Pokłosiem wielkiej czystki z lat 30. XX wieku w ZSRR było również rozwiązanie przez Komintern 16 sierpnia 1938 roku Komunistycznej Partii Polski. Wielu jej działaczy, którzy przebywali wówczas w „robotniczym raju”, zostało zgładzonych lub zesłanych do łagrów. Kiedy trzy lata później Niemcy zaatakowali Sowietów Stalin zdecydował, że nad Wisłą należy jednak odtworzyć czerwone struktury. O tym jak wyglądały początki Polskiej Partii Robotniczej pisze Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz w książce pt. Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia.
Związane z polskim rządem w Londynie Państwo Podziemne w 1942 roku było w porównaniu z komunistami potężną strukturą. Polska Partia Robotnicza organizowała się metodą chałupniczą.
Reklama
„Płomienny rewolucjonista”
Jej przywódcy spadli z nieba. Nowotko, Finder, Mołojec – rosły wąsacz, łysiejący inteligent oraz długi jak kij weteran wojny w Hiszpanii – stworzyli kierowniczą trójkę.
Marceli Nowotko – pseudonim „Marian”, „Stary” – „płomienny rewolucjonista”, jak pisano o nim w komunistycznych hagiografiach, urodził się w 1893 roku na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Dzieciństwo spędził w fornalskich czworakach w majątku Krasne, gdzie jego ojciec służył jako koniuszy.

Miał dwanaście lat, gdy pracował czternaście godzin na dobę w ogrodzie hrabiego Krasińskiego za dniówkę w wysokości dwudziestu kopiejek. Klepał biedę także w dorosłym życiu. Był pomocnikiem ślusarza.
Wysoki brunet o kwadratowych, lecz regularnych rysach, krzaczastych brwiach i błyszczących oczach, z bujnym wąsem i smagłą cerą, którą – jak podawała rodzinna legenda – odziedziczył po hiszpańskim pradziadku.
Reklama
„Tak pięknych mężczyzn widuje się rzadko”– wzdychały partyjne towarzyszki („Czarujący” – przyznawali także partyjni towarzysze). „Marian” tubalnym głosem śpiewał ludowe i proletariackie pieśni. Lubił soczyste powiedzonka i miał łatwość zjednywania sobie ludzi. Słynął z mocnej głowy.
„Nic, co ludzkie, nie było mu obce” – mówiła jedna z bliskich mu kobiet. Syn fornala – najbardziej, jak powtarzał nie bez racji, wyzyskiwanego i bezbronnego człowieka w przedwojennej Polsce – miał alergię na „panków” i „paniczyków”. W 1920 roku podczas wojny polsko-bolszewickiej współtworzył na zajętym przez Armię Czerwoną Podlasiu Komitet Rewolucyjny, za co od polskiego państwa dostał karę śmierci, ale w porę skrył się w Warszawie. Działał w KPP od jej założenia. W sanacyjnych więzieniach spędził łącznie ponad dziesięć lat.
Droga Nowotki do ZSRR
Wojna zastała go w Rawiczu, gdzie od 1936 roku odsiadywał dwunastoletni wyrok za organizowanie strajków robotniczych. Przedostał się do zajętego przez Armię Czerwoną Białegostoku. Został przewodniczącym Rejonowej Rady Wykonawczej w miejscowości Łapy. Choć słabo mówił po rosyjsku, na początku 1941 roku skierowano go do Szkoły Politycznej Kominternu.
Niemiecki atak na ZSRR zastał go w mieście Puszkino pod Moskwą. To tam rozpoczęły się gorączkowe przygotowania do zrzutu Grupy Inicjatywnej. „Najważniejsze to zachować życie, mocne nerwy i trafić na odpowiednich ludzi” – pouczał towarzyszy przed odlotem do kraju.

