To nie był tylko obyczaj polskich chłopów. Dawniej naprawdę robił tak każdy

Strona główna » XIX wiek » To nie był tylko obyczaj polskich chłopów. Dawniej naprawdę robił tak każdy

Dziś na widok tego zachowania ludzie co najmniej się wzdrygają. Czasami wręcz ogarnia ich prawdziwe obrzydzenie. Tymczasem jeszcze w czasach naszych pradziadków to zachowanie było absolutnie powszechne, a sprzęty do niego służące spotkać można było niemal na każdym rogu. W niektórych kręgach przetrwało aż do dziś w pewnej szczątkowej formie. W książce „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy”, Kamil Janicki pokazuje jak głęboko było to zakorzenione w naszej kulturze.

Tekst powstał w związku z najnowszą książką Kamila Janickiego „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy” (Wydawnictwo Poznańskie 2026). Możesz ją kupić tutaj. Pierwotnie ten materiał ukazał się na naszym kanale na Youtubie.

Przyznam wam się – ale tak między nami, może nikomu nie mówcie – że mam ostatnio nowe hobby. Ilekroć jesteśmy z Olą w jakimś muzeum pokazującym to jak mieszkali ludzie w minionych stuleciach, wypatruję tam jednego konkretnego przedmiotu. A że przy okazji też pytam ten przedmiot, to prawdę mówiąc obsługa czasem dziwnie na mnie spogląda… Z niesmakiem.


Reklama


Chodzi o przyrząd, który teoretycznie powinien stać prawie wszędzie. Trudno powiedzieć, ze względu na brak badań, kiedy akurat w Polsce stał się naprawdę popularny. W każdym razie od wieku XVIII, i zwłaszcza przez całe stulecie XIX, a potem przynajmniej do drugiej wojny światowej, był właściwie obowiązkowym, nieodzownym elementem wyposażenia.

Można by powiedzieć: kiedyś bez tego nie dało się żyć. A w każdym razie powiedziałby to jakiś lepiej sytuowany dżentelmen, bo rzecz uchodziła zasadniczo za męską, i właściwą dla ludzi trochę zamożniejszych.

Fot. Archiwum prywatne.
Fot. Archiwum prywatne.

No dobra, przykłady. Tutaj macie jeden egzemplarz ustawiony w sypialni dworu ziemiańskiego, zaaranżowanego na XIX stulecie. To w skansenie w Tokarni pod Kielcami.

A tutaj z kolei podobny przyrząd z apartamentu mieszczańskiego, też niby z XIX wieku, który można oglądać w Płocku.

Fot. archiwum prywatne.
Fot. archiwum prywatne.

Teoretycznie przykładów powinny być jeszcze dziesiątki. Jak widzicie na tym obrazku, zaczerpniętym z przedwojennej broszury o zdrowiu na wsi, w XX wieku specjaliści zalecali by rzecz stawiać nie tylko w domach klasy średniej i elity, ale nawet… w każdej, podkreślam KAŻDEJ, schludnej izbie chłopskiej.

Cóż, dawne nakazy ewidentnie odeszły do historii. Dzisiaj nawet w dobrych muzeach tych sprzętów niemal nie ma. Trochę dlatego, że o przedmiocie zapomnieliśmy, ale chyba głównie z tego względu że całkiem wyparliśmy z naszej społecznej świadomości obyczaj, który nierozerwalnie się z nim wiązał.


Reklama


Współcześnie wydaje się on dziwny i chyba przede wszystkim odstręczający… Chociaż jeszcze kilka pokoleń temu był powszechny.

Zapomniany obyczaj, którego dzisiaj się wstydzimy

W mojej nowej książce jest rozdział, którego pierwotnie wcale nie zamierzałem pisać. W ogóle nie przyszedł mi do głowy, aż wpadłem na pewne statystyki, w których Polacy prezentują się… wyraźnie inaczej niż reszta Europejczyków. I które zdają się pokazywać, że ostatnio doszło do jednej z bodaj największych, najbardziej fundamentalnych, ale też najbardziej niedocenianych zmian w codziennych zachowaniach mieszkańców Rzeczpospolitej.

Nowa książka Kamila Janickiego "Polskość" ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.
Nowa książka Kamila Janickiego „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy” ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego.

Dzisiaj jakby odruchowo zakładamy, że dawni ludzie wprawdzie żyli w innym otoczeniu, mieli inne wygody, wyzwania i stroje, ale jednak na takim podstawowym, powiedzmy fizjologicznym poziomie, byli ludźmi takimi jak my. No więc tak samo jak my się uśmiechali, płakali, pocili, chodzi za potrzebą… takie tam.

