Sowieci przez blisko pół wieku kategorycznie zaprzeczali, że mieli cokolwiek wspólnego ze zbrodnią katyńską. Całą winę za śmierć tysięcy obywateli II Rzeczpospolitej zrzucali na Niemców. Wersja ta bardzo długo obowiązywała również na Zachodzie. Potrzebne były dekady, aby prawda dotarła do szerokich mas. Pisze o tym profesor Norman Davies w przedmowie do książki Jane Rogoyskiej pt. Katyń. Dziedzictwo.
Urodziłem się w 1939 roku, a więc zaledwie kilka miesięcy przed tragicznymi wydarzeniami w Katyniu, których świadomość towarzyszyła mi przez większą część dorosłego życia. Dorastając w Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej, byłem zbyt mały, aby pojąć choćby ogólne zarysy tego konfliktu.
Reklama
Katyń uważano za niemiecką zbrodnię
Pamiętam jednak łuny pożarów nad Manchesterem po niemieckich bombardowaniach oraz straszliwy łoskot brytyjskich czołgów, które przetaczały się obok naszego domu w drodze do Normandii. Jak wszystkim Brytyjczykom, o wojnie opowiadano mi w kategoriach zmagań „szlachetnych i mężnych aliantów” ze „złowrogimi potworami” z Rzeszy Hitlera.
Podobnie jak dzieci z mojego pokolenia w Polsce, w szkole nie dowiedziałem się niczego o Katyniu. Tak naprawdę podczas całej mojej edukacji, w tym na lekcjach historii, działania prowadzone na froncie wschodnim właściwie zupełnie przemilczano. Strzępki informacji dotarły do mnie jedynie za pośrednictwem nauczyciela geografii, który z jakiegoś powodu darzył sympatią „wujka Joe” i chętnie opowiadał o „wspaniałych radzieckich sojusznikach”.

Słowo „Katyń” usłyszałem po raz pierwszy podczas studiów historycznych w Oksfordzie, lecz jedynie w kontekście długiej listy niemieckich zbrodni wojennych. W tamtych czasach II wojna światowa była traktowana jako wydarzenie zbyt niedawne, by stanowić przedmiot rzetelnych badań historycznych, więc nie uwzględniano jej w oficjalnym programie nauczania.
Na przykład w ogóle nie funkcjonowało wtedy jeszcze pojęcie Holokaustu. Czytałem jednak o pakcie Ribbentrop-Mołotow z sierpnia 1939 roku (sowieccy historycy określali go mianem „kapitalistyczna fikcja”), a zatem zdawałem sobie sprawę, że przez pierwsze dwa lata wojny Stalin i Hitler byli partnerami.
Ta wiedza bezsprzecznie nadszarpnęła mój obraz Związku Radzieckiego, nie dopuszczałem jednak do siebie myśli, że przywódca mocarstwa sojuszniczego mógłby nakazać zgładzenie z zimną krwią tysięcy niewinnych jeńców.
Pierwszy pobyt w Polsce
Podczas mojego pierwszego pobytu w Polsce w 1962 roku temat masakry katyńskiej nieuchronnie przewijał się w rozmowach z polskimi studentami. Po raz pierwszy w życiu spotkałem wtedy porządnych, sympatycznych młodych ludzi – moich rówieśników – którzy z pasją dowodzili, że zbrodnia ta była dziełem komunistów, a nie faszystów.
Reklama
Przekonałem się też, że jest to jeden z tematów, o których nie można było swobodnie dyskutować publicznie. Ten fakt kazał mi myśleć, że w słowach moich rozmówców może kryć się ziarno prawdy. Większość moich rodaków nie dawała wiary takim twierdzeniom, ale moje stanowisko ewoluowało od niedowierzania w stronę niepewności.
Główna trudność z przyjęciem polskiej wersji wydarzeń w Katyniu była natury moralnej. Ludziom takim jak ja, wychowanym w prze-świadczeniu, że wojenna „Wielka Koalicja” Churchilla ucieleśniała walkę dobra ze złem, niezwykle trudno było dopuścić do siebie tezę, która zdawała się podważać całą moralną legitymację sprawy alianckiej.

