Sceneria była jak z bajki. Kwieciste łąki, pola ciągnące się po horyzont, a między nimi „wesołe chałupy łowickie, tonące w zieleni sadów”. Pogoda też dopisywała. Słoneczny, letni poranek wygonił ludzi przed zagrody, na trawę, pod rozłożyste korony drzew. Dzieci beztrosko biegały po okolicy. Chłopcy grali w berka, dziewczynki zbierały kwiaty… Nawet codzienne, gospodarskie obowiązki w tym dniu zdawały się przyjemnością. Przynajmniej do czasu.
Poniższy tekst stanowi fragment książki Kamila Janickiego pt. Seryjni mordercy II Rzeczpospolitej. Jej nowe, zaktualizowane wydanie właśnie trafiło do sprzedaży.
— „Wyszłyśmy w pole z Natalią paść gęsi” — zrelacjonuje później Aniela Okruchówna. W opinii prasy dziewczyna „wysoka i tęga, mimo swoich 13 lat”. Razem z nią była młodsza o rok Natalia Podraszkówna.
Reklama
„Nagle wypadł jakiś człowiek i woła do nas: «Chodźcie tu dziewczynki!»” — wspominały. Ale tego, co nastąpiło w kolejnych minutach, nie były już takie pewne. Według jednej wersji na widok nieznajomego natychmiast rzuciły się „w nogi”. Wedle innej — „drab podbiegł do Okruchówny i chwycił ją za rękę”. W odpowiedzi „dziewczyna narobiła wrzasku. Natalcia również”.
Sprzeczne relacje i doniesienia
Być może doszło do szamotaniny. „Przerażonej dziewczynce [mężczyzna] zakrył twarz chustką i zaczął ją bić” — podano w bulwarówce „Dzień dobry”. Ale potem ten sam tytuł twierdził, że wedle „miarodajnych czynników” dziewczynki „nie zostały pobite, a tylko spotkały się z propozycją jakiegoś osobnika udania się z nim do lasu”.

Na tym można by poprzestać, gdyby nie fakt, że po paru miesiącach znów zmieniono zdanie. Najpóźniejszy komentarz wskazuje, że „Anieli Okruchównie udało się wyrwać z rąk zbrodniarza w chwili, gdy usiłował dokonać na niej gwał__”.
Pamięć często zawodzi, gdy wraca się do wydarzeń szczególnie przejmujących i traumatycznych. Dziewczynki wcale zresztą nie chciały opowiadać o tym, co nastąpiło na polach w dniu 1 lipca 1933 roku. Kiedy odwiedził je dziennikarz czołowej gazety, po prostu odmówiły zdawania relacji. „Dopiero, gdy matka i starsza siostra dodają im odwagi, języczki się rozwiązują…” — stwierdził protekcjonalnie reporter.
Sprawą interesowano się w Łodzi, Warszawie a nawet w Poznaniu. Nie ze względu na to, co spotkało dwie dziewczyny (takich przypadków były przecież tysiące), ale — na to, co wydarzyło się później.
Reklama
Aniela i Natalia rzuciły się w stronę szosy. „Właśnie przejeżdżał jakiś wóz, więc je zabrał” — wspominały. Podobno stwierdziły też, że napastujący je typ „bynajmniej nie uciekał. Schował się tylko i «odgrażał» dziewczynkom”. Może tak było, a może do głosu doszła fantazja, karmiona emocjami. W jednym Aniela i Natalia na pewno miały rację. Sprawca nie speszył się i nie przestraszył. Ruszył dalej szosą, na południowy wschód.
„Mężczyzna ze strasznie przekrzywioną twarzą”
Do spotkania z nastolatkami doszło około dziesiątej rano, pod wsią Niedźwiady koło Łowicza. Godzinę później, w odległości mniej więcej kilometra nieznany osobnik wypatrzył kolejną samotną wieśniaczkę. Odbił z drogi w ścieżynę między zagonem obsadzonym bobem a polem żyta. Tym razem posuwał się bezgłośnie, nie chcąc spłoszyć dziewczyny…