W znacznym stopniu jest to prawda. Ale jednak nie do końca. Jest pewna naturalna czynność, którą dzisiaj w Polsce zupełnie się odrzuca, której na pewno w domu nikt nie robi pod siebie. A która jeszcze kilka pokoleń temu była… normą. Dla nas, i w ogóle dla Europejczyków.


Reklama


Chodzi o plucie. Trochę trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale w dawnej Polsce, pewnie przez niemal całą naszą historię, ludzie nieustannie, bez skrępowania pluli pod siebie, przed siebie, za siebie i… na siebie. Przyjmowano, że jeśli w ustach zbierze się flegma, to należy ją po prostu wycharczeć. Niezależnie gdzie się przebywa i w jakim towarzystwie. Już kiedyś wspomniałem wam o tym, jak rzecz wyglądała w kulturze wiejskiej. Wśród chłopów jeszcze powiedzmy w połowie XX wieku, właściwie nikt nie używał chusteczek.

Zawartość nosa i ust, gdy zachodziła potrzeba, wyrzucano z siebie, jak komentowali lekarze „na staroświecki sposób”. Czyli po prostu na ziemię, klepisko, pod nogi. Doktor Marcin Kacprzak, który w latach 30. XX wieku badał realia życia na wsi mazowieckiej, zanotował, że właściwie wszędzie „śluz z gardła i nosa zanieczyszczał podłogi bardzo obficie”. Autor pisał o zjawisku jako „nieestetyczym” i „zdrowotnie niepożądanym”.

Robili to wszyscy, bez względu na hierarchię społeczną.
Robili to wszyscy, bez względu na hierarchię społeczną.

Zdecydowanie jednak nie rozumiał, jako człowiek z zewnątrz, jego… kulturowego umocowania. Plucie na wsi było nie tylko odruchem, ale i elementem wprost niezliczonych obyczajów. Które zresztą we wcześniejszych wiekach obejmowały pewnie całe społeczeństwo.

Obyczaj był powszechny na wsi

Jak tłumaczył chociażby Kazimierz Wójcicki, w książce o Kurpiach z początku XIX stulecia, „u ludu polskiego w powszechnym zwyczaju” było rytualne spluwanie, dla zapewnienia sobie szczęścia i ochrony przed urokami, zaklęciami, złymi mocami. Zarówno ta, jak i inne publikacje wspominają zwłaszcza jedną, podstawową formułę: „Tfu, tfu, na psa urok!”. Tak należało zawsze wykrzyczeć na widok czegoś niepokojącego, albo w obliczu obaw. No i jednocześnie faktycznie trzeba było spluwać. To tfu tfu to nie jest zwrot, ale czynność. Był też, co jako kociarz muszę niestety przyznać, wariant: „Na psa urok, na kota suchoty”.


Reklama


Inne wiejskie obyczaje mówiły jeszcze o obowiązkowym spluwaniu nad kołyską dziecka, gdy się do niej pochodziło, znów w celu odpędzenia „uroków”. Poza tym na przykład pluto na chorego człowieka, albo pluto na ręce w odpowiedni sposób i rozcierano ślinę po twarzy, by zniwelować pewne przypadłości. I to wszystko robiono nieustannie, jeszcze w XX wieku. Ślina, według polskiego ludu wiejskiego, miała moc. I na pewno nikogo dawniej nie brzydziła.

Rzecz stopniowo, powoli, zmieniała się pod wpływem kultury miejskiej. Na przykład Edward Krawiec, w tych wspomnieniach o życiu na przedwojennej wsi, opowiadał już o… pewnej rezerwie. Ponoć za jego młodych lat „każdy starał się [ślinę] w miarę dyskretnie odpluć na klepisko izby, w pobliżu miejsca, na którym siedział, by następnie również w miarę dyskretnie ją dokładnie „zlikwidować” przez roztarcie butem”. Mam prawdę mówiąc wrażenie, że pamiętnikarz, urodzony w 1927 roku, trochę dopowiedział sobie tą dyskrecję po fakcie, bo sam, w późniejszej epoce, nawykł już do innych zachowań.

Zwyczaj plucia był tak powszechny, że chłopi robili to nawet we własnych chatach. Wprost na podłogę.
Zwyczaj plucia był tak powszechny, że chłopi robili to nawet we własnych chatach. Wprost na podłogę.

W czasach „tradycyjnych”, w wieku XIX i przynajmniej aż do drugiej wojny światowej, zasadniczo nawet lekarze, higieniści, czy na przykład autorzy poradników savoir-vivru, nie byli zniesmaczeni samym aktem spluwania przy ludziach. Nie krytykowali go, a nawet sami tak robili. Problem tyczył się tylko tego, gdzie powinny trafiać „plwociny”. W miastach pluto tak samo jak na wsi, tyle że za faux pas uchodziło robienie tego pod siebie.

