Tragiczny los zwierząt z warszawskiego ZOO w 1939 roku. Jako pierwsze zginęły niedźwiedzie

Strona główna » II wojna światowa » Tragiczny los zwierząt z warszawskiego ZOO w 1939 roku. Jako pierwsze zginęły niedźwiedzie

Ludzie, którzy w międzywojennej Polsce stworzyli na nowo warszawskie zoo, nie mogli się spodziewać, że ich ukochane zwierzęta spotka tak straszny los. Gdy trwały walki o Warszawę, zapadła najtrudniejsza decyzja. Polskie wojsko musiało przeprowadzić egzekucję.

W nocy z 6 na 7 września Roman Umiastowski, ówczesny szef propagandy  w Sztabie Naczelnego Wodza, ogłosił przez radio apel, by zdolni do noszenia broni mężczyźni wyszli z Warszawy i udali się w kierunku wschodnim. Jan w towarzystwie kolegów naukowców opuścił miasto wieczorem. Antonina nie mogła zostać w domu, ponieważ władze zakazały cywilom przebywania na terenie ogrodu zoologicznego.


Reklama


Spakowała nieco żywności i przeniosła się na Kapucyńską, do mieszkania teściowej. Pojechali tam również Jadwiga Biedunkowicz – ciotka Antoniny, gosposia oraz bona do dziecka, a przede wszystkim siedmioletni wówczas Ryś. To zwłaszcza o nim, o jego bezpieczeństwie myślała Żabińska, wybierając miejsce schronienia.

Dołączyli do Hani i Ziuci z rodzinami. Antonina bała się nocować wraz z nimi zarówno na wyższej kondygnacji, jak i w suterenie, toteż wprosiła się do mieszczącej się na parterze  pracowni abażurów.

Treser lwów z warszawskiego ogrodu zoologicznego w czasie ćwiczeń przed wojną (fot. domena publiczna)
Treser lwów z warszawskiego ogrodu zoologicznego w czasie ćwiczeń przed wojną (fot. domena publiczna)

Na szczęście dom przy Kapucyńskiej przetrwał wrześniowe bombardowania, chociaż nie brakowało zagrożeń. Bomba uderzyła w posesję od frontu, ale okazała się niewybuchem. Kiedy indziej na podwórzu zapalił się magazyn bawełny i cudem udało się ugasić pożar, zanim rozprzestrzenił się na mieszkania. Nie było wody, prądu, gazu, nie działały telefony, ale te niedogodności mniej dokuczały  niż strach przed nalotami.

Dwaj dyrektorzy na wojennym szlaku?

Tuż po kapitulacji na Kapucyńskiej niespodziewanie zjawił się Jan. Zamartwiającej się o jego losy Antoninie spadł kamień z serca. Okazało się, że Żabiński z innymi rezerwistami ruszyli na wschód, dołączywszy do 2. Batalionu Balonowego, i dotarli aż do Terespola.


Reklama


Po rozwiązaniu oddziału, prawdopodobnie w związku z ucieczką rządu do Rumunii, Jan, już jako cywil, zdecydował się wracać do Warszawy. Któregoś dnia znalazł się w Mieni, blisko Mińska Mazowieckiego. Tam natknął się na niemieckiego oficera.

Ku zdumieniu ich obu okazało się, że są znajomymi. Żołnierzem Wehrmachtu był doktor Richard Müller z Królewca, należący, jak i Jan, do grona członków Międzynarodowego Związku Dyrektorów Ogrodów Zoologicznych. Müller zaoferował Żabińskiemu swą pomoc. Ustalili, że skoro ten chce się dostać do walczącej jeszcze Warszawy, najlepiej będzie, jeśli podróż odbędzie jako więzień.

Zofia Czerniewicz-Umer, Żabińscy. Cóż to była za rodzina, Czytelnik 2026.
Tekst stanowi fragment książki Teresy Czerniewicz-Umer pt. Żabińscy. Cóż to była za rodzina (Czytelnik 2026)

W ten sposób obaj unikną ewentualnych problemów w razie zatrzymania do jakiejś kontroli. Podróż samochodem odbyła się bez przeszkód. Jan został dowieziony na przedmieście, a stamtąd już ruszył piechotą na Stare Miasto. Antonina opisywała to później:

Znam mego męża, wiem, ile w nim hartu i silnej woli, toteż byłam do głębi poruszona, słuchając, jak szedł ku nam przez miasto z rozpaczą w sercu… Dym i żar gryzły go w oczy.


Reklama


Palące się jeszcze ruiny domów, ulice zasłane trupami ludzi i koni… musiał skakać przez płonące głownie. Zdawało mu się, że będzie tak szedł i szedł wiecznie… że ulica Kapucyńska jest gdzieś na końcu świata i że tam także wszystko leży w gruzach.

Wkrótce po powrocie Jana oboje z Antoniną poszli do domu sprawdzić, jakich zniszczeń dokonali Niemcy. Budynek pozostał nieuszkodzony, jedynie szyby wypadły z okien. Gorzej przedstawiał się los zwierząt. Jan nie miał racji, myśląc, że teren ogrodu nie będzie narażony na działania wojenne. Zoo mieściło się w pobliżu przyczółków mostowych, a więc obiektów ważnych strategicznie, a w dodatku graniczyło z terenami wojskowymi.

