Dawni polscy chłopi dużo bardziej dbali o czystość domu i ubrań, niż o higienę osobistą. Zarówno do prania garderoby, jak i podstawowego sprzątania chat przykładano wagę w pierwszej kolejności z powodu robactwa, stanowiącego stałą, niepowstrzymaną plagę wiejskiego życia.
W opinii wielu chłopów był to wręcz największy dopust Boży, jaki ich spotykał. W domostwach grasowały muchy, karaluchy, pchły czy wreszcie wszy. Tylko pluskwy spotykało się w XIX stuleciu jeszcze dość rzadko.
Reklama
Polscy chłopi w walce z nieproszonymi sublokatorami
Przeciwko nieproszonym gościom nie znano żadnych prawdziwie skutecznych środków. Nie było jeszcze chemicznych trutek ani choćby lepów.
Uciekano się do używania różnych ziół, okadzano wnętrza, co albo dawało niewielkie i chwilowe rezultaty, albo tylko pozór poprawy. Aby pozbyć się much, rozkładano na przykład na piecu i meblach muchomory wyprażone w mleku.

Przeciwko pchłom miał działać piołun, dorzucany do słomy, którą wypełniano senniki. Na wschodzie, w akcie skrajnej desperacji, niekiedy opuszczano domostwo podczas największych mrozów, otwierając drzwi i ewentualnie okna, gdy było to możliwe.
Następnie czekano, aż zimno zabije i przepędzi natrętów. Najczęściej jednak, jeśli wszystko inne zawiodło, mieszkaniec wsi uciekał się do praktyk magicznych i przesądów.
Reklama
Pogrzeb dla pluskwy
Schwytanym prusakom i pluskwom urządzano na przykład uroczyste pogrzeby, w nadziei, że za pożegnanym okazem podąży cały jego ród. Z drugiej strony, z rzadka zdarzały się, przynajmniej na Rusi, przypadki przebłagiwania karaluchów specjalnie zostawianym im na noc pożywieniem.
To rzecz jasna mogło przynieść tylko skutek przeciwny od zamierzonego. Ogromna była liczba różnych zaklęć i rytualnych przekleństw, wygłaszanych pod adresem insektów.

Wreszcie na przykład w Polsce Środkowej znano obyczaj czyszczenia kątów izby wodą, w której wcześniej obmywano nieboszczyków, co miało ponoć odpędzać robactwo. I pewnie nawet faktycznie poniekąd odpędzało. Tyle że w stopniu takim samym, co zwyczajna woda, po którą chłop sięgał o wiele zbyt rzadko.
Zaginiona sztuka iskania
Wśród praktyk wymierzonych w robactwo nie można jeszcze pominąć iskania. Zajęcia dzisiaj już zupełnie zapomnianego, kiedyś zaś powszechnego.
Reklama
Zwykle raz w tygodniu, w niedzielę, małżonkowie albo para mających się ku sobie młodych siadali na przyzbie, i na przemian wzajemnie wyszukiwali sobie we włosach wszy, wyciągali je i rozgniatali w rękach.
„Iskanie nikogo nie raziło” – podkreślał Bohdan Baranowski. – „Tego rodzaju czynność, która napawać może obrzydzeniem dzisiejszego czytelnika, w tamtych czasach uchodziła za szczyt pieszczotliwej dbałości o ukochaną osobę”.
***
Powyższy tekst powstał na podstawie książki Kamila Janickiego. Życie w chłopskiej chacie możecie zamówić na Empik.com.
Jak naprawdę żyli nasi chłopscy przodkowie?








