Ślub w średniowieczu (fot. domena publiczna).

Zawlekła go przed sąd, a później do kościoła. Tak zawierano średniowieczne małżeństwa?

Strona główna » Średniowiecze » Zawlekła go przed sąd, a później do kościoła. Tak zawierano średniowieczne małżeństwa?

Jeśli wydaje wam się, że średniowieczny ślub wyglądał mniej więcej tak, jak współczesne zawarcie małżeństwa, grubo się mylicie. Zaskakujące zasady wkroczenia pary na nową drogę życia opisuje Anna Brzezińska w książce Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny. Niejaka Stana wzięła sprawy w swoje ręce. Niechętny do żeniaczki kochaś został przez nią zawleczony przed ołtarz z małym przystankiem w sądzie.

W kwestii małżeństwa panowało w średniowieczu niejakie zamieszanie. Z dawien dawna postrzegano je jako relację dwóch rodzin, powiązanych – lub raczej właśnie się wiążących – wspólnymi interesami politycznymi i ekonomicznymi.


Reklama


W podejmowaniu decyzji matrymonialnych kluczową rolę odgrywały głowy tychże rodzin, inicjujące związek i negocjujące go, czasami za pośrednictwem krewnych, sąsiadów czy dziewosłębów. Dobrzy rodzice nie lekceważyli całkowicie uczuć swoich dzieci, ale moraliści przekonywali, że porządna chrześcijańska miłość przychodzi po ślubie, a cokolwiek tam nucą trubadurzy, tak poważnych spraw jak strategie małżeńskie nie można pozostawiać kaprysom podfruwajek i gołowąsów.

Kościół natomiast konsekwentnie przekonywał, że małżeństwo powinno być monogamiczne i nierozwiązywalne, a co Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela. Pierwsze pokolenia chrześcijan oczekujących rychłej paruzji, czyli triumfalnego powrotu Chrystusa na ziemię, spoglądały na nie cokolwiek podejrzliwie, bo wydawało im się ziemską i nieistotną błahostką w obliczu końca czasów. Potem zyskało jednak pewien szacunek jako remedium na rozliczne grzechy wynikające z lubieżności i bezpieczna przystań dla złaknionych seksu, choć wyłącznie godnego i nastawionego na prokreację.

XVI-wieczne małżeństwo szlacheckie. Rysunek Juliusza Kossaka
XVI-wieczne małżeństwo szlacheckie. Rysunek Juliusza Kossaka

Wprawdzie czystość pozostawała najwyższym ideałem dla wszystkich, lecz jak melancholijnie przyznawał Święty Paweł, jeśliby wyznawcy Chrystusa nie potrafili zapanować nad sobą, niechże wstępują w związki małżeńskie, jako że lepiej żyć w małżeństwie, niż płonąć.

Duchowni przyszli też nieoczekiwanie w sukurs zakochanej młodzieży, błogosławiąc związki zawierane wbrew woli rodziców. Kościół głosił mianowicie, że do zawarcia małżeństwa wystarczy, jeśli mężczyzna i kobieta dobrowolnie na nie przystaną. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że małżonkowie muszą osiągnąć wiek zgody – zazwyczaj w średniowieczu ustalano go na dwanaście lat dla kobiety, czternaście dla mężczyzny – i bez przymusu zgodzić się na zawarcie związku.


Reklama


Biskup Wojciech Jastrzębiec, ani chybi na bazie doświadczenia życiowego, doprecyzowywał w statutach z 1423 roku, że nie, po pijaku ani w stanie furii się nie da. Dobrowolność musi się objawiać na trzeźwo. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa były to dla nawracanych ludów zaskakujące i nowe idee. Wierni przyjmowali je z ograniczonym entuzjazmem. Kościół włożył ogromną pracę duszpasterską, by przekonać wielkich tego świata, że nie dość, że muszą się ograniczyć do jednej żony – choć mogliby utrzymać ze cztery i jeszcze parę konkubin – to na dodatek nie mogą dowolnie oddalić bezpłodnej małżonki i co gorsza, zmusić własnej krnąbrnej córki do zamążpójścia.

Innymi słowy, prawo kanoniczne sprzeciwiało się aranżowaniu małżeństw przez rodziców, podkreślając doniosłość wolnej woli i wchodząc w donośną kolizję z władzą rodzica nad potomstwem.