Jeżeli czołowy członek sojuszu, którego armie bohatersko pokonały hitlerowski Wehrmacht, ponosił odpowiedzialność za masowe zabójstwa, w miejsce fundamentalnego schematu dialektycznego „dobro przeciwko złu” mieliśmy „zło przeciwko złu”. Jeżeli stalinowskie służby bezpieczeństwa mogły rutynowo, z zimną krwią rozstrzeliwać tysiące niewinnych jeńców, ich postępowanie w przerażający sposób upodabniało się do działań hitlerowskiego SS i gestapo.
Wątpliwości się rozwiały
W latach sześćdziesiątych XX wieku namiętnie zgłębiałem dzieje Polski, Rosji i Związku Radzieckiego, a im więcej dowiadywałem się o Stalinie oraz ustroju, który zaprowadził, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że NKWD było w pełni zdolne do masakr na wielką skalę.
Reklama
Ostatecznie liczba ofiar odnalezionych w Lesie Katyńskim była znacznie mniejsza od tej zabitych w wyniku „czerwonego terroru” rewolucji bolszewickiej, w trakcie przymusowej kolektywizacji czy w czasach „wielkiego terroru” Jeżowa i Berii w latach 1937–1939. Niemniej jednak świadomość, że aparat NKWD nie cofał się przed masowym mordem, nie oznaczała jeszcze uznania odpowiedzialności Związku Radzieckiego za tę konkretną zbrodnię.
Wreszcie, w latach siedemdziesiątych XX wieku, moje wątpliwości dotyczące Katynia w dużej mierze się rozwiały. Robert Conquest w niepodważalny sposób udokumentował w swoich książkach zbrodniczą naturę stalinizmu, a logice wywodu przedstawionego w 1971 roku przez amerykańskiego uczonego (i byłego akowca) Janusza K. Zawodnego w książce Death in the Forest nie dało się właściwie niczego zarzucić.

Byłem pod takim wrażeniem wspomnień Stanisława Swianiewicza W cieniu Katynia (1976), że planowałem odwiedzić go w hrabstwie Kent, by porozmawiać o jego niesamowitej ucieczce; planów tych jednak nie zrealizowałem. Od pani Zofii Litewskiej, znakomitej nauczycielki języka polskiego mojego syna, otrzymałem egzemplarz zawierającej nazwiska tysięcy ofiar porażającej „Listy katyńskiej” (1949, 1974, 1977).
Zdawałem sobie sprawę, że za próbę przewiezienia tego dokumentu do Polski groziłoby mi aresztowanie. Doszedłem wtedy do wniosku, że rozstrzygający jest brak jakiegokolwiek śladu po jeńcach między rokiem 1940 a 1943. Dlatego też w czasie, gdy wykładałem na Uniwersytecie Londyńskim, mogłem z pełnym przekonaniem powiedzieć moim słuchaczom:
Reklama
Brakuje ostatecznego dowodu. Materiał, którym dysponujemy, składa się głównie z poszlak. Należy przyjrzeć się argumentom obydwu stron sporu, jednak moim zdaniem te przemawiające za sprawstwem Sowietów są miażdżące.
Odsłonięcie Pomnika Katyńskiego w Londynie
W 1976 roku uczestniczyłem w Londynie w odbywającej się w bardzo napiętej atmosferze uroczystości odsłonięcia Pomnika Katyńskiego. Organizatorzy musieli ją zorganizować na terenie cmentarza Gunnersbury, gdyż nie otrzymali pozwolenia na wzniesienie pomnika na terenie publicznym w dzielnicy Kensington. Odsłonił go ówczesny prezydent RP na uchodźstwie Stanisław Ostrowski w obecności licznie zgromadzonych członków Stowarzyszenia Polskich Kombatantów (SPK) oraz ich rodzin.