W TYM podręczniku dla młodzieży, wydanym w 1931 roku, pouczano, cytuję: „Osoba zdrowa, a tym więcej chora, nie powinna nigdy pluć na podłogę mieszkania, szkoły, sieni, warsztatu, wagonu, na chodniki w ulicach lub parkach (…). Plucie zdrowego jest wstrętnym zwyczajem, plucie chorego jest wprost niebezpieczne dla zdrowych”.


Reklama


Na razie, brzmi… sensownie. Wręcz współcześnie. Dzisiaj zgodzilibyśmy się z nakazem, choć może nie wydałby nam się rzeczą, którą należy wsadzać do oficjalnych podręczników dla nastolatków. W każdym razie, to jeszcze nie jest cała instrukcja. Dalej w książce zawarto nakazy, który brzmią już bardziej… osobliwie. „Szkółka dla młodzieży tom czwarty”, nie zakazywała plucia, ale pouczała, żeby pluć… odpowiednio. Poza domem do chustek, albo specjalnych „flaszeczek kieszonkowych”. W domu zaś do odpowiedniego przyboru, aparatu. Właśnie tego, którego uparcie wypatruję w muzeach.

Etykieta plucia

Inny poradnik, tym razem dla dorosłych, „Dawna przodków naszych obyczajność” z 1859 roku, ordynował każdemu dżentelmenowi cytuję: „na podłogę nie pluj, choćby nie woskowaną i tych plwocin nogą nie zacieraj. Nie plwaj przed się, ale szukaj do tego plwaczki”.

Spluwaczka stała w każdym domu i urzędzie (fot. 	Gary Todd, lic. CC0)
Spluwaczka stała w każdym domu i urzędzie (fot. Gary Todd, lic. CC0)

No i faktycznie, zarówno w wieku XIX, jak i aż do II wojny światowej, właściwie w każdym salonie, przedpokoju czy jadalni w polskich miastach, umieszczano specjalny przyrząd, nazywany plwaczką, spluwaczką, albo z francuska kraszuarką. Były to pojemniki, wypełniane piaskiem, wodą, albo płynem dezynfekcyjnym, o przeróżnych formach i kształtach.

Zwykle da się je poznać po charakterystycznie rozszerzonym czubku, jakby kołnierzu, który ułatwiał trafienie do celu. Raz jeszcze podkreślę: dzisiaj już o tych rzeczach nie pamiętamy, ale nawet za czasów naszych pradziadków, ledwie kilka pokoleń temu, były naprawdę masowe. Zwyczajny człowiek codziennie mógł ich widzieć kilkadziesiąt. Stały i wisiał wszędzie. W Polsce były ich pewnie miliony.


Reklama


Spluwaczki sprzedawali szeregowi blacharze, ale były też takie z porcelany, nawet bardzo kunsztowne. Większość była względnie płaska i stawiana na ziemi, ale kraszuarki czasem montowano też na podwyższeniu, przy ścianie. Bardziej masowe warianty dało się znaleźć w katalogach domów towarowych, na przykład sławnego składu braci Jabłkowskich w Warszawie.

Rodzi się oczywiście zasadnicze pytanie: dlaczego nasi, nawet niezbyt odlegli przodkowie, tak bardzo, bez ustanku pluli. Po części chodziło o to, o czym już mówiłem: po prostu o inną kulturę, inne tabu narzucane ludziom. Dzisiaj plucie jest na cenzurowanym, wydaje się czymś niekulturalnym, wymagającym ukrywania, brzydkim. Kiedyś było odwrotnie: plucie uchodziło za normę, a raczej trzymanie flegmy w sobie, za aberrację. Do tego dochodzą jednak jeszcze dwie kwestie.

Obraz Aleksandra Kotsisa "Matula pomarli".
Obraz Aleksandra Kotsisa „Matula pomarli”.

Zwyczaj życia tytoniu, powszechny zwłaszcza w XIX wieku, sprawiał że przede wszystkim mężczyźni potrzebowali pluć o wiele, wiele częściej. A wspólne plucie, właśnie w związku z życiem, było wręcz rytuałem. Poza tym dochodzi jeszcze bardzo ważny wątek zdrowotny.

W XIX wieku upowszechniło się przekonanie, że spluwaczki to najlepsze zabezpieczenie przeciwko rozprzestrzenianiu się gruźlicy. Ponieważ chodziło o niezwykle niebezpiecznie i powszechnie schorzenie, sprawa była traktowana… bardzo poważnie.


