Każdy, kto przekracza tę granicę, musi podpisać oświadczenie o tym, że jest świadom ryzyka. Cienka granica oddziela dwie uzbrojone po zęby armie, które od krwawego konfliktu dzieli jeden fałszywy ruch. Bella Myŏng-wŏl Dalton-Fenkl i Heinz Insu Fenkl w książce Korea. Przewodnik po mitach, rytuałach i wędrówkach dusz opowiadają, jak naprawdę wygląda koreańska strefa zdemilitaryzowana.
Strefa zdemilitaryzowana dosłownie przecina Półwysep Koreański na pół. To dobitne świadectwo wojny koreańskiej i nieustanne przypomnienie – zarówno w sensie dosłownym, jak i symbolicznym – że konflikt nigdy tak naprawdę nie dobiegł końca, a obecny stan to jedynie zawieszenie broni.
Reklama
Fakt, że nad regionem niczym miecz Damoklesa wisi widmo wojny, która w każdej chwili może rozgorzeć na nowo, co z jednej strony przyczynia się do pogłębienia syndromu oblężonej twierdzy i polityki izolacjonizmu oraz ciągłego rozwoju nowych broni przez Koreę Północną, z drugiej zaś tłumaczy dalszą obecność wojsk amerykańskich w Korei Południowej (i motywuje Pjongjang do nieustannego rozwoju armii).
Były prezydent Stanów Zjednoczonych Bill Clinton określił niegdyś strefę zdemilitaryzowaną mianem „najstraszniejszego miejsca na Ziemi”, mimo to jest ona jedną z największych atrakcji turystycznych w rejonie i każdego roku odwiedza ją ponad milion osób.

Przed wjazdem konieczne jest podpisanie oświadczenia o świadomości zagrożenia. Znajduje się w nim zapis, że wycieczka wiąże się z „wejściem na niebezpieczny teren oraz możliwością doznania obrażeń lub poniesienia śmierci w wyniku działań wroga”.
Strefa zdemilitaryzowana jest pasem lądu o szerokości czterech kilometrów, ciągnącym się wzdłuż przez dwieście czterdzieści kilometrów, dzieli tym samym wszerz cały Półwysep Koreański i oddziela od siebie dwie linie frontu od momentu zawarcia rozejmu. Obie strony walczyły bowiem niemal do ostatnich chwil o zajęcie jak najwięcej ziemi – w imię kilku metrów przewagi poniesiono mnóstwo nie potrzebnych ofiar.
Reklama
Nie sposób zignorować symboliki tego miejsca – wijąca się linia dzieli Koreę na komunistyczną Północ i kapitalistyczne Południe, niczym taeguk na środku flagi z czerwoną górą i niebieskim dołem. Jak na ironię, położenie granicy, której obecna forma kosztowała miliony żyć, wcale nie różni się znacząco od prostej linii przecinającej te państwa przed wojną wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika.
W strefie zdemilitaryzowanej straszy?
Biorąc pod uwagę przerażające zniszczenia, jakich doznało to miejsce, nie ma co się dziwić, że żołnierze i pracujący w okolicy ludzie wspominają o duchach, dziwnych postaciach przypominających dokkaebi, utrapionych duszach, a nawet kosmitach. Części tej strefy uważane są za przeklęte, aczkolwiek są to pogłoski rozpuszczane specjalnie przez obie strony, by odstraszyć kłusowników zakradających się na te tereny w celu polowania na dziką zwierzynę.
Strefa bezpieczeństwa znana jako Panmundżom (czasem określana też mianem „Wioski Rozejmu”) to obszar, w którym oba państwa prowadzą negocjacje dyplomatyczne i wojskowe. Od strony południowej podlega ona Dowództwu ONZ (czy też United Nations Command), od północnej zaś Koreańskiej Armii Ludowej.
Jako iż teoretycznie jest to dalej strefa konfliktu, po obu stronach znajdują się punkty dowodzenia, punkty obserwacyjne, a także tunele i bunkry. Wojska obu stron regularnie monitorują też dzielący je teren pełen min, wypatrując tym samym intruzów, a także namierzając, unieszkodliwiając i zastawiając nowe pułapki.
Reklama
Ciągła obecność żołnierzy ma też zniechęcać przeciwnika do ewentualnych ataków. Przekroczenie linii demarkacyjnej i zabłądzenie na stronę wroga wcale nie jest trudne – wszystkie oznaczenia zostały tam bowiem umieszczone w latach pięćdziesiątych i choć znajdują się co sto metrów, nadgryzione zębem czasu i pordzewiałe tablice bywają trudne do rozszyfrowania.
Według dowództwa ONZ północnokoreańscy żołnierze w ramach inicjacji muszą zakraść się na stary cmentarz, który znajduje się po południowej stronie strefy zdemilitaryzowanej i zdobyć odcisk jednego z nagrobków jako dowód, że udało im się zinfiltrować wroga. Ci, którzy zostają przyłapani, wysadzają się podobno za pomocą granatów, unikając w ten sposób schwytania i przesłuchań.