Na zaprojektowanym przez hrabiego Stefana Zamoyskiego monumencie umieszczono inskrypcję: „Sumienie świata woła o świadectwo prawdzie”. Poważne napięcia wywołała decyzja rządu brytyjskiego, który ugiął się pod naciskiem ambasady sowieckiej i odmówił wysłania na uroczystość swojego przedstawiciela.
Brytyjskim żołnierzom i weteranom zakazano wystąpienia na niej w mundurach pod groźbą kar dyscyplinarnych, dlatego bardzo ciepło powitano tych, którzy mimo to przybyli w umundurowaniu galowym, by oddać hołd dawnym towarzyszom broni. Największe emocje wzbudzał jednak przeznaczony dla dostojników pierwszy rząd miejsc. Zgodnie z oczekiwaniami miejsce zarezerwowane dla ambasadora ZSRR pozostało puste, na miejscu stawili się wszakże dyplomaci amerykańscy, francuscy oraz brazylijscy, za co podziękowano im gromkimi i długimi brawami.
Reklama
Symbol sowieckich zbrodni na Polakach
Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku kończyłem pracę nad Bożym igrzyskiem i dotarłem w rozdziale 20 drugiego tomu do Katynia, nie wahałem się ani chwili:
Dla ludzi, którzy potrzebują ostatecznego dowodu w postaci dokumentów, kwestia ta pozostaje wciąż otwarta. Jednak w oczach większości neutralnych obserwatorów winę Sowietów ustalono ponad wszelką wątpliwość. Masakra katyńska to jedyna »nazistowska zbrodnia wojenna«, o której Sowieci nigdy nie wspominają.
Los pozostałych 11 tysięcy oficerów można sobie tylko wyobrażać. W oczach Polaków ta jedna masakra stała się symbolem niezliczonych innych, nieudokumentowanych zbrodni, jakie Związek Radziecki popełnił na narodzie polskim.
Zacytowałem nawet skierowaną do generała Sikorskiego wypowiedź Stalina, w której przyznał on, że urzędnicy mogą popełniać błędy. Wychodziłem wtedy z założenia, że ofiar było łącznie 15 tysięcy. Te szacunki okazały się zaniżone. W tamtym czasie zidentyfikowano tylko jedno z trzech miejsc kaźni, a reszta pozostawała w sferze domysłów.

Dlaczego alianci przemilczeli Katyń?
Zdawałem sobie także sprawę, że rządy brytyjski i amerykański nie były w tej kwestii bez winy. Wiedziałem o powstałym w 1943 roku raporcie Owena O’Malleya – brytyjskiego ambasadora przy polskim rządzie na uchodźstwie – w którym uznał on winę ZSRR za „niemal pewną”, i długo zastanawiałem się, dlaczego ignorowano jego miarodajną opinię.
Po namyśle doszedłem do wniosku, że poruszenie tak drażliwej kwestii w czasie wojny było właściwie niemożliwe, gdyż Armia Czerwona Stalina wnosiła bezcenny wkład w wysiłek wojenny aliantów w Europie. Ponadto w sytuacji, w której brytyjski wywiad został zinfiltrowany przez zdrajców takich jak Burgess, Maclean, Philby, Cairncross i Blunt, musiały dominować postawy prosowieckie.
Reklama
Jednak w latach siedemdziesiątych XX wieku sytuacja zaczynała się zmieniać. Piątkę z Cambridge zdemaskowano i Londyn gruntownie wyczyszczono z sowieckich szpiegów. Zimna wojna osiągnęła apogeum. Archipelag GUŁag Sołżenicyna obnażył koszmar epoki stalinowskiej.
Zmowa milczenia
Mimo to – co zakrawa na paradoks – nie uczyniono niczego, by przerwać zmowę milczenia otaczającą zbrodnię katyńską. Brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz amerykański Departament Stanu nadal stosowały obłudną strategię niedomówień i wykrętów, twierdząc, że „w sprawie Katynia nie można formułować jednoznacznych sądów”. W tej sytuacji pozostało mi tylko pisać listy protestacyjne, które zacząłem wysyłać każdego roku.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy najpierw w Polsce narodziła się „Solidarność”, a potem w ZSRR nastał czas głasnosti, szanse na rzetelne przedstawienie dziejów relacji polsko-sowieckich znacząco wzrosły. Ja sam nieustannie spotykałem zaś nowych świadków, których relacje utwierdzały mnie w moich i tak już dobrze ugruntowanych przekonaniach.
Z zapartym tchem słuchałem na przykład opowieści kuzynki mojej żony Danuty Wiśniowieckiej – ocalałej z batalionu „Baszta” bohaterskiej uczestniczki powstania warszawskiego, której ojciec podporucznik Roman Frydrych trafił w 1939 roku do sowieckiej niewoli.
Reklama
Danuta opowiedziała mi, jak w 1943 roku wraz z matką wyłamały się z obowiązującego w Warszawie patriotycznego bojkotu niemieckich kin i obejrzały krótkometrażowy film dokumentalny Fritza Hipplera „Im Wald von Katyn”. W dokumencie, w którym ukazano wstrząsające sceny ekshumacji masowych grobów, wskazywano oczywiście, że zbrodni tej dopuścili się Sowieci. W trakcie seansu obydwie natychmiast rozpoznały na ekranie zwłoki ojca Danuty.
Naziści słynęli ze swojej bezwstydnej propagandy. Goebbels otwarcie zachwalał skuteczność „wielkiego kłamstwa”. Ujrzawszy jednak bliską osobę w niebudzących wątpliwości okolicznościach, musiały zadać sobie niepokojące pytanie: „Czy to możliwe, że naziści tym razem nie kłamią i nie manipulują?”. Odpowiedź brzmiała oczywiście, że naziści tym razem nie musieli uciekać się do kłamstw.