Słonie z warszawskiego Zoo w 1939 r. (fot. domena publiczna).
Słonie z warszawskiego ZOO w 1939 r. (fot. domena publiczna).

Działa pomiędzy wybiegami

Dowództwo obrony miasta umieściło właśnie w zoo między innymi artylerię, dlatego obszar ten stał się celem bombardowania, a potem także ostrzału artylerii. Pierwsze bomby zniszczyły wybieg białych niedźwiedzi, które przerażone wydostały się na zewnątrz i stanowiły zagrożenie dla ludzi. Polscy żołnierze musieli je zastrzelić. Niedługo potem stacjonujące na terenie ogrodu wojsko zabiło wszystkie drapieżniki, które były na sporządzonej wcześniej liście.

Zgładzono zatem lwy, tygrysy, niedźwiedzie, wilki, hieny, pantery, pumy, lamparty. Dozorcy patrzyli na tę konieczną egzekucję ze łzami w oczach. Pozostałych zwierząt – poza nielicznymi wyjątkami – też nie udało się uratować. Bomby i strzały artyleryjskie dziesiątkowały mieszkańców zoo i obracały w ruinę ich dotychczasowe miejsce życia; część zwierząt uciekła poza ogrodzenie i gdzieś z dala od domu dopełnił się ich los.


Reklama


Doszczętnie spłonęła małpiarnia dla człekokształtnych oraz ptaszarnia dla ptactwa egzotycznego, zabitych zostało też wiele innych małp, szukających schronienia na drzewach. Zginęły konie Przewalskiego, żyrafa. Z uszkodzonej woliery wyfrunęły ptaki, między innymi orły i sępy; widywano je potem w okolicy.

Foki i uchatki kalifornijskie przedostały się na ulicę Floriańską i most Kierbedzia. Część z nich zginęła, ale część prawdopodobnie dostała się do Wisły i popłynęła w dół rzeki. W chaszczach nad jej brzegiem błąkały się wielbłądy, lamy i jelenie. Niektóre jelenie, sarny i antylopy zginęły z rąk głodujących warszawiaków.

Słonica Kasia ze słoniątkiem Tuzinką i pracownikiem ogrodu w 1937 r.(fot. domena publiczna)
Słonica Kasia ze słoniątkiem Tuzinką i pracownikiem ogrodu w 1937 r.(fot. domena publiczna)

Słonica Kasia padła wkrótce na skutek ran odniesionych podczas bombardowania. Pozostała przy życiu jej córka, Tuzinka. Działania Kasi, by ocalić Tuzinkę przed pociskami, opisał naoczny świadek, porucznik Borkowski:

Dokarmialiśmy czym kto miał tych biedaków. Byłem zdumiony instynktem macierzyńskim słonicy. Podczas przelatywania pocisków artyleryjskich wpędzała pod siebie małą, stała nad nią jak bunkier – osłaniała ją własnym ciałem, trąbiąc tak długo, dopóki pociski nie przeleciały. Mała spod niej chciała wiać, ale mama waliła ją trąbą w tyłek i zaganiała z powrotem.


Reklama


I jeszcze jedna relacja, tym razem majora Kazimierza Alberta:

Po raz pierwszy zetknąłem się ze zwierzętami z ZOO w rejonie mostu Poniatowskiego […]. Zauważyłem wówczas kilkadziesiąt sztuk ptaków brodzących, jak flamingi, czaple, żurawie, bociany i inne, które musiały pochodzić z ZOO. Ptactwo żerowało nad brzegiem Wisły, nie wykazując zaniepokojenia obecnością ludzi.

Drugi obraz, który mi utkwił w pamięci, to przebiegające ulicą Zygmuntowską dwie piękne antylopy. Zwierzęta miotały się tam i z powrotem przestraszone widokiem ludzi i hukiem wybuchających pocisków artylerii. Na terenie ZOO, gdzie mieściła się część mego taboru i innych oddziałów, widziałem różne zwierzęta (nie drapieżniki – uprzednio już zgładzone), które swobodnie się poruszały i były dokarmiane przez żołnierzy z oddziałów tam przebywających.

Most Poniatowskiego na zdjęciu z okresu międzywojennego (domena publiczna).
Most Poniatowskiego na zdjęciu z okresu międzywojennego (domena publiczna).

A Jan tłumaczył się z opuszczenia ogrodu w krytycznym momencie:

Oczywiście nie opuściłbym terenu mojej pracy ze strachu czy innych względów osobistych. Ale byłem oficerem rezerwy, a ogłoszono przecież przez radio rozkaz aby wojskowi, choćby jeszcze nie zmobilizowani, wycofywali się na wschód, co też uczyniłem, uprzednio dopilnowawszy, aby wszystkie okazy ZOO, które mogły być niebezpieczne dla ludności, zostały zabite. […]

Przez miesiąc byłem w akcji na wschodzie, a potem już po cywilnemu wróciłem do Warszawy i do ZOO. Z niedobitkami dozorców pielęgnowaliśmy pozostałe okazy […].

Źródło

Powyższy tekst stanowi fragment książki Żabińscy. Cóż to była za rodzina! autorstwa Teresy Czerniewicz-Umer, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Czytelnik.

Niezwykła opowieść o bohaterskiej rodzinie


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.