Pod koniec października i w listopadzie 1939 roku las nieopodal Rudzkiego Mostu stał się miejscem kaźni co najmniej 227 Polaków. Zostali oni rozstrzelani przez Niemców w odwecie za rzekome podpalenie zabudowań gospodarskich Hugona Fritza, który w wyniku przeżytego szoku zmarł na atak serca. O przebiegu jednej z wielu zbrodni, za które jesienią 1939 roku odpowiadał Ludolf von Alvensleben pisze doktor Filip Gańczak w książce pt. Polakożerca.
Jest 1 lutego 1965 roku, poniedziałek. W RFN przed Sądem Krajowym w Mannheimie rusza proces przeciwko czterem byłym członkom Selbstschutzu w Prusach Zachodnich.
Reklama
Heinrich Mocek, przywódca formacji w inspektoracie chojnickim, Wilhelm Richardt, szef struktur w powiatach tucholskim i sępoleńskim, a także niżsi rangą volksdeutsche Werner Sorgatz i Kurt Wollenberg są oskarżeni o morderstwa lub pomocnictwo w morderstwach.
Wszyscy oni jesienią 1939 roku mieli uczestniczyć w rozstrzeliwaniu Polaków w lesie w pobliżu Tucholi. Bronią się, że wykonywali rozkaz przekazany im przez Ludolfa von Alvenslebena. Rozkaz, który zachodnioniemiecki dziennik „Die Welt” nazwie „prawdziwie szatańskim”.

Rola Ludolfa von Alvenslebena
W nocy z 21 na 22 października 1939 roku w Piastoszynie płoną zabudowania Niemca Hugona Fritza. On sam doznaje ataku serca i umiera. Choć najprawdopodobniej to Fritz doprowadza do tragedii, nieostrożnie obchodząc się z ogniem, powstaje pogłoska, że pożar był aktem polskiego sabotażu.
Sąd doraźny Wehrmachtu nie znajduje na to żadnych dowodów. Po kilku dniach w pobliskiej Tucholi zjawia się Alvensleben. Próbuje telefonicznie połączyć się z Himmlerem, ale ostatecznie rozmawia z jego adiutantem. „Przyjmuję jako całkiem pewne, że przedstawił pożar tak, jakby ogień został podłożony przez Polaków” – powie później Werner Sorgatz. I dalej:
Reklama
Po tej rozmowie telefonicznej v[on] Alvensleben (…) obwieścił obecnym dowódcom SS, że na polecenie Reichsführera w powiecie tucholskim w pewnych odstępach czasu należy rozstrzeliwać pewną liczbę Polaków tak długo, aż zostanie znaleziony sprawca [pożaru] lub powiat będzie wolny od Polaków.
Jeden z obecnych pyta Alvenslebena wprost, kto ma się zająć rozstrzeliwaniem. „Sam słyszałem, że odrzekł na to, że Selbstschutz. Słyszałem też, że zagroził przy tym, że kto będzie się wzbraniał, może sam pójść do piachu” – zapamięta Sorgatz.

Bardzo podobnie opisze całą sprawę Mocek. Z tą różnicą, że według niego Alvensleben przekazał rozkaz na jednym z rutynowych zebrań.
Bohaterska postawa księdza Nogalskiego
Już 24 października 1939 roku Niemcy zwożą kilkudziesięciu Polaków do lasu w pobliżu Rudzkiego Mostu. Wśród przeznaczonych na śmierć jest ksiądz Franciszek Nogalski, wikary parafii w pobliskim Raciążu. W ostatniej chwili próbuje jeszcze ocalić pozostałych. Twierdzi, że to on jest podpalaczem. Zostaje rozstrzelany, ale nie powstrzymuje to zbiorowej egzekucji . Część Polaków chwilowo zostaje oszczędzona. Mają dalej szukać podpalaczy.
Reklama
W kolejnych dniach i w pierwszej połowie listopada rozstrzeliwania są kontynuowane. Łącznie zamordowano co najmniej 227 osób – szczątki tylu zostaną ekshumowane po wojnie. Wśród ofiar są też Polacy uniewinnieni wcześniej przez sąd doraźny Wehrmachtu.
Nakaz aresztowania von Alvenslebena
Gdy w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych zbrodniami koło Rudzkiego Mostu zajmuje się prokuratura w Mannheimie, bierze na celownik również szefa pomorskiego Selbstschutzu. Na wniosek prokuratora Gerharda Klassa Sąd Rejonowy w Mannheimie wydaje w maju 1964 roku nakaz aresztowania Alvenslebena w związku z zabójstwem „z niskich pobudek 240 ludzi” .

