Tuwja Friedman u schyłku II wojny światowej uciekł z niemieckiego obozu pracy dla Żydów. Następnie jako Tadeusz Jasiński wstąpił do korpusu bezpieczeństwa, wmieszał się też w działalność przestępczą. Gdy w 1946 roku opuścił Polskę i zatrzymał się w Wiedniu niespodziewanie zaproponowano mu pracę dla Hagany – w charakterze łowcy nazistów, którzy uniknęli kary.
Poniższy tekst pochodzi z fabularyzowanej, ale opartej ściśle na źródłach historycznych książki Marka Łuszczyny – Bękarty Polski. Narracja jest prowadzona pierwszoosobowo, z perspektywy Tuwii Friedmana.
Wróciłem następnego dnia na ten sam komisariat i oznajmiłem, że [znany mi] zbrodniarz z Radomia [Konrad Buchmayer] nie tylko jest na liście jeńców, lecz także przechadza się po terenie obozu, pali papierosy, gra w brydża i wybucha salwami głośnego śmiechu. Wtedy siwy policjant ze smutkiem spojrzał mi w oczy i powiedział, że nie może go aresztować na podstawie jednego zeznania.
Reklama
„Przecież w Wiedniu jest jeszcze choćby Rakocz”, wydukałem a później, zamiast szukać pojedynczego grubego Żyda w wielkim mieście, poszedłem do Pałacu Rothschilda, w którym po przyjeździe widziałem przynajmniej dziesięciu ocalałych z radomskiego getta.
„Zaskrzeczał, że ma do mnie pilną sprawę”
Chciałem, żeby wszystko odbyło się bez zbędnej zwłoki, przystawiłem więc dwa krzesła do stołu w lobby i zapraszałem kolejno do składania zeznań tych, którzy pamiętali rozsmakowanego w zabijaniu Buchmayera.

Starannie spisywałem wspomnienia współbraci – pilnowałem, by nie uronić żadnego konkretu, żadnego szczegółu i uściślenia, a potem podsuwałem swoim rozmówcom kartki z prośbą o podpis na każdej stronie. Po dwóch godzinach przy moim stoliku przesłuchań zjawił się filigranowy Ben Tieholz, człowiek zarządzający pałacem. Zaskrzeczał, że ma do mnie pilną sprawę i zaprasza do swojego biura.
Przerwałem pracę niechętnie, a tamten uśmiechnął się dziwnie i puścił mnie przodem, kiedy wchodziliśmy do eleganckiej, pozłacanej windy. Na ostatnim piętrze skręcił w wąski korytarz prowadzący na poddasze i wtedy wiedziałem już, że nie idziemy do jego gabinetu. Zauważył moje wahanie, więc wsadził ręce do kieszeni i rozchylił poły marynarki w taki sposób, abym mógł zobaczyć kaburę.
Reklama
„Nie ma potrzeby, żeby robił pan widowisko na cały Wiedeń”
Na szczycie drewnianych schodów znajdowały się drzwi do niewielkiego, zakurzonego pokoju. Przez dwie dachowe lukarny wpadało do niego tak mało światła, że mężczyznę siedzącego przy biurku zauważyłem dopiero wtedy, kiedy włączył stojącą obok siebie lampę.
„Nie ma potrzeby, żeby robił pan widowisko na cały Wiedeń, Friedman. Nie powinien pan czuć się tutaj tak swobodnie jak w gdańskiej policji politycznej. Proszę usiąść”, powiedział po niemiecku. Nie leżały przed nim żadne dokumenty. Wpatrywał się we mnie wielkimi niebieskimi oczami.
Przez dłuższą chwilę nie wypowiedziałem ani jednego słowa, zaczął więc innym tonem: „Nie możemy się doczekać, aż zawieziemy cię do Palestyny, Tuwia, ale na razie potrzebujemy takich zdrowych, aktywnych i doświadczonych ludzi jak ty tutaj, w Wiedniu”. Przerwał na moment.