Pojazdy należące do dowództwa strony południowej są zobowiązane do zamontowania zarówno białej flagi, jak i flagi ONZ, chociaż ta zasada bywała wielokrotnie naruszana, między innymi na początku lat siedemdziesiątych, gdy jednostka amerykańska zamiast białej flagi wywiesiła piracką banderę, prowokując tym samym Koreańczyków z Północy.
Tego typu naruszenia są potem omawiane podczas spotkań odbywających się w niebieskich budynkach konferencyjnych stojących na linii demarkacyjnej, nieco na północ od Mostu Bez Powrotu. Każda sala i stół wewnątrz dzielą się równo na pół.
Reklama
Żołnierze każdej ze stron bronią swojego wejścia – południowe obstawiają siły ONZ, północne zaś armia Kima. Poruszanie się po salach i przekroczenie granicy w ich obrębie jest dozwolone, opuszczenie budynku niewłaściwym wejściem mogłoby jednak zostać odebrane jako próba ucieczki na teren przeciwnika i zapoczątkować międzynarodowy skandal.
Propaganda Korei Północnej głośno mówi, że z otwartymi ramionami przyjmie każdego uchodźcę z kapitalistycznego Południa, a wśród niektórych amerykańskich żołnierzy panuje naiwne przekonanie, że w przypadku dezercji również oni zostaliby ciepło przywitani przez władze oferujące im życie w luksusie i liczne przywileje.

Być może właśnie wiara w prawdziwość tych opowieści pchnęła w 2023 roku szeregowego Travisa Kinga – amerykańskiego żołnierza, któremu groziło postępowanie dyscyplinarne po zatrzymaniu przez władze Korei Południowej za napaść – do wmieszania się w grupę turystów i rzucenie się biegiem między budynkami konferencyjnymi na stronę Północy, gdzie szukał azylu. Pjongjang odesłał go z powrotem po dwóch miesiącach, a King skończył z dodatkowymi zarzutami, w tym o dezercję.
Dwie wioski w cieniu luf karabinów
W strefie zdemilitaryzowanej znajdują się dwie wioski zaakceptowane przez rządy obu stron. Na południu leży Daeseong-dong, znana również jako Wioska Wolności, gdzie mieszkać mogą jedynie rodziny, których domy stały tam już przed wojną (tyczy się to również ich potomków).
Reklama
Dla tamtejszych rezydentów zaletą jest dostęp do rozległych terenów rolnych, choć trudno lekceważyć ciągłe zagrożenie ze strony północnokoreańskich szpiegów. „Walka na flagi” rozpoczęta w jednej z sal konferencyjnych w Panmundżom w latach osiemdziesiątych przeniosła się na zewnątrz, kiedy Korea Południowa wniosła stumetrowy maszt i zawiesiła na nim ogromną flagę ważącą sto trzydzieści kilogramów.
Zaledwie dwa kilometry na północ od Wioski Wolności znajduje się Gijeong-dong, znana również jako Pyeonghwa-ri, czyli Wioska Pokoju lub – jak mawia się na Południu – Wioska Propagandy. Jest to typowa wioska potiomkinowska pełna w większości pustych domów z regulowanym odgórnie oświetleniem, które tworzy złudzenie, jakby naprawdę ktoś zamieszkiwał stojące tam budynki. Korea Północna twierdzi co prawda, że w tej rolniczej osadzie żyje dwieście szczęśliwych rodzin, bardziej prawdopodobne jest jednak, że w przeszłości pełniła ona funkcję kwater dla żołnierzy zajmujących ukryte stanowiska artyleryjskie.

Cechą charakterystyczną tego miejsca jest stu sześćdziesięciometrowy maszt, na którym powiewa ważąca dwieście siedemdziesiąt kilogramów flaga – odpowiedź na obiekt stojący w Wiosce Wolności.
W pewnym momencie był to nawet najwyższy maszt na świecie. Miejsce to jest również znane z puszczania z głośników skierowanych na południe głośnej propagandy, zwłaszcza w okresach wzmożonych napięć politycznych. Jedną z zaskakujących cech strefy zdemilitaryzowanej jest fakt, że przekształciła się ona w rezerwat przyrody.
Reklama
Pas lądu oddzielony od północnokoreańskiego głodu i ciągłego wylesiania, a także nieustającego rozwoju urbanistycznego Korei Południowej stał się schronieniem dla najróżniejszych zwierząt, w tym ptaków wędrownych, gatunków zagrożonych, a nawet takich, które uważane były na Półwyspie Koreańskim za wymarłe.
Wśród zwierząt dostrzeżonych na tych terenach przez patrolujących je żołnierzy znalazły się między innymi koty bengalskie, niedźwiedzie czarne, orły przednie oraz wiele gatunków żurawi. Wody są tam mniej zanieczyszczone, dlatego w rzekach między Koreami żyją również wydry i lenoki.
Pojawiły się nawet doniesienia o tygrysie i piżmowcu syberyjskim, co tylko wzmacnia obraz cudownego rezerwatu przyrody. Międzynarodowe organizacje walczą obecnie o przyznanie strefie zdemilitaryzowanej stałego statusu parku narodowego, czyniąc ją tym samym jednym z największych obiektów tego typu na świecie, co stanowiłoby gest na rzecz pokoju między Północą a Południem. W 2012 roku Korea Połu- dniowa próbowała zmienić nazwę rejonu na „strefę pokoju i życia”, ale jak na razie nic nie wskazuje na to, żeby miała się ona przyjąć.
Źródło
Powyższy tekst stanowi fragment książki Korea. Przewodnik po mitach, rytuałach i wędrówkach dusz, której autorami są Bella Myŏng-wŏl Dalton-Fenkl i Heinz Insu Fenk. Pozycja ukazała się nakładem Wydawnictwa Poznańskiego w 2026 roku.
Poznaj prawdę o Korei. Ta książka pomoże ci zrozumieć kulturę pełną sprzeczności