Reklama


W prywatnych mieszkaniach spluwaczka stanowiła wymóg kultury. Ale za to w miejscach publicznych obowiązywał po prostu wymóg prawny. Rozporządzenie ministra zdrowia publicznego z 1923 roku nakazywało w każdym urzędzie, biurze, sklepie czy magazynie ustawiać „w miejscu widocznym i przystępnym” „spluwaczkę z płynem odkażającym”. Nad nią zaś należało jeszcze obowiązkowo wieszać tabliczkę według konkretnego wzoru.

Takie tablice nadal wisiały w całej Polsce po II wojnie światowej. Wtedy też wciąż spluwaczki, zwykle na wysokich nóżkach, ułatwiających trafienie do nich śliną, niezmiennie ustawiano w urzędach czy w przychodniach lekarskich. W większości zniknęły przed końcem lat 60. XX wieku. Gdzieniegdzie dało się je jednak wciąż dostrzec nawet zaraz przed transformacją ustrojową. Dopiero nasza epoka na dobre wyparła plucie.

Przedwojenna ulotka profilaktyczna (fot. domena publiczna).
Przedwojenna ulotka profilaktyczna (fot. domena publiczna).

I powtórzę, że to był naprawdę ogromny, a kompletnie zapomniany przełom w obyczajach. I to przełom, który… w Polsce okazał się o wiele silniejszy, bardziej kompletny niż gdzie indziej. Parę lat temu w łącznie 56 krajach i na 22 000 respondentów, przeprowadzono wielkie badania norm społecznych. W ich ramach pytano między innymi o to…. gdzie wypada pluć.

Współcześnie Polacy wzdrygają się na samą myśl

Polacy okazali się, na tle pozostałych mieszkańców Europy, szczególnie niechętni wyrzucaniu z siebie śliny, zwłaszcza na oczach innych ludzi. 91% z nas uważa, że nie wolno pluć na podłogę w kuchni, 88% sprzeciwia się pluciu do basenu kąpielowego, a 83% twierdzi, że nie powinno się charkać na chodnik. Względną akceptacją cieszy się właściwie tylko plucie podczas gry w piłkę nożną. Nawet w tej kwestii przeciwnicy przeważają jednak nad zwolennikami. Zresztą zdaniem 32% Polaków plucie w ogóle jest na cenzurowanym – nie godzą się oni nawet z wyrzucaniem z siebie śliny na ziemię… w środku lasu.

Pluć zdaniem Polaków nie wypada nawet na spacerze w lesie (fot. domena publiczna).
Pluć zdaniem Polaków nie wypada nawet na spacerze w lesie (fot. domena publiczna).

No i teraz rzecz chyba szczególnie ciekawa: w każdym punkcie odsetek odpowiedzi na „nie” był u nas częstszy niż średnio wśród 20 przebadanych krajów kontynentu. A w ogóle najbardziej odbiegamy od Irlandczyków i Holendrów.

Wśród tych pierwszych tylko 58% sprzeciwiło się pluciu na chodnik, a 69% na podłogę w kuchni. U drugich wyniki to odpowiednio 61% i 78%. Tak więc – przynajmniej w myśl tego sondażu – niemal co trzeci Irlandczyk akceptuje, że człowiek czasem podczas gotowania potrzebuje sobie wycharkać pod nogi.


Reklama


No ale nie oburzajmy się, przecież jeszcze naprawdę niedawno, w ten sam sposób rozumowano i w Polsce. Niechęć do plucia to może nie jest najważniejsza cecha polskiego społeczeństwa. Są inne i najczęściej mają naprawdę fascynujące korzenie historyczne. No więc właśnie o tym jacy jesteśmy dzisiaj, jako społeczeństwo, czym się różnimy i skąd to się wzięło, opowiadam w mojej nowej książce „Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy”.

Polecam, zwłaszcza jeśli cenicie prawdziwą, ludzką pracę, zrobioną tymi ręcoma, na podstawie wielu miesięcy czytania i dociekań, a nie wyplutą przez jakiegoś czata i sklejoną z bzdur, jak coraz większa część dzisiejszej „kultury” i „nauki”. Pfu, pfu, na psa urok.

Nowa książka Kamila Janickiego

Jacy naprawdę są Polacy? Co nas ukształtowało? Co odróżnia nas od wszystkich innych narodów? Temat dzisiejszego artykułu to jeden z BARDZO wielu wątków, które poruszam w mojej nowej książce pt. Polskość. Prawdziwa historia tego, kim jesteśmy. Książka jest już dostępna w sprzedaży.

Autor
Kamil Janicki

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.