Nim wielkie miasta dosięgło błogosławieństwo powszechnej kanalizacji, zaułki i uliczki były siedliskiem absolutnego smrodu. To, gdzie i w jaki sposób załatwić swoje potrzeby, by przypadkiem… nie utonąć w dole kloacznym, spędzało sen z powiek zarówno tym zamożnym, jak i maluczkim! Jak radzili sobie z tym problemem średniowieczni londyńczycy opisuje Anna Brzezińska w książce Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny.
Średniowiecze znało wiele rodzajów wygódek. Wbudowywano je w mury zamkowe, w mury wież albo ściany komnat nad fosami czy strumieniami. Istniały toalety odprowadzające rurami ścieki do fos albo posadowione nad dołami kloacznymi. Poza tym w czasach Alice Wade wygoda i dostęp do ustępów zaczęły się nieco demokratyzować.
Reklama
Od przełomu XII i XIII wieku toalety coraz liczniej pojawiały się jako osobne pomieszczenia w domach bogatych mieszczan i rycerzy. Często umieszczano je nieopodal kuchni i pozbywano się w nich także odpadków kuchennych. Znano nawet ogrzewane toalety przy kominach, zapewne preferowane przez miłośników komfortu i lektur.
Bogatsi mieszkańcy średniowiecznego Londynu cenili bowiem i czystość, i wygodę. Nie chcieli korzystać z zewnętrznych toalet nad dołami kloacznymi. Starali się odprowadzać nieczystości rurami i tym samym ograniczać smród w pomieszczeniach zaadaptowanych na toalety. Władze Londynu, otwarte na potrzeby mieszkańców, początkowo pozwoliły na konstruowanie prywatnych ustępów nad strumieniami Walbrook i Fleet przecinającymi miasto. Szybko się jednak okazało, że powoduje to rozliczne kłopoty.

Bo nie wszyscy mieli w domach toalety, natomiast odprowadzające prywatne ścieki rzeczki demokratycznie zatruwały powietrze – i życie – wszystkim w okolicy.
Już w latach 1344-1345 udręczeni obywatele zwrócili się do władz miejskich ze skargą na sąsiadów, prosząc, by skłoniono ich do usunięcia toalet, które pobudowali nad strumieniem Walbrook. Po epidemii czarnej śmierci władze zaostrzyły reżim sanitarny w przekonaniu, że nieczystości i odory przyczyniają się do rozwoju zarazy. W 1357 roku zakazano wrzucania jakichkolwiek odpadków do cieków wodnych.
Reklama
Oczywiście nie rozstrzygnęło to sprawy raz na zawsze, w magistracie ścierały się różne interesy. W 1383 roku władze znów wyraziły zgodę, by posiadacze domów nad tymże strumieniem budowali nad nim toalety, ale pod warunkiem, że nie będą odprowadzać nieczystości blokujących przepływ wody. Poza tym każdy szczęśliwy właściciel takiej toalety miał wnosić specjalną opłatę w wysokości dwóch szylingów na czyszczenie i utrzymanie drożności cieku. Nie pomogło to wiele.
Walbrook nadal się zapychał, zwłaszcza że strumieniami, rynsztokami i rozmaitymi rowami odprowadzano wówczas nie tylko fekalia, ale też odpadki kuchenne. Wreszcie w latach 1462-1463 zabroniono konstruowania jakichkolwiek wychodków nad Walbrook i nakazano, by został wybrukowany i obudowany od góry przez właścicieli gruntu po jego obu stronach. A ponieważ notorycznie zapychały się również inne miejskie rowy i strumienie, w 1477 roku rozszerzono ten zakaz i nakazano zamknięcie wszystkich toalet znajdujących się nad wszelkimi strumieniami czy rowami.

Jeśli jednak jakiś obywatel nie posiadał domu fortunnie położonego nad strumieniem, mógł spłukiwać toaletę wodą deszczową. Na przykład w latach 1449-1450 niejaki Thomas Brightfield, mieszkaniec londyńskiej parafii Świętego Marcina, dokonał w swym domostwie interesujących inwestycji. Wybudował komin kuchenny i kamienny wychodek w ścianie zewnętrznej oraz obstalował na dachu ołowianą cysternę na deszczówkę z rurą, prawdopodobnie przelewową, odprowadzającą nadmiar wody w przypadku znacznych opadów z ujściem na ulicę. Być może dzięki tej konstrukcji mógł spłukiwać swój ustęp wodą deszczową, choć oficjalnie spłukiwaną toaletę wynalazł w 1596 roku sir John Harrington.
Niszcząca siła dołów kloacznych
Biedniejsi mieli toalety usytuowane bezpośrednio nad dołami kloacznymi. Przepisy co najmniej od XIII wieku regulowały ich warunki techniczne, w szczególności miejsce posadowienia. Wymagano na przykład, by obmurowanych wychodków nie umieszczano bliżej niż dwa i pół stopy od krawędzi działki, żeby ograniczyć związane z nimi uciążliwości dla sąsiadów.
Reklama
Ci często jednak narzekali, że te przepisy są łamane, a nieszczelne bądź przegniłe doły kloaczne powodowały murszenie ścian okolicznych domów i zalewanie piwnic ekskrementami. Właściciele mieli obowiązek utrzymywać wygódki w należytym stanie, lecz, jak już zostało powiedziane, usługi licencjonowanych przez władze czyścicieli zajmujących się opróżnianiem dołów kloacznych były kosztowne, toteż nie wszyscy się z niego wywiązywali.
Niejaki Alexander Heyrun, zapisując dom pasierbom, obwarował legat warunkiem, że będą regularnie opróżniali kloakę, którą posiadał wspólną z sąsiadami. Niewątpliwie przez Alexandra Heyruna przemawiało doświadczenie. Właściciele potrafili tak straszliwie zaniedbać wychodek, że w końcu przegniłe deski załamywały się pod użytkownikiem i nieszczęśnik topił się w nieczystościach.