Przeciwieństwo Nowotki
Młodszy o jedenaście lat Paweł Finder – pseudonim „Paweł” – był przeciwieństwem jowialnego Nowotki. Blady, chudy, nierzucający się w oczy syn zamożnych kupców. W gestach niemal pański, jak z rezerwą opisywali go towarzysze. Jako nastolatek zafascynował się syjonizmem (przeszło mu po rocznym pobycie w Palestynie).
Studiował chemię w Austrii i we Francji. Przygotowywał rozprawę doktorską pod kierunkiem asystenta Marii Skłodowskiej-Curie (parę lat później Frédéric Joliot-Curie przesłał mu do sanacyjnego więzienia książkę z dedykacją: „Uzdolnionemu uczniowi”). Miłośnik rosyjskiej, francuskiej i niemieckiej poezji. Internacjonalista. Mieszkał w Warszawie, Paryżu, Berlinie, Wiedniu i wszędzie angażował się w ruch komunistyczny.
Reklama
Pod koniec lat dwudziestych wrócił do Polski. Aresztowany razem z żoną w 1934 roku aż do wybuchu wojny odsiadywał dziesięcioletni wyrok. Po 1939 roku przebywał w Białymstoku. „Nie wstydził się żadnej pracy domowej” – wspominała jego żona Truda. Gotował posiłki, pomagał prać bieliznę.
Spokojny, stonowany, trzymający dystans. W 1940 roku w radzieckim Białymstoku o sprawach oficjalnych rozmawiał po rosyjsku, nawet z towarzyszami, których znał sprzed wojny. Zrażał tym do siebie.

Inni zapamiętali jego ostre spojrzenie. Złościło go lekceważenie zasad konspiracji i niesubordynacja. Nie spóźniał się na umówione spotkania (co w burzliwym życiu wojennym było raczej wyjątkiem niż normą). Z całej trójki ryzykował najwięcej, wracając do Polski. Proponowano mu nawet, by – ze względu na pochodzenie – pozostał w Moskwie jako łącznik partii z Międzynarodówką. Odmówił. Podobno uzupełniali się z Nowotką niemal idealnie.
Uczestnik hiszpańskiej wojny domowej
Najmłodszy z kierowniczej trójki, urodzony w 1909 roku Bolesław Mołojec – pseudonim „Długi”, „Apostoł”, „Edward” – pochodził z rodziny o lewicowych tradycjach. „Wzrost wysoki, postać wysmukła, blondyn, łysawy, twarz szczupła chorowita, nos proporcjonalny, w obejściu dosyć inteligentny” – tak opisywali go przedwojenni policjanci (był poszukiwany listem gończym za zorganizowanie wiecu bezrobotnych). Od 1931 roku uczył się na Komunistycznym Uniwersytecie Mniejszości Narodowych Zachodu w Moskwie, gdzie skończył także szkołę oficerską. W 1934 roku wrócił do Warszawy.
Reklama
Niepokorny i zdeterminowany. W 1937 roku, nie czekając na zgodę partii (co zostanie mu po latach wypomniane), wyjechał na wojnę do Hiszpanii. Służył w Brygadzie Międzynarodowej imienia Jarosława Dąbrowskiego. Otrzymał Medalla al Valor – najwyższe odznaczenie za odwagę na polu walki.
W styczniu 1939 roku, ściągnięty przez Międzynarodówkę Komunistyczną do Francji, rozpoczął pracę nad utworzeniem nowej komunistycznej partii, która miała zastąpić rozwiązaną KPP. Projekt od początku budził wiele kontrowersji wśród byłych kapepowców. Nie doszedł do skutku. Na początku 1940 roku Mołojec i jego żona Romana przedostali się do ZSRR.