Miał przed sobą Aleksandrę Perzynę. Osiemnastolatkę uczęszczającą do szkoły w Łowiczu.
— „Sześć mam panie córek, dwie zamężne, cztery panny” — relacjonował później jej ojciec Marcin Perzyna. Zamożny chłop, właściciel całkiem pokaźnego, trzynastohektarowego gospodarstwa. — „Olkę oddałem do gimnazjum, skończyła już sześć klas, do domu na lato przyjechała i taki ją wypadek spotkał… Nieszczęście! Miałem też syna, ale kilka lat temu utonął”.
Dziewczyna wyszła z obejścia późnym rankiem. Powiedziała, że będzie zbierać kwiaty na polu za szosą. Nikt się o nią nie martwił — była przecież prawie dorosła, a sielska okolica uchodziła za zupełnie bezpieczną. Sama Olka też nie miała się na baczności. Szelest rozgarnianego zboża zwrócił jej uwagę w ostatniej chwili. Odwróciła się i… skamieniała. Miała przed sobą „mężczyznę ze strasznie przekrzywioną twarzą”.
Reklama
Nie zdążyła nic powiedzieć, niemal przyrosła do ziemi. On natomiast wycharczał: „Poddaj się”. Dopiero te słowa ją otrzeźwiły. Upuściła naręcze kwiatów i rzuciła się do panicznej ucieczki. Mężczyzna był jednak szybszy. Dopadł do niej, przewrócił ją, powtarzał w amoku: „zabiję, zabiję, zabiję…”. Potem uderzył ją „twardym przedmiotem” w tył głowy. Olka straciła przytomność.
„Sąsiad wpada i krzyczy: «córkę wam zabili!»”
„Nie wracała długo” — opowiadał Marcin Perzyna. — „Matka po nią poszła o drugiej po południu. Siedzę w domu, a tu sąsiad wpada i krzyczy: «córkę wam zabili!». Pędzę na szosę i widzę, jak matka na polu nad córką stoi, a ta cała we krwi”.
Łan żyta był „na znacznej przestrzeni zmięty i stratowany”. Dało się poznać, że doszło do zażartej, gwałtownej walki. Olka wciąż oddychała, choć ostatkiem sił. „Duchem wóz zaprzęgliśmy i do szpitala!” — opowiadał gospodarz. — „Doktór mówił, że dziewczyna ze trzy godziny musiała leżeć z rozbitą głową…”
Perzynówna była okrutnie poturbowana. Nieznany sprawca wymierzył jej siedem ciosów tępym narzędziem. „Trzy [rany] są bardzo poważne, albowiem zadane w tył czaszki, tak, że musiano dokonać trepanacji kości potylicznej i wyjąć kawałek kości wielkości pięciozłotówki. Perzynównie upłynęło cztery centymetry mózgu” — informowano w prasie.

Początkowo sądzono, że zbir nie dokończył dzieła, bo został spłoszony i tylko dlatego osiemnastolatka wciąż trzymała się życia. Szybko wyszło jednak na jaw, że okoliczni chłopi byli świadkami napadu, natomiast… w ogóle na niego nie zareagowali.
„Wieśniacy widzieli człowieka jak «baraszkował w zbożu», ale myśleli, «że to ino żarty»”. Nikt nie podszedł bliżej, by upewnić się, co się dzieje. A sprawca spokojnie się oddalił w stronę Łowicza, najwyraźniej przekonany, że dziewczyna nie żyje.
Reklama
Perzynówna znajdowała się w krytycznym stanie. Organizm okazał się jednak silny, przetrwała operację. Niecierpliwie oczekiwano, aż odzyska przytomność. Zeznania jej, Okruchówny i Podraszkówny miały rzucić światło na serię zbrodni, którą żyła cała Polska.
Dziennikarze byli przekonani, że mają do czynienia nie ze zwyczajnym sadystą czy nierządnikiem, ale z wyrachowanym oprawcą, który napadł już na przynajmniej trzy kobiety. Do tego samego wniosku zaczynali też zmierzać policjanci. Olka była tylko kolejną z nieszczęśniczek, które zetknęły się z nieznanym mordercą okrzykniętym mianem „wampira z pod Łowicza”. Mordercą, bo wcześniejsze ofiary nie miały tyle szczęścia co ona.
***
Kryminalne historie, o których nigdy wcześniej nie pisano tak dokładnie. Poruszający obraz przedwojennej Polski. Historie seryjnych morderców z czasów II Rzeczpospolitej, o których historia zapomniała, choć mieli na sumieniu łącznie setki ofiar. Do sprzedaży właśnie trafiło nowe wydanie książki Kamila Janickiego pt. Seryjni mordercy II Rzeczpospolitej. Zdobądź swój egzemplarz na Empik.com.
Mroczne sekrety II RP w książce Kamila Janickiego








