Kilka miesięcy po upadku długowiecznej półdyktatury do stolicy Meksyku wmaszerowała kolumna partyzantów. Leśnych ludzi z południa kraju przywiódł do paszczy lwa człowiek w masce – osławiony wicekomendant Marcos, powstaniec, buntownik. Bez broni, w aurze święta i karnawału, wkroczył na Plac Zócalo w sercu miasta. Historię zrywu, jaki poprowadził opowiada Artur Domosławski w książce Gorączka latynoamerykańska.
Marzec dwa tysiące pierwszego, od wybuchu powstania w Chiapas na południu Meksyku mijało siedem lat. Marcosa tropiły policja i wojsko – ustanawiano nagrody za jego pojmanie, pacyfikowano wsie podejrzane o pomaganie buntownikowi.
Reklama
Wytrwał w ukryciu, w górach porośniętych niedostępną dżunglą, aż do upadku autorytarnego reżimu Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. Gdy stary reżim upadł, Marcos wyszedł objawić się Meksykanom – bez broni, wśród wiwatującej biedoty największego miasta świata. Nie zdjął tylko zasłaniającej mu twarz maski à la Zorro.
W sylwestrową noc z dziewięćdziesiątego trzeciego na dziewięćdziesiąty czwarty nieznani buntownicy zajęli ratusz w San Cristóbal de las Casas. W ciągu kilku dni zajęli inne okoliczne miasta – Ocosingo, Altamirano. Las Margaritas… Ogłosili, że są Zapatystowską Armią Wyzwolenia Narodowego (EZLN, Ejército Zapatista de Liberación Nacional) i domagają się reform politycznych, demokracji, ustąpienia prezydenta i praw dla ludności indiańskiej.

Rząd Meksyku wydał oświadczenie, że w Chiapas doszło do zamieszek, którym przewodzą wandale, prowokatorzy i pospolici przestępcy zamieszani w narkobiznes. Prezydent Carlos Salinas de Gortari wysłał wojsko, żeby spacyfikowało rebelię. Po dziesięciu dniach walk, w których przeciwko zrewoltowanym wieśniakom, uzbrojonym w przestarzałe karabiny, a najczęściej tylko w noże i kije, walczyły wielkie siły powietrzne i lądowe, buntownicy wycofali się w góry.
Było kilkuset zabitych. Później, dzięki publikacjom prasowym, wyszło na jaw, jakimi metodami miano zwalczać zapatystów: wybijać do nogi, po cichu, bez sądu, niszczyć infrastrukturę na ich terenie, wysadzać drogi, mosty, przecinać linie telefoniczne (wedle wojskowego podręcznika zwalczania guerrilli).
Reklama
Powstanie Marcosa nie było pierwsze. Na początku XVIII wieku Hiszpanie utopili we krwi zbrojny bunt Sebastiana Gómeza de la Glorii, a w drugiej połowie XIX wieku armia wyzwolonego spod władzy hiszpańskiej Meksyku zdławiła walczących o ziemię wieśniaków. Zmieniały się czasy, zmieniali się władcy, nie zmieniały się niesprawiedliwość i gwałt w Chiapas.
Współczesny system pańszczyźniany?
Oligarchowie zachowali status quo sprzed stuleci. Gdy buntownicy Marcosa zajmowali ratusz w San Cristóbal, większość ziemi ciągle należała do kilkudziesięciu najbogatszych rodzin, powiązanych z autorytarno-paternalistyczną władzą. Majątki oligarchów obejmowały dziesiątki tysięcy hektarów i tysiące sztuk bydła. Chiapas, podobnie jak stany Oaxaca, Hidalgo, Guerrero, były prywatnymi folwarkami mafijnych kacyków.

To oni decydowali, kto mógł uprawiać kawałek ziemi, a kto nie; kto dostawał kredyt z banku, kto dostawał pracę albo zasiłek. Zdarzało się, że latyfundia płaciły Indianom monetą bitą na własne potrzeby, którą można było wydać jedynie w sklepach i tawernach należących do tego samego oligarchy.
Indianie, tak jak oligarchowie, też żyli jak przed wiekami: jedna trzecia bez prądu, a co drugi bez bieżącej wody. Rewolucja z początku XX wieku nie dotarła do Indian. Biali chłopi dostali ziemię, chłopi-Indianie – nie. Oligarchów i chłopów dzieliła przepaść. Białych chłopów i chłopów-Indian – przepaść następna.
Reklama
Po dwóch tygodniach zbrojnej pacyfikacji powstania (której towarzyszyły antyrządowe protesty w stolicy kraju), Salinas de Gortari niespodziewanie ogłosił rozejm i podjął negocjacje z rebeliantami.
Obiecał Indianom prawie wszystko, czego chcieli: autonomię, dwujęzyczne szkolnictwo, odzyskanie ziem zagarniętych przez latyfundystów, prawo do reprezentacji w parlamentach – stanowym i federalnym, lepszą opiekę zdrowotną, większe możliwości zatrudnienia, zasiłki … Negocjacje ciągnęły się kilka lat, rząd obiecywał, a potem było tak jak zawsze. Rozmowy zawieszano, zrywano, rebelia się odradzała, więc rząd znów wysyłał wojsko, żeby pacyfikowało rebeliantów.