„Tak jak powiedziałem, działanie na widoku nie jest wskazane, wróg nie śpi, też ma swoich sprytnych ludzi. Dostaniesz osobny gabinet. Dyrektor Tieholz da ci później klucz, jak również dokument, który umożliwi ci swobodne poruszanie się pomiędzy Austrią a Niemcami, przez zachodnie strefy okupacyjne, naprawdę duża grupa Żydów z Radomia znajduje się bowiem w obozie dla dipisów pod Stuttgartem. Ich zeznania będą ci potrzebne nie tylko przez wzgląd na Konrada Buchmayera”.
„Mogę zapytać, z kim mam przyjemność?” Zerknąłem na Tieholza, który stał w kącie i bawił się zegarkiem na złotym łańcuszku. „Naturalnie. Nazywam się Asher Ben-Natan, jestem szefem austriackiej dyspozytury Hagany, organizacji, o której nic nie wiesz”. Otworzył szufladę biurka i wyjął z niej gruby zeszyt.
„W 1943 roku nasz dowódca w Jerozolimie wydał rozkaz, aby śmy zaczęli gromadzić dowody przeciwko mordercom, którzy brali udział w egzekucjach ludności żydowskiej w Europie. Jeżeli chodzi o Radom, nasz mały notes zawiera nie tylko nazwisko Buchamyera, ale także Richarda Schoegla, Herberta Bottchera i Wilhelma Bluma. Mamy tu tysiące takich jak oni.
Nazwiska tych niemieckich esesmanów i urzędników przekazali nam współbracia, którzy dotarli do Palestyny z obozów koncentracyjnych i gett. Stworzyliśmy całkiem spore archiwum morderców, aby mogli zostać postawieni przed sądem i ukarani za zbrodnie przeciwko naszemu narodowi”.
„Kieruję prośbę, abyście potraktowali pobyt w Austrii nieco inaczej, niż początkowo zakładaliście”
„Z całym szacunkiem, ale uganianie się za nimi wszystkimi tylko po to, by później ciągać ich po sądach, jest zajęciem pochłaniającym zbyt dużo czasu. Sądziłem, że Wiedeń stanowi dla mnie tylko krótki przystanek”, powiedziałem spontanicznie. Ben-Natan zerknął na mnie z uwagą, a później zaczął kartkować zeszyt. „Kilkudziesięciu wysoko postawionych zbrodniarzy przebywa w tej chwili w tym mieście i jego okolicach. Jak tylko uporacie się z tą radomską czwórką, zabierzecie się za resztę.
Reklama
Do wszystkich was kieruję gorącą prośbę, abyście potraktowali pobyt w Austrii nieco inaczej, niż początkowo zakładaliście”. „Do jakich nas?” „Po prostu spędzicie tu więcej czasu. Tego wymaga sytuacja. Naród stawia przed wami zadanie do wykonania”, kontynuował monotonnie, jakby mnie nie usłyszał. Powtórzyłem więc: „Do jakich nas, panie Ben-Natan?”
„Dostaniesz ludzi, Tuwia, ale nie będzie to odział zabójców. Musisz zapomnieć o swoich metodach z Polski. Żadnemu spośród tych Niemców nie może spaść włos z głowy”. – „Rozumiem, że decydują, jak zawsze, względy polityczne”, stwierdziłem. Skinął głową.

„Decydują właśnie te względy, tyle że tym razem liczenie się z nimi może doprowadzić Żydów do posiadania własnego, niepodległego państwa. Każdy z tych zbrodniarzy ma być schwytany i osądzony na sali, na której będzie tłum dziennikarzy z całego świata, bo właśnie wszyscy mieszkańcy Ziemi mają się dowiedzieć, co spotkało w ostatnich latach naród żydowski. Nie możecie zatem próbować swoich polskich metod, nie możecie się mścić ani porywać dzieci poukrywanych Niemców, by zmusić ich takimi działaniami do wyjścia z nor”.
Przesunął notes w moją stronę. „To dlatego, że nie zabiłem syna Buchmayera, tylko poszedłem na policję i zacząłem zbierać świadectwa? Dlatego ja?” Ben-Natan skinął głową. „Dlatego też, że chcąc nie chcąc przeszedłeś najlepsze przeszkolenie śledcze spośród wszystkich naszych ludzi, którzy są w tej chwili w Wiedniu”.
Reklama
Wyjął z szuflady cygaro i obciął jego koniec puncherem. „Nie będziemy się często widywać, Tadek. Mam na głowie nie tylko Haganę, ale i całą austriacką Brichę. Sprawy osadnicze pochłonęły mnie tak bardzo, że dopiero teraz przyszedł czas na zajęcie się sprawiedliwością, więc jeżeli masz jakieś pytania, zadaj je teraz”. „Jak zrozumiałem, nie chodzi o sprawiedliwość, tylko o spektakl dla prasy”, rzuciłem.
Westchnął ciężko, jak gdyby był zmuszony ponownie tłumaczyć łatwe zadanie mało zdolnemu uczniowi: „Naszym głównym celem jest przekonanie Brytyjczyków, by przestali balansować pomiędzy poparciem dla syjonizmu a obawami o reakcję świata arabskiego i zgodzili się na powstanie państwa żydowskiego”. Podniósł na mnie ciężki, zmęczony wzrok.
Otworzyłem notes i przeczytałem nazwisko otwierające listę: Adolf Otto Eichmann. Ostatnio widziany: Wiedeń, Austria.
Źródło
Powyższy tekst stanowi fragment książki Marka Łuszczyny pt. Bękarty Polski (Znak Literanova 2026).
Norymberga była daleko








