Dziś Kalifornia to zagłębie technologii, przemysłu filmowego i miliarderów. Nim jednak rozwinął się tam amerykański sen, doszło do przerażającego ludobójstwa, o którym dziś USA wolałoby nie pamiętać. Aby zająć ziemię, nowi osadnicy musieli pozbyć się rdzennych mieszkańców którzy żyli tam od stuleci. Jak opisuje Malcolm Harris w książce Palo Alto, rozpalona słońcem ziemia spłynęła krwią.
W obozach granicznych poszukiwacze złota tworzyli prowizoryczne zasady współżycia. Tymczasowe stowarzyszenia wolnych ludzi rozstrzygały spory o dobytek i powstrzymywały działania odwetowe między poszukiwaczami złota – przeczytać o nich można w relacji Charlesa Howarda Shinna z 1885 roku Mining Camps: A Study in American Frontier Government.
Reklama
Była to jednak samoorganizacja typowa dla Anglosasów czy Kalifornijczyków, którzy stanowili mniejszość w ciżbie poszukiwaczy złota. Złoto było cenionym kruszcem niemal na całym świecie i przyciągało ludzi ze wszystkich jego krańców: francuskich awanturników, chińskich poszukiwaczy fortuny, doświadczonych poszukiwaczy złota z Chile i północnomeksykańskiej Sonory.
„Trudności z takimi cudzoziemcami były nieuniknione – pisał Shinn – i pomogły zjednoczyć Amerykanów we wspólny front”. Pozbawianie cudzoziemców i Indian praw do złota stało się racją bytu lokalnych rad poszukiwaczy złota, a z czasem rządu Złotego Stanu.

Kalifornia od początku była więc kartelem białych, a przynależność narodowa definiowała prawo dostępu do ziemi. W 1850 roku uchwalono ustawę Foreign Miners’ Tax Act, która nakładała na cudzoziemców miesięczną opłatę za korzystanie z ziemi.
Nie było to złe rozwiązanie dla, powiedzmy, francuskich poszukiwaczy złota, którzy (za opłatą) mogli teraz zabezpieczyć swoje prawa do ziem, gdzie poszukiwali złota, skąd dawniej Anglosasi mogliby ich po prostu przepędzić siłą. Ochrona ta jednak nie obejmowała wszystkich. Stanowe kodeksy cywilne i karne nie brały pod uwagę zeznań Indian i czarnoskórych w sprawach przeciwko białym.
Jako że niebiali nie mogli zeznawać w sądzie, nie mogli też się tam bronić przed białymi łupieżcami – nie mieli do ziemi praw, które biały człowiek byłby zobowiązany uszanować. W 1853 roku George Hall odwołał się do Sądu Najwyższego Kalifornii od wyroku skazującego go za morderstwo poszukiwacza złota Ling Sanga, a sędziowie przyznali mu rację, zgadzając się w orzeczeniu popartym osobliwą „naukową” teorią rasową, że Chińczycy również nie mogą zeznawać przeciwko białym, gdyż otworzyłoby to drogę do pełnej równości obywateli wobec prawa.
Reklama
W wyniku tego biali w Kalifornii mogli zgodnie z prawem swobodnie zabijać niebiałych, o ile tylko nie protestowali przeciwko temu inni biali. Rządy poszukiwaczy złota i państwo, które z czasem zbudowali, nie powstrzymały przemocy, lecz jedynie ją podsycały, ukierunkowywały i organizowały według linii podziałów rasowych.
Skoro państwo prawnie sankcjonowało supremację białych, amerykańscy poszukiwacze złota uczynili z ataków na Indian swą narodową misję. Przez kilkadziesiąt lat od początku gorączki złota osadnicy w imię swojego kraju mordowali i plądrowali, organizując się w oddziały łowieckie na Indian, które domagały się zapłaty za swą działalność od władz stanowych, a te z kolei od rządu federalnego.