Były esesman jednak od lat przebywa w Argentynie. Jedynym sposobem na postawienie go przed sądem wydaje się ekstradycja. To zaś rodzi pytania o kwestie proceduralne.
W piśmie do Ministerstwa Sprawiedliwości Badenii-Wirtembergii w Stuttgarcie, właściwego dla Mannheimu, urzędnik Federalnego Ministerstwa Sprawiedliwości w Bonn zwraca uwagę na konieczność udowodnienia władzom argentyńskim, że w myśl niemieckiego prawa zarzuty wobec Alvenslebena nie uległy przedawnieniu.
Reklama
Towarzyszy temu sugestia, że Sąd Rejonowy w Mannheimie mógłby skierować prośbę o ekstradycję bezpośrednio do argentyńskiego resortu sprawiedliwości i powołać się przy tym na wydany przez siebie nakaz aresztowania. Między wierszami nadawca pisma daje do zrozumienia, że są szanse na pomyślne rozstrzygnięcie.
Argentyna już wcześniej zgodziła się na wydanie Josefa Mengelego. Przyjęła też do rozpatrzenia wniosek o ekstradycję Gerharda Bohnego, współorganizatora haniebnej Akcji T4, w ramach której masowo mordowano chorych.

Problematyczne argentyńskie obywatelstwo
Prokuratura w Mannheimie początkowo chce doprowadzić do ekstradycji. Uzyskawszy jednak informację, że Alvensleben nabył w 1952 roku argentyńskie obywatelstwo, szybko rezygnuje. „Wniosek o ekstradycję podejrzanego z Argentyny do Niemiec nie wchodzi (…) w rachubę” – stwierdza. Federalne Ministerstwo Sprawiedliwości nie zgadza się z takim podejściem. Zauważa, że prawo argentyńskie pozwala – w ograniczonym zakresie – na wydawanie innym państwom swoich obywateli.
Nie można też wykluczyć – argumentuje resort w Bonn – że poznawszy zarzuty wobec Alvenslebena, Argentyńczycy pozbawiliby go swojego obywatelstwa. Najgorszy byłby scenariusz, gdyby – na zasadzie wzajemności – w zamian za Alvenslebena władze w Buenos Aires oczekiwały wydania im obywatela RFN.
Reklama
„Fanatyczny polakożerca”
Rząd w Bonn nie mógłby spełnić tego warunku. Do stanowiska władz federalnych przyłącza się prokuratura generalna w Karlsruhe i prosi prokuraturę w Mannheimie o podjęcie działań na rzecz ekstradycji. Wcześniej jednak, 12 kwietnia 1965 roku, sąd w Mannheimie ogłasza wyrok w sprawie zbrodni koło Rudzkiego Mostu.
Mocek i Richardt zostają skazani na dożywotnią karę ciężkiego więzienia, ten drugi – dwukrotną. „Podczas ogłaszania wyroku Mocek zemdlał” – informuje dziennik „Die Welt”. Wyrok dla Sorgatza jest łagodniejszy: cztery lata ciężkiego więzienia z możliwością zwolnienia za kaucją. Wollenberg zostaje uniewinniony. Sędzia Heinrich Wendt przyznaje, że tego rodzaju procesy o zbrodnie nazistowskie są w RFN niepopularne.

„Tym jednak sąd demokratycznego państwa prawa nie powinien się martwić” – przekonuje. Wendt uznaje za niezadowalające, że inspiratorzy zbrodni już nie żyją „albo poprzez ucieczkę za granicę uniknęli sądowego ścigania”. Za chwilę przyznaje wprost, że ma na myśli przede wszystkim Alvenslebena.
Pisemne uzasadnienie wyroku jest dla byłego przywódcy pomorskiego Selbstschutzu druzgocące. Czytamy w nim, że Alvensleben był „fanatycznym polakożercą”, wzywającym podległych sobie dowódców SS do rozstrzelania jak największej liczby Polaków.
Reklama
Przekazali sprawę do Monachium
W lipcu 1965 roku Sąd Rejonowy w Mannheimie wystawia nowy nakaz aresztowania Alvenslebena, uwzględniający wyrok w zakończonym procesie przeciwko Mockowi i jego dawnym podwładnym. W dokumencie mowa tym razem o 227 ofiarach rozstrzeliwań.
Ale po kwietniowym wyroku prokuratura w Mannheimie twierdzi, że nie jest już organem właściwym do zajmowania się Alvenslebenem – i przekazuje jego sprawę prokuraturze w Monachium. Ta bowiem prowadzi znacznie szerzej zakrojone postępowanie przeciwko byłemu szefowi pomorskiego Selbstschutzu.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Filipa Gańczaka pt. Polakożerca (Prószyński i S-ka 2026).
Historia kata Pomorza

Ilustracja tytułowa: Przygotowania do jednej z egzekucji w Rudzkim Moście (IPN/domena publiczna).