Przyznanie Moskwy do zbrodni katyńskiej
W dekadzie „Solidarności” Polacy nie bali się już publicznie mówić, co myślą, a nawet generał Jaruzelski przełamał wieloletnie nawyki i wezwał sowieckich towarzyszy do powołania wspólnej komisji historycznej do spraw trudnych, a także do wyrażenia zgody na renowację Cmentarza Orląt Lwowskich.
Reklama
W nowym klimacie politycznym nie tylko polscy dysydenci, lecz także przedstawiciele władz komunistycznych zaczęli przyglądać się materiałom dotyczącym całej serii spornych wydarzeń – przedwojennego mordu na przywódcach Komunistycznej Partii Polski, tajnych protokołów do paktu Ribbentrop-Mołotow, pokazowego procesu szesnastu przywódców Polskiego Państwa Podziemnego Armii oraz, rzecz jasna, zbrodni katyńskiej.
Ostatecznie 13 kwietnia 1990 roku sowiecka agencja informacyjna TASS wydała oświadczenie, w którym przyznano, że dokonana przez NKWD w 1940 roku egzekucja polskich oficerów była „jedną ze straszliwych zbrodni stalinizmu”.

Wkrótce potem zaproszono mnie na spotkanie w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, podczas którego szef resortu Douglas Hurd odszedł od długoletniej zasady „wstrzymywania się z oceną” w sprawie Katynia. Nie padły przy tym żadne przeprosiny. Brytyjscy oficjele, którzy chętnie wychwalali odwagę Michaiła Gorbaczowa, po minęli milczeniem własne wieloletnie tchórzostwo.
Pół wieku „kłamstwa katyńskiego”
W 1991 roku do publikacji w polskim tłumaczeniu gotowy był drugi tom Bożego igrzyska, którego wydanie blokowała wcześniej cenzura. Ustęp na temat Katynia opublikowano bez istotnych ingerencji w treść, natomiast z przypisem redakcyjnym, w którym uwagę czytelników zwrócono na fakt, że od chwili napisania tekstu minęło kilkanaście lat.
Reklama
W przypisie tym winą za popełnioną zbrodnię słusznie obarczono Sowietów, siłą rzeczy nie opisano w nim jednak szczegółów, które nie zostały jeszcze ujawnione. Dopiero rok później prezydent Rosji Borys Jelcyn przekazał prezydentowi Lechowi Wałęsie tak zwany pakiet nr 1 i ujawniono protokół z posiedzenia Biura Politycznego KPZR z 5 maja 1940 roku.
Świat dowiedział się wtedy, że rozkaz egzekucji 21 857 polskich jeńców wynikał z decyzji podjętej przez Stalina, Mołotowa, Woroszyłowa i Mikojana, a podpisał go niebieskim ołówkiem sam Stalin. „Kłamstwo katyńskie” utrzymało się przez pół wieku.
Źródło
Tekst stanowi fragment przedmowy Normana Daviesa do książki Jane Rogoyskiej pt. Katyń. Dziedzictwo (Pałac Dożów 2026). Przekład przedmowy: Bartłomiej Pietrzyk.
Stalinowska zbrodnia na Polakach

Ilustracja tytułowa: Modlitwa nad zbiorowymi mogiłami pomordowanych w Katyniu. Wiosna 1943 roku (domena publiczna).