Kooperacja władzy państwowej z oddolną przypominała tę, która napędzała bunt Flagi Niedźwiedzia i kampanię Frémonta, teraz jednak z dodatkowym wsparciem ze strony państwa. Pierwszy cywilny gubernator Kalifornii, Peter Burnett, tłumaczył w swoim orędziu o stanie państwa z 1851 roku, że „biały człowiek, dla którego czas to pieniądz, i który ciężko pracuje cały dzień, by tworzyć wygody życia, nie może czuwać całą noc nad swoim mieniem. Po kilku kradzieżach w desperacji decyduje się wejść na wojenną ścieżkę eksterminacji”.
Za sprawą ustawy z 1855 roku zapewnił bezpośrednie wsparcie dla kampanii ludobójstwa, nakładając coroczny podatek w wysokości dwudziestu pięciu centów na wszystkich białych mężczyzn w wieku poborowym, którzy nie wstąpili do zwalczających Indian milicji, a rok później ustawodawca podwoił tę kwotę.
Reklama
Największa zachęta pochodziła jednak ze strony rządu federalnego: ustawa Bounty Land Act z 1855 roku oferowała sto sześćdziesiąt akrów ziemi każdemu żołnierzowi lub członkowi milicji, który walczył przez co najmniej dwa tygodnie. Jak można się było spodziewać, kalifornijskie milicje ruszały na pseudokampanie przeciwko bezbronnym Indianom, zabijały po kilku naraz i konfiskowały ich ziemię.
Zabijali za kawałek ziemi
Dzięki tym nadaniom osadnicy zobaczyli dla siebie w Kalifornii przyszłość i posuwali się w głąb lądu oraz na północ, wypierając coraz większą liczbę społeczności plemiennych z ich terytoriów, które milicjanci otrzymywali w ramach zapłaty. Bounty Land Act był zapowiedzią Homestead Act z 1862 roku, oferującego tak samo sto sześćdziesiąt akrów osadnikom, którzy spędzili pięć lat na ulepszaniu ziemi, zrównując tę pracę z dwutygodniowym wypadem na Indian.

Natomiast dzięki poparciu senatora z Luizjany (i przyszłego sekretarza stanu Konfederacji) Judaha P. Benjamina rząd federalny słał setki tysięcy dolarów do stanu na spłatę „długu wojennego” Kalifornii. Był to pod każdym względem amerykański sposób podboju – w świetle prawa, działka po działce. Na skradzionej ziemi poszukiwacze złota zasiewali pszenicę, jęczmień i owies – mniej cenne niż ten kruszec, choć równie klasyczne – społeczeństwo jednak nie było gotowe na gospodarkę plantacyjną.
Aby zostać dystyngowanymi posiadaczami ziemskimi, osadnicy potrzebowali siły roboczej, a ludzi skorych do pracy było niewielu. W rezultacie nawet wysiedleni Indianie (stanowiący większość potencjalnych pracowników najemnych) otrzymywali wysokie płace.
Reklama
Anglosasi wpadli na ten sam pomysł co szwajcarski psychopata Johann Sutter: praca przymusowa, zniewolenie. Podczas gdy wolni robotnicy zarabiali co najmniej dolara dziennie, farmerzy mogli kupić od handlarzy indiańskich jeńców za niewiele więcej niż miesięczne wynagrodzenie.
Niewolnictwo pod inną nazwą
Czarni niewolnicy na Południu kosztowali powyżej tysiąca dolarów za osobę, lecz plantatorzy mogli dostać porwanych Indian kalifornijskich za mniej niż sto dolarów. Na wybrzeżu praktycznie nie było żadnych białych kobiet, biali mężczyźni zniewalali więc indiańskie kobiety i dzieci do pracy domowej, w tym seksualnej. Kampanie milicji wypędzały Indian z ich ziem do anglosaskich domów i pól.

Niewolnictwo było nielegalne, ale zeznania Indian również, toteż na początku lat 60. XIX wieku w Kalifornii nasiliły się wypady po niewolników, które – wraz z postępem technologicznym w wydobyciu złota i rolnictwie zbożowym – ostatecznie obniżyły ceny indiańskiej pracy najemnej.
Do 1870 roku, ledwie dwadzieścia lat od początków gorączki złota, kalifornijscy osadnicy wymordowali 80% indiańskiej ludności, redukując ją ze stu pięćdziesięciu tysięcy do trzydziestu tysięcy osób podczas „być może najbardziej ekstremalnej katastrofy demograficznej wszech czasów”, jak ujęła to historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz. Komentując publiczne znęcanie się nad młodym indiańskim robotnikiem rolnym, którego w 1865 roku ciągnięto za koniem w hrabstwie Mendocino, reporter z Sacramento szydził z rzekomego zakazu pracy przymusowej: „Tyle w temacie niewolnictwa w Kalifornii”.
Ta książka pozwoli ci zrozumieć fenomen Kalifornii








