Łączniczki były cichymi bohaterkami polskiego podziemia niepodległościowego w trakcie II wojny światowej. Bez nich Armia Krajowa nie mogłaby funkcjonować. To one pod nosem Niemców dostarczały meldunki, przewoziły broń oraz kolportowały tajną prasę. Znajdowały się tym samym w ciągłym niebezpieczeństwie. Gdy wpadały zaś w ręce okupanta czekał je koszmarny los.
Słynny kurier i emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego Jan Karski podkreślał, że kobiety pośredniczące w kontaktach między członkami konspiracji stanowiły „podstawowe ogniwo w naszych działaniach”.
Reklama
W stałym zagrożeniu
Dalej zaś dodawał, że łączniczki „pod wieloma względami były bardziej narażone na niebezpieczeństwo niż ci, dla których pracowały”. W przeciwieństwie bowiem do pozostałych osób zaangażowanych w walkę z okupantem łączniczki nie mogły pozwolić sobie na głęboką konspirację.
Wręcz przeciwnie. Jako że kluczowi ludzie podziemia musieli ograniczać do minimum bezpośrednie kontakty, to właśnie na barkach nastoletnich dziewcząt oraz młodych kobiet spoczywał główny ciężar utrzymania łączności w szeregach Związku Walki Zbrojnej, a później Armii Krajowej. Stale więc kursowały przewożąc meldunki, broń oraz inną „kontrabandę”.

Łączniczkom nie wolno było również bez wyraźnego rozkazu zmieniać miejsca zamieszkania. Musiano bowiem mieć z nimi stały kontakt. Co więcej zajmowane przez nie lokale nierzadko wykorzystywane były jako magazyny czy punkty przerzutowe. W efekcie ciche bohaterki były narażone na jeszcze większe niebezpieczeństwo wpadki. Jak tłumaczył Karski:
Szczegóły z ich życia znane były wielu osobom. To samo w sobie stanowiło nieuniknione zło w działaniach Podziemia. Trasy, które przebywały, mogły wzbudzać podejrzenia, a siłą rzeczy musiały one pojawiać się w wielu zagrożonych miejscach. „Żywot” przeciętnej łączniczki zwykle nie przekraczał kilku miesięcy.
Reklama
„Nie powiedziałam rodzicom”
O tym jak ryzykowna była praca łączniczek przekonała się między innymi Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz, która dołączyła do podziemia w 1942 roku. Po latach wspominała:
Przewoziłam prasę i wiadomości na linii Warszawa–Kraków, Kraków–Warszawa. Konspiracja składała się z różnych ludzi z różnych środowisk. To dzięki mojej siostrze stryjecznej Zofii Królikiewicz-Wasielowej, która była zaangażowana w działalność konspiracyjną, stałam się łączniczką.

Nie powiedziałam rodzicom, że dołączyłam do podziemia, ale mama i tata domyślili się, że działam w konspiracji, gdy gestapo wkroczyło do naszego mieszkania w krakowskich Dębnikach i zrobiło kocioł.
Reklama
Niczego nieświadoma kobieta wracając po całym dniu wypełniania swych obowiązków weszła prosto w zasadzkę. Niemcy nie znaleźli jednak przy niej żadnych obciążających materiałów, ponieważ zdążyła jeszcze przed rewizją połknąć meldunek, który miała zawieźć do Warszawy.
Mimo wszystko czekało ją brutalne przesłuchanie oraz miesiące spędzone za kratami. Groziła jej również wywózka do Auschwitz. Ostatecznie, dzięki staraniom rodziny, udało się ją wydostać na wolność. Niezrażona wpadką Krystyna Królikiewicz-Harasimowicz po wyjściu na wolność wróciła do działalności konspiracyjnej.

Nie czekały na nie awanse i odznaczenia
Zwykle jednak schwytane łączniczki nie miały tyle szczęścia. Jak z goryczą konstatował Jan Karski: „Większość łączniczek, z którymi miałem honor współpracować, podzieliła wspólny los”. Po aresztowaniu z obciążającymi je materiałami gestapo poddawało je bowiem bestialskim torturom.
Właśnie tak zakończyła się historia pewnej dwudziestolatki, z którą autor Tajnego państwa miał okazję współpracować przez kilka miesięcy. Według jego słów „wykazała się jako świetna konspiratorka”, ale pewnego dnia „została schwytana przez gestapo w tramwaju, gdzie nie miała szansy pozbyć się przewożonych dokumentów ani też połknąć trucizny”.
Reklama
Dzięki wysłanemu później z więzienia grypsowi Karski dowiedział się, że dziewczyna już podczas pierwszego przesłuchania została tak skatowana, że niedługo później wyzionęła ducha. Z kolei inna z jego łączniczek „przetrwała dwa przesłuchania, choć po drugim trzeba było ją wynieść z celi”. Aby nikogo nie wydać kobieta ostatecznie odebrała sobie życie.
Ogółem zdaniem słynnego emisariusza podczas niemieckiej okupacji „łączniczki ucierpiały bardziej niż większość polskich kobiet, choć wojna przyniosła nieopisanie ciężkie doświadczenia wszystkim Polkom”. Jeżeli zaś chodziło o samą konspirację, to mimo ciągłego narażania życia „ich wkład był najmniej doceniany”. Nie mogły bowiem liczyć na awanse i odznaczenia.
Inspiracja
Inspiracją do powstania tego artykułu stała się książka Weroniki Ilskiej pt. Dziewczyna z konspiracji (Filia 2026).
Wojna zabrała im to, co najważniejsze

Bibliografia
- Karski Jan, Tajne państwo, Znak Horyzont 2014.
- Wiktor Krajewski, Maria Fredro-Boniecka, Łączniczki. Wspomnienia z Powstania Warszawskiego, W.A.B. 2015.