Dzielenie latryny z sąsiadami pozwalało obniżyć koszty, lecz czasami prowadziło do konfliktów. W 1333 roku Andrew de Aubrey i jego żona Joan zorientowali się, że sąsiedzi, z którymi użytkowali wychodek, usunęli jego dach oraz ściankę działową. Pozbawieni jakiejkolwiek intymności w toalecie, natychmiast wnieśli skargę do władz miejskich, że wskutek tych sąsiedzkich przeróbek wszyscy mogą obecnie obserwować ich zadki w wygódce, co jest rzeczą obrzydliwą i nieznośną – i szczęśliwie zdołali uzyskać nakaz przywrócenia stanu poprzedniego.
Biednemu zawsze wiatr w oczy. I smród też
W jeszcze gorszej sytuacji byli najemcy, którzy – z powodu oszczędności właścicieli domów – miewali do dyspozycji tylko jedną latrynę dla wielu rodzin.
Reklama
Jednocześnie mnóstwo domów, zwłaszcza tych przeznaczonych dla biedoty, nie posiadało w ogóle toalety, nawet takiej wspólnej dla całego domu czy paru kamienic. Sąsiedzi narzekali, że ich mieszkańcy, pragnąc opróżnić kiszki i nocniki, wylewają wszelkie nieczystości przed domy, czym łamią prawo i powodują straszliwy fetor. Trzeba jednak przyznać, że nie mieli wyboru.
Naturalnie mogli się udać do jednego z miejskich szaletów. W średniowiecznym Londynie było ich co najmniej szesnaście, utrzymywanych znacznym kosztem z miejskiej kasy.

Funkcjonowały co najmniej od XII wieku, kiedy to z rozkazu królowej Matyldy wybudowano taki budynek użyteczności publicznej na Queenhithe. Niekiedy fundowali je i utrzymywali w ramach dzieła miłosierdzia nabożni mieszczanie, jak na przykład londyński kupiec i członek parlamentu Richard Whittington, który w testamencie nakazał wybudowanie wielkiej – na sto dwadzieścia osiem stanowisk – latryny nad Tamizą.
Mieszkańcy zwali ją Długim Domem – i nie bez powodu. W 1305 roku pod wejściem do tejże latryny zaczaił się pewien zdeterminowany wierzyciel, podczas gdy jego dłużnik spokojnie wypróżniał się w środku. Przybytek był jednak tak okazały, że dojrzawszy zawczasu niebezpieczeństwo, ścigany zdołał pierzchnąć innymi drzwiami.
Reklama
Publiczne toalety bywały niebezpieczne, zwłaszcza po zmroku. Na przykład pod koniec XIII wieku w przybytku w bramie Cripplegate dokonano morderstwa na niejakim Johnie de Abyndon, który, przypilony potrzebą, postanowił z niej w nocy skorzystać. Niektórzy woleli więc wypróżniać się pod gołym niebem. Inni poczytywali im to za chamstwo.
Doświadczył tego w 1307 roku królewski stajenny Thomas Scott, który został skazany na grzywnę za wszczęcie kłótni z dwoma londyńskimi obywatelami i brutalne zaatakowanie jednego z nich. Rzeczeni Londyńczycy przydybali go mianowicie w zaułku, gdzie był łaskaw spuścić spodnie w celu wiadomym. Zniesmaczeni, zwrócili mu uwagę, że jednak przyzwoiciej by było, gdyby się udał do publicznego szaletu, wszak miasto taką infrastrukturą dysponuje. Thomas Scott nie przyjął ich przygany dobrze. Możliwe jednak, że nie poszło o maniery, tylko o obsikiwanie przestrzeni miasta i symboliczne zawłaszczanie jej przez członka dworu.

Ale oczywiście zacni obywatele nie potrzebowali polityki, by się brać za łby. W parę lat po tym, jak Alice Wade wzbudziła oburzenie sąsiadów, pewien obywatel Londynu, złotnik William, syn Henry’ego atte Rowe, korzystał z całkowicie legalnych udogodnień, a mianowicie z miejskiego urynału.
Niestety niezbyt starannie wymierzył i obsikał but bliżej mu nieznanemu młodemu człowiekowi. Gdy poszkodowany zaczął narzekać, złotnik zadał mu cios pięścią, wskutek czego doszło do bójki. Obsikany nieszczęśnik zginął.
Jest więc oczywiste, dlaczego Alice Wade pragnęła pozostać w swym własnym przytulnym ustępie, zamiast się zapuszczać na niebezpieczne ulice. Tak się jednak przykro złożyło, że łamała przepisy. Nakazano jej usunięcie smrodliwej samowoli budowlanej w ciągu czterdziestu dni.
Poznaj niezwykłe kobiety średniowiecza








