Życie polskiego chłopa z dawnych wieków zaczynało się i kończyło w chacie. Można by pomyśleć, że to banał i truizm. Tak samo przecież życie mieszczanina toczyło się w kamienicy, a szlachcica we dworze. A jednak chodzi o coś więcej, znacznie więcej.
Przedstawiciel miejskiego plebsu mógł przez całe życie nawet kilkanaście razy przenosić się z miejsca na miejsce, szukać sobie kąta w tej czy innej suterenie.
Reklama
Ziemianin, choć miał swoje hołubione gniazdo rodzinne, to nie tkwił tam przecież bez ustanku. Jeśli pozwalała mu na to zasobność szkatuły, jeździł po przyjaciołach, odwiedzał nawet dalekie kraje, brał udział w sejmikach, zabawiał się w mieście.
Tylko jedna, ale najliczniejsza, warstwa społeczeństwa była pozbawiona swobody ruchu.

Zamknięty świata polskich chłopów
Chłopi, w czasach nowożytnych przywiązani do gruntu, nie mieli prawa opuszczać wsi, szukać lepszego miejsca do życia. Egzystencję wiązali z konkretnym skrawkiem gruntu i z jedną zagrodą, zwykle zresztą należącą formalnie nie do nich, lecz do pana.
Zniesienie pańszczyzny i poddaństwa, uskutecznione na całych ziemiach polskich w drugiej połowie XIX stulecia, nie zmieniło radykalnie tego stanu rzeczy. Może i chłopom nikt nie bronił już szukać szans na poprawę losu poza gromadą, ale nędza i wielowiekowy obyczaj każący myśleć o wszystkim, co obce i dalekie, z nieufnością, robiły swoje.
Reklama
Chłopstwo pozostało najbardziej statyczną, nieruchliwą częścią populacji. Choć ten komentarz należy rozumieć właściwie.
Wyjazd dla zdesperowanych
W obliczu głodu i skrajnej desperacji ogromne rzesze opuszczały wieś, ale na ogół ruch następował w jednym kierunku. Emigracja za chlebem, która w latach 1860–1914 objęła nawet ponad 2 miliony polskich chłopów, prowadziła do Austrii, Niemiec, Francji, a najczęściej aż do Ameryki.

Zza oceanu wracała nie więcej niż jedna trzecia tułaczy. A i z tego zaledwie cząstka znów zmierzała do rodzinnej wioski.
Trudno się dziwić, bo wyjeżdżali nie gospodarze i gospodynie, mający choćby skromne źródło utrzymania, ale młodsi synowie, oraz rzadziej córki, pozbawieni spłachetka gruntu i domu. Ci, którzy w razie pozostania na przeludnionej wsi byliby zmuszeni mieszkać kątem u obcych, szukać jakiegokolwiek dorywczego zajęcia, stale zmagać się nie tylko z biedą, ale i głodem.
Reklama
Kto mógł żyć jako chłop – a więc kto miał zagon i swoją chatę lub przynajmniej plac, na którym byłby w stanie ją zbudować – niemal nigdy nie decydował się na wyjazd. I to nie tylko w sensie emigracji.
Świat kończył się w odległości 20 kilometrów
Typowy gospodarz unikał też jakichkolwiek wyjazdów dalej niż na najbliższy jarmark lub do lokalnego miejsca pielgrzymkowego. Swoje życie dzielił między chałupę i pole, poza tym odwiedzając głównie kościół i wiejską karczmę, odległą na ogół o nie więcej niż kilka minut spacerem od domu.

Antropolog Ludwik Stomma wyliczył nawet swego czasu, że „zaledwie 2,5–4% chłopów miało okazję wydostać się kiedykolwiek w życiu poza granice” tego, co nazywali „swoim światem”, a więc poza „rejon o promieniu nie większym niż 15–20 kilometrów”.
I szacunek ten odnosi się nie do epoki pańszczyzny, ale do czasów po uwłaszczeniu – gdy były już koleje żelazne, a wielkie miasta pęczniały w oczach, stale potrzebując nowych mas robotników.
***
Powyższy tekst powstał na podstawie książki Kamila Janickiego pt. Życie w chłopskiej chacie (Wydawnictwo Poznańskie 2024).
Jak naprawdę żyli nasi chłopscy przodkowie?