Podejrzliwy egocentryk
To on jako pierwszy trafił do szkoły Kominternu. Wkrótce dołączył do niego Nowotko, a po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej także Paweł Finder. Narwany, pryncypialny, brawurowo odważny. Powtarzano, że Mołojec nie wie, co to strach, i ponad wszystko kocha wojaczkę. Że urodził się do walki.
Jednocześnie zarzucano mu autokratyzm, chorobliwy egocentryzm, utrącanie nieposłusznych działaczy. I nadmierną podejrzliwość. „Ogień i woda, gorące i zimne. Był zrobiony ze skały, ale była to skała, na której można budować. Miał w sobie ciepło i artystyczną duszę” – przekonywała jego młodsza siostra Barbara.
Reklama
Grał na skrzypcach i pisał wiersze. Pisał też listy prosto na Kreml („Tylko Ty mnie rozumiesz, a ja Ciebie, Stalinie”). Domagał się, by w okupowanej Polsce budować silną organizację wojskową zdolną zjednoczyć społeczeństwo. Miało być w niej miejsce nie tylko dla komunistów. „Nie ma co rozpraszać sił! Walka zbrojna powinna koncentrować wszystkie wysiłki!” – perorował podczas zebrań w szkole Kominternu.
„Dość było wymachiwania szabelką!” – przerywał mu wtedy „Stary” Nowotko. On i Finder byli zdania, że przede wszystkim trzeba organizować partię, która „będzie wychowywać robotnicze i chłopskie masy”. I to jej podporządkować oddziały wojskowe. Nadchodzące wyzwolenie miało być bowiem nie tylko narodowe, ale także klasowe.
Tę koncepcję poparł Stalin.

Zrzucenie Grupy Inicjatywnej
W ostatnich dniach 1941 roku Grupa Inicjatywna została przerzucona do Polski.
„I wracał Marian ponad frontami na ukochaną ziemię budować partię czynu, partię Nowej Polski. Witali go serdecznie towarzysze. Znały go okręgi wiejskie, znały i miasta fabryczne”. Tak przybycie Nowotki i jego towarzyszy opisywano po wojnie. W rzeczywistości wyglądało to o wiele mniej heroicznie.
Reklama
Lądowanie było twarde. Najbardziej ucierpiał Nowotko, który szedł piętnaście kilometrów ze złamaną podczas zrzutu nogą do bratowej mieszkającej w podwarszawskiej Radości. W końcu zainstalowano go w szpitalu pod opieką zaufanego lekarza. Nastroje były pogrzebowe: zgubili najcenniejszą rzecz – radiostację do kontaktu z Moskwą.
Mołojec, znany przed wojną w środowisku lewicującej młodzieży, zaraz po przybyciu uruchomił warszawskie kontakty. Finder spotkał się z Jerzym i Eugenią Piwińskimi. Ci zawiadomili starych kapepowców. Piątego stycznia na tajnym zebraniu w jednym z mieszkań na warszawskim Żoliborzu PPR stała się faktem.
Robotę trzeba było zaczynać od podstaw. Dosłownie. Członkowie Grupy Inicjatywnej w wierzchnich okryciach jeszcze jako tako wyglądali i można ich było wziąć za steranych pracą robotników. Lecz gdy pokotem na podłodze układali się do snu, Eugenia aż zaniemówiła: wszyscy mieli jednakowe nowe podkoszulki i kalesony z radzieckich zapasów. „Jeśli złapią jednego, do reszty dojdą jak po sznurku!” – zawołała ze zgrozą.
Trzeba było cichaczem kombinować komplety bielizny. Brakowało ludzi, broni i pieniędzy. Nawet papier, na którym wydawano pierwsze ulotki i gazety, Jerzy Piwiński załatwiał na własny koszt. Polskie Państwo Podziemne mogło liczyć na finansowe i logistyczne wsparcie Zachodu. Członkowie PPR wszelkie koszty organizacyjne pokrywali z własnej kieszeni. Taka to była konspiracja.