Gdyby powstańcom Maxrosa chodziło jedynie o „sprawę indiańską”, to jest prawo Indian do autonomii, albo o fundusze na wspomożenie zacofanego regionu, chiapaska rebelia pozostałaby krótką agencyjną notatką. O iluż lokalnych buntach w Trzecim Świecie nikt nigdy nie słyszał? Ile utonęło w oceanie wiadomości z giełd, parlamentów i o kataklizmach?
Komendant rewolucji z internetu
Dzięki internetowi i medialnym talentom Marcosa zapatyści przedstawili się światu jako nowe wcielenie ogólnoświatowej kontestacji brutalnego kapitalizmu, jako pokojowa – choć tymczasowo zbrojna – „droga alternatywna wobec rewolucji w epoce porewolucyjnej”. Ogłosili, że chodzi im nie tylko o prawa i sprawiedliwość dla Indian z Chiapas, lecz także o sprawiedliwość w całym Meksyku.
Reklama
Walcząc o Meksyk, chcą, żeby ich zmagania miały skutki uniwersalne: odwrócenie logiki globalizacji, złamanie dominacji krajów bogatych i silnych nad biednymi i słabymi, zmianę neoliberalnego modelu rynku. W propagandzie odwoływali się do popularnej w Meksyku metaforyki podboju. Pięć wieków temu Indianie bronili się przed hiszpańską konkwistą.
Teraz na święty bój z konkwistadorami z wielkich ponadnarodowych firm i korporacji, uzbrojonych w ideologię dzikiego rynku i globalizacji, wyruszyli zapatyści Marcosa. Wycofując się w San Cristóbal, powstańcy zostawili na murach jednego z budynków memento: „Wrócimy tu, bo jesteśmy przeciwni układowi o wolnym handlu” (między Meksykiem, USA i Kanadą).

Powstanie z Chiapas wybuchło w noc poprzedzającą wejście w życie traktatu NAFTA. Większość partyzantów Marcosa, niepiśmiennych chłopów-Indian, nigdy nie słyszała o międzynarodowej umowie gospodarczej, nie rozumiała abstrakcyjnego pojęcia „wolny handel”. Przystali do guerrilli, bo mieli porachunki z miejscowym oligarchą; bo jedynie w taki sposób mogli bronić się przed prześladowaniami, uciec przed samosądem pana, przed uwięzieniem.
Marcos i inni wykształceni na uniwersytetach przywódcy rebelii doskonale wiedzieli, co czynią: data powstania nadała wydarzeniu światowy wymiar, stała się częścią politycznej tożsamości i symboliki nowego ruchu. Powstańcy ogłosili, że są przeciwko traktatowi, który nie dość, że nie poprawi warunków życia najbiedniejszych, to na dodatek pozbawi ich wszelkich szans na konkurowanie z wielkimi koncernami i międzynarodowym kapitałem.
Reklama
Wiedzieli, o czym mówią. Zanim traktat NAFTA wszedł w życie, neoliberalna polityka gospodarcza prezydenta Salinasa de Gortari uderzyła w tradycyjne gospodarstwa wspólnot wiejskich, które utrzymywały się z mało opłacalnych upraw i hodowli. Ciosem dla tych wspólnot było przede wszystkim zniesienie osłon krajowego rynku.
Z kolei uchylenie konstytucyjnego prawa, gwarantującego zbiorową własność ziemi lokalnym wspólnotom, otworzyło drogę do brutalnego eliminowania – z rynku, ze społeczeństwa, a niekiedy wręcz fizycznego – całych wspólnot chłopskich w stanach Chiapas, Oaxaca, Guerrero. Nowe prawo niczego nie nakazywało: wielkim właścicielom stwarzało jedynie możliwość odkupywania ziemi od chłopskich wspólnot, sprzyjało koncentracji ziemi i kapitału.

Praktyka bywała przerażająca: chłopi mieli wybór między odsprzedaniem ziemi latyfundyście, kacykowi i śmiercią w mękach. Odsprzedanie oznaczało utratę własności i miejsca w świecie. Skazywało na półniewolniczą pracę u oligarchy albo wędrówkę do wielkiego miasta, gdzie czekał los mieszkańca slumsu.
Spekulowano później, że gdyby Marcos wywołał powstanie nieco wcześniej, być może układu NAFTA nigdy by nie ratyfikowano. Być może … Jednakże wejście traktatu w życie stworzyło – paradoksalnie – gwarancje bezpieczeństwa dla rebelii. Rząd stłumił ją, ale chwilę potem usiadł z buntownikami do rozmów. Wcześniej rządy PRI topiły podobne rewolty we krwi, nie paktowały z powstańcami.
Gdyby nie NAFTA, znacznie łatwiej byłoby czynić tak z powstaniem zapatystów – po cichu, bez rozgłosu, bez świadków. NAFTA otworzyła niedemokratyczny Meksyk na świat. To była okazja, żeby wzniecić bunt na oczach światowej opinii, obnażyć autorytarne praktyki partii rządzącej, przemoc państwa, niesprawiedliwość i zwrócić uwagę na biedę indiańskiej ludności.
Źródło
Powyższy tekst stanowi fragment książki Gorączka latynoamerykańska Artura Domowsławskiego, niezwykłego reportażu o mechanizmach władzy, które niczym refren powtarzają się pod różnymi szerokościami geograficznymi.








