzących przy drodze. Mdleli z głodu lub z wyczerpania.

„Dzieci, które zwykle tak szaleją i hałasują, siedzą w południowym słońcu, głodne i ospałe, o wiele za słabe, żeby beztrosko się bawić” – pisał. Ci, którzy nie umierali z głodu, umierali na tyfus, dyzenterię i dyfteryt. Przed domami i piwnicami zamieszkiwanymi przez osoby zarażone, wywieszano kawałki żółtego materiału jako ostrzeżenie dla innych, żeby tam nie wchodzić. Codziennie umierało co najmniej czterdziestu Niemców. Zdaniem Paula Peikerta rzeczywista liczba ofiar wynosiła raczej trzysta lub czterysta dziennie.


Reklama


„Starcy i dzieci padają jak muchy” – ksiądz opowiadał swemu przyjacielowi. Noworodki były wręcz skazane na śmierć. „Matki nie mogły ich uciszyć, bo nie miały pokarmu” – wspominał były agent nieruchomości. Nie było wody do kąpieli ani żeby zrobić pranie, a matki nie mogły zajmować się swoimi dziećmi, bo musiały pracować”. Nie było jednak trumien, ani dla starych, ani dla młodych. Dlatego zwłoki zawijano w koce, ale i one były w nocy kradzione przez złodziei. Pracownicy kostnicy po przyjściu rano do pracy znajdowali ciała całkiem nagie.

„Niemal codziennie na cmentarz dostarczano całkowicie obnażone, sponiewierane kościotrupy” – wspominał pewien ksiądz. Pogrzeby na jednym z dwóch cmentarzy, które były w użytku – reszta była jeszcze zaminowana – często przerywali maruderzy, którzy strzelali na oślep, a nawet gwałcili kobiety w żałobie. W wielu przypadkach wrocławianie po prostu grzebali zmarłych tuż przy domu, tak jak w czasie oblężenia. Nie było to jedyne zjawisko z czasów twierdzy, które się teraz powtarzało. „Liczba samobójstw rośnie w zastraszającym tempie” – zauważył Johannes Kaps w sierpniu 1945 roku. – „Byłoby ich jeszcze więcej, gdyby w kuchenkach był gaz”.

Przytłaczająca większość niemieckich cywilów uciekła z Wrocławia. Ci, którzy zostali, musieli się zmierzyć z brutalną powojenną rzeczywistością (fot. domena publiczna).
Przytłaczająca większość niemieckich cywilów uciekła z Wrocławia. Ci, którzy zostali, musieli się zmierzyć z brutalną powojenną rzeczywistością (fot. domena publiczna).

Rządzący miastem Polacy i Sowieci zdawali sobie sprawę z położenia ludności niemieckiej. Około 1500 Niemców demonstrowało przed biurem pośrednictwa pracy na obrzeżach centrum miasta, odmawiając pracy bez odpowiedniego zaopatrzenia w żywność. Przybycie na miejsce milicji jeszcze zaogniło sytuację. Milicjanci chcieli strzelać do manifestantów. Dopiero interwencja żołnierzy radzieckich i tonujące nastroje słowa jednego z polskich urzędników zapobiegły wybuchowi zamieszek. „Ponieważ nie mają czym płacić, Niemcy umierają z braku opieki medycznej, zwłaszcza dzieci” – stwierdzano w jednym z raportów administracji cywilnej. Pewna kobieta, nie wdając się w dłuższe rozważania, położyła swoje dziecko na biurku radzieckiego komendanta miasta pułkownika Liapunowa. Niemowlę zmarło na jego oczach. Inna wrocławianka napisała nawet do Stalina list, w którym skarżyła się, że niemieccy mieszkańcy miasta są głodzeni przez Polaków.

Zdesperowana Niemka pisze do Stalina

Niektóre zawarte w nim twierdzenia były słuszne, ale list był również przepełniony tradycyjną niemiecką pogardą wobec Polaków. Jego autorka twierdziła, że wrocławscy Niemcy mają tylko jedno pragnienie – „być znowu wolnymi od Polaków” i woleliby już nawet panowanie Rosjan. „Z tego powodu sprawa odbudowy nigdy tutaj przez Polaków nie może być z odpowiednim naciskiem zastosowana” – pisała. – „Śląsk nie jest odpowiednim krajem dla polskiego narodu. Komu odbudowa leży bardziej na sercu jak Ślązakowi samemu?” Jej list został przechwycony przez polską administrację i nigdy nie dotarł do adresata. „Te same metody eksterminacji, jakie my stosowaliśmy wobec innych nacji, teraz są wykorzystywane przeciwko nam” – komentował ksiądz Paul Peikert – „tylko że za zasłoną pozornego humanitaryzmu Rosjanie i Polacy nie mordują bez sensu, jak to robiło nasze Waffen SS i Gestapo na terenach okupowanych ku przerażeniu całego świata. Jednak skutek jest taki sam”.


Reklama


Chociaż wojna się już skończyła, pochłaniała ciągle kolejne ofiary. Ksiądz Walter Lassmann został poproszony o poświęcenie grobu na nasypie kolejowym na Księżu Małym na południowo-wschodnich przedmieściach Wrocławia. Troje dzieci znalazło pancerfausta, który jednak wystrzelił podczas zabawy. Cała trójka zginęła na miejscu. Dwoje niemieckich dzieci zostało pochowanych na cmentarzu, a trzecie dziecko – dziesięcioletni syn stacjonującego we Wrocławiu radzieckiego oficera – pogrzebano zgodnie z rosyjskim zwyczajem na miejscu wypadku. Co najmniej dwieście osób zginęło lub zostało rannych po wejściu na miny w rejonie ulicy Steina (ob. Kamienna), gdzie toczyły się szczególnie zacięte walki. Pokój koło mostu Uniwersyteckiego, służący za szpital esesmanowi Hendrikowi Vertonowi i innym rannym jeńcom, zadrżał od serii potężnych eksplozji.

Prowizoryczna sala chorych została wywrócona do góry nogami. Ze ścian posypał się tynk. Poziom wody w pobliskiej Odrze obniżył się, odsłaniając pociski artyleryjskie, granaty i pancerfausty wyrzucone do rzeki po kapitulacji. W letnim słońcu te śmiercionośne ładunki zaczęły jednak wybuchać.

Śmierć z głodu. Śmierć na skutek chorób. Samobójstwa. Rabunki i grabieże. Gwałty. Pobicia. Morderstwa. Konieczność wyprzedawania swego dobytku. Nic zatem dziwnego, że, jak zauważył latem 1945 roku pewien obserwator: „wrocławscy Niemcy pod względem emocjonalnym powoli umierają”. Paulowi Peikertowi wydawało się, że Wszechmogący rozpoczął właśnie swój sąd nad Niemcami.  

„Przyszłość naszego narodu rysuje się jako droga nadludzkich ofiar i cierpień. Dokąd zaprowadził przeklęty reżim nazistowski naród niemiecki? Musimy teraz srodze odpokutować za bezprzykładne okrucieństwa i zbrodnie, których dopuścił się bezbożny rząd, łamiąc i depcząc wszystkie prawa boskiego majestatu” – oceniał sytuację.

Źródło

Powyższy tekst stanowi fragment książki Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945, autorstwa Richarda Hargreavesa, dziennikarza i korespondenta wojennego. Ukazała się ona w 2026 roku nakładem Domu Wydawniczego Rebis.

Poznaj dramatyczne losy Twierdzy Breslau


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.