Komunistyczna czy robotnicza?
Starzy działacze, którym Nowotko, Finder i Mołojec przedstawili dobrą nowinę, kręcili nosem na nazwę partii, w której nie zawarto słowa „komunistyczny”. – I dlaczego właściwie jakaś PPR, a nie nasza KPP? – pytali. Spadochroniarze tłumaczyli, że PPR ma zjednoczyć jak najszersze środowiska. Również niezdecydowanych i niekomunistów.
– Gdzie rewolucja, marksizm, gdzie socjalizm? Gdzie dyktatura proletariatu? – dopytywali wciąż nieufni starzy kapepowcy. – I dlaczego tylko robotnicza, a nie robotniczo-chłopska?
Reklama
– Ludzie, na jakim świecie chodzicie? – denerwował się wtedy „Stary” Nowotko. – Na te wszystkie rozważania przyjdzie pora po zwycięstwie.
„Do robotników, chłopów i inteligencji, do wszystkich patriotów polskich!” – zwróciła się PPR w swojej pierwszej odezwie. Wzywano do powołania szerokiego frontu narodowego walki z okupantem. Lecz na ciepłe przyjęcie przez społeczeństwo nie było co liczyć. Po pakcie Ribbentrop–Mołotow polskich komunistów uznano za zdrajców narodu. „Nazywano nas »agentami z Moskwy« – skarżył się po latach jeden z pepeerowców. – Sytuacja wymagała od nas działań w podwójnej konspiracji: wobec okupantów i wobec prawicy, polskiej reakcji”.

Pojawienie się PPR ostro skrytykowało „londyńskie” podziemie: pisano o prowokacji, niepoczytalnych wybrykach, niepolskiej inicjatywie, czy – jeszcze bardziej dosadnie – o obcej agenturze.
Nawiązanie łączności z Moskwą
Sytuację komplikował brak łączności z Moskwą (zrzucona na spadochronie radiostacja nigdy się nie odnalazła). Działacze próbowali własnoręcznie zmontować nadajnik, lecz bez skutku. Dopiero w nocy z 19 na 20 maja spadła z nieba – wraz z II Grupą Inicjatywną – nowa maszyna szyfrująca.
Reklama
Dziewiątego czerwca 1942 roku Nowotko nadał pierwszą depeszę: „Jesteśmy wszyscy żywi” („Bogu dzięki, nie zginęli” – zanotował w swym dzienniku szef Międzynarodówki Komunistycznej, Bułgar Georgi Dimitrow). W pełnej konspiracji powołano Komitet Centralny PPR. Zasiliła go między innymi zrzucona w drugiej turze Małgorzata Fornalska. Zebrania odbywały się pod Warszawą, gdzie mieszkali żona i synowie Nowotki.
Gdy getto rozpaczliwie szukało kontaktów z komunistyczną centralą, członkowie KC spotykali się nad Wisłą. „W lecie wyjechaliśmy do Józefowa – wspominała Eufemia Nowotko, zwana Femką. – Mąż przyjeżdżał bardzo często. Gościł u nas Paweł Finder. Parzył kawę i przygotowywał potrawy. To był przyjemny okres w moim życiu. Staraliśmy się zapomnieć o tym, że jest okupacja. Pewnej niedzieli przyjechało do nas sporo gości. Wybierali się na plażę, a ja miałam gotować obiad. Wtedy Paweł zbuntował się za mnie i powiedział: »O nie, panowie, wszyscy zabieramy się do pomocy, a ona też niech idzie z nami na plażę, niech trochę odpocznie«”.

(Zachowało się zdjęcie: „Stary”, Paweł i łączniczki obierają ziemniaki przed letniskiem).
„Byliśmy obdarci, nie mieliśmy butów”
Nowotko wysyłał pełne optymizmu i niezgodne ze stanem faktycznym depesze do Moskwy: „Nastroje w masach proradzieckie”; „Tysiące czerwonoarmistów i dowódców, którzy uciekli z niemieckich obozów dla jeńców, ukrywają nasi robotnicy i chłopi”. I prosił: „Brak broni. Przyślijcie choćby 80 automatów i 100 pistoletów”; „Za pieniądze można tu wszystko otrzymać. Jeśli możecie, to przyślijcie dolary”.
Reklama
„W chwili obecnej udzielenie pomocy nie jest możliwe; walkę trzeba rozwijać przy pomocy miejscowych środków”– odpowiadała Moskwa. „Pieniędzy wtedy za Boga nie było – wspominała po wojnie jedna z konspiracyjnych działaczek. – Byliśmy obdarci, nie mieliśmy butów, nie mieliśmy pończoch, nie mieliśmy swetrów, nie mieliśmy nic”.
Mołojec, niepomny na wszystkie trudności, uparcie budował zbrojne ramię partii – Gwardię Ludową. GL była najbiedniejszą z podziemnych organizacji bojowych. „Nasza taktyka partyzancka jest następująca: wysyłamy małe oddziały po 8–15 ludzi. Ich zadaniem jest niesienie w masy idei walki partyzanckiej, zadawać ciosy wrogowi, głównie transport i magazyny” – raportowały władze PPR przez radiostację do Moskwy.

Nawoływano społeczeństwo do czynu: „Należy wszelkimi sposobami dezorganizować siłę zbrojną naszego wroga na jego tyłach – wysadzać mosty, wykolejać pociągi, podpalać cysterny i składy wojskowe okupanta. Twórzcie oddziały partyzanckie!”.
„Działajcie śmiało i bezwzględnie”
Łatwiej było jednak powiedzieć, niż zrobić – broni było tyle co kot napłakał. Kilkanaście pistoletów i rewolwerów, kilka karabinów, które uchowały się jeszcze z kampanii wrześniowej. Brakowało wyposażenia technicznego, doświadczonych dowódców oraz chętnych do sabotażu i dywersji. „Nie jest tak – przyznał po latach jeden z działaczy – że cała polska młodzież chciała iść do lasu i walczyć z bronią w ręku”.
Reklama
Komunistom zależało na propagandowym sukcesie. Wytykali przecież AK, „że stoją z bronią u nogi” i swoją biernością wzmacniają okupanta. W maju 1942 roku pierwszy oddział partyzancki GL wyruszył w pole. „Działajcie śmiało i bezwzględnie. Mścijcie się na wrogu za każdą jego podłość. Bezpośrednią naszą rezerwą jest cały naród polski, każdy uczciwy Polak spotkany na drodze naszej walki. Nie jesteście ostatni, za Wami pójdą następne setki i tysiące”– żegnał ich Mołojec.
Nie bez powodu brzmiało to jak epitafium: „Nie wszyscy nawet mieli rewolwery” – wspominano po latach. Niedozbrojoną, słabo przeszkoloną grupę studentów rzucono na obcy im teren. Nie byli w stanie przeprowadzić ani jednej akcji bojowej. Dostali rozkaz wysadzania pociągów, ale nie zaopatrzono ich w materiały wybuchowe, jedynie w klucze do rozkręcania szyn, które jednak nie pasowały do łączących tory śrub.
W czerwcu oddział rozbili Niemcy.

Zniechęcił do siebie wielu towarzyszy
„Wbrew marzeniom agentów delegatury, którzy wróżyli osłabienie walki partyzanckiej z powodu złych pogód i zimna – jesień 1942 r. przynosi wzrost liczby oddziałów partyzanckich” – przechwalało się po wojnie dowództwo Gwardii. W rzeczywistości „szalona pochopność, absolutne stawianie na walkę partyzancką i łatwość wysyłania ludzi w teren na niebezpieczne akcje” Mołojca zniechęciła wielu towarzyszy do dowódcy GL.
„Doskonale wiem, w jakim nastroju organizowano i wysyłano ludzi w teren”– wspominał po wojnie jeden z wysoko postawionych działaczy PPR Jerzy Albrecht. Mołojec jednak nie ustępował. „Trudno określić bliżej, co pchało go do tej walki”– zastanawiał się po latach Władysław Gomułka.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz pt. Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia (Wydawnictwo Agora 2026).
Historia Wolińskiej i Brusa