Poniższy tekst jest fragmentem nowej książki Anny Brzezińskiej "Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny", która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.
Poniższy tekst jest fragmentem nowej książki Anny Brzezińskiej „Cierpliwe Genowefy, bezwstydne Magdaleny„, która właśnie ukazała się nakładem wydawnictwa Marginesy.

W teorii oczywiście te idee nie były sprzeczne, wszak Kościół nauczał, by dzieci były posłuszne rodzicom, bo to sprawiedliwe. Gdyby jednak te słowa Świętego Pawła nie skłoniły krnąbrnej dziatwy do namysłu, rodzice mieli dodatkowe środki perswazji: to oni decydowali o majątku. Nieposłuszne panny, zawierające małżeństwa wbrew woli rodziców, musiały się liczyć z utratą posagu, synowie – z wydziedziczeniem.

Niemniej ich małżeństwo, choćby poprzedzone ucieczką spod ojcowego dachu, pozostawało w oczach Kościoła wiążące – oczywiście jeśli nie zaszła żadna przeszkoda kanoniczna. Ale Stana miała problem innego rodzaju. Otóż upragnioną zgodę na małżeństwo można było w średniowieczu wyrazić na dwa sposoby: per verba de presenti, czyli mówiąc: „biorę sobie ciebie za męża/żonę”, albo per verba de futuro, czyli mówiąc: „wezmę sobie ciebie za męża/żonę”.


Reklama


W tym drugim przypadku obietnicy dopełniało skonsumowanie związku, to znaczy pożycie. Rzeczy miały bowiem swój rytm. Małżeństwa możnych, patrycjuszy czy nawet zasobnego chłopstwa dojrzewały powoli, negocjowano wysokość posagu, spisywano umowę małżeńską, przekazywano posag, składano przysięgę małżeńską i wreszcie przeprowadzano pannę młodą do nowego domu oraz urządzano pokładziny. Zwyczaje weselne w poszczególnych rejonach Europy różniły się, wszędzie jednak obrastały rytuałami i uczestniczyła w nich – z mniejszej lub większej odległość – lokalna społeczność. Jawność  była kluczowa, by nikt nie mógł w przyszłości podważać istnienia małżeństwa, a tym samym prawowitego pochodzenia zrodzonego w nim potomstwa.

Ale wszystkie te ceremonie i symbole nie stanowiły o ważności małżeństwa. Wystarczyła obopólna zgoda. Małżonkowie nie musieli jej wyrazić w kościele, rodzinnej kaplicy ani nawet w obecności kapłana czy świadków. Niekiedy towarzyszyła tej chwili wymiana wianków czy pierścieni lub inne miejscowe obyczaje. Nie były jednak konieczne. Jeśli mężczyzna i kobieta wyrażoną dobrowolnie chęć zawarcia małżeństwa przypieczętowali pożyciem, ich związek stawał się nierozerwalny, nawet jeśli wszystko odbyło się bez obecności księdza, poza parafią małżonków, bez świadków, zapowiedzi, ksiąg parafialnych  i tym podobnych nowoczesnych wynalazków.

Biskup na XV-wiecznej miniaturze (fot. domena publiczna)
Biskup na XV-wiecznej miniaturze (fot. domena publiczna)

Władze kościelne oczywiście bardzo wcześnie jęły wzywać, by małżeństwa zawierano w obliczu Kościoła. W Polsce już w 1197 roku domagał się tego legat papieski Piotr z Kapui, wyrywając się znacznie przed ogólne ustawodawstwo. Jednakże wierni odnosili się do tych oczekiwań bez większego nabożeństwa i formę zawierania małżeństwa ujednolicił dopiero sobór trydencki (1545-1563), choć wdrożenie uchwalonego wówczas dekretu Tametsi i przełożenie go na diecezjalną praktykę zajęło jeszcze dużo czasu.

Sęk w tym, że jeśli nie było świadków, nikt nie mógł potwierdzić, jakie dokładnie słowa zostały wypowiedziane i czy para cokolwiek sobie obiecała, czy też po prostu odda- wała się grzesznym przyjemnościom bez żadnego związku z małżeństwem. Poniewczasie partnerzy miewali w tej kwestii zaskakująco odmienne zdanie. Nie zawsze wynikało to z przebiegłości.


Reklama


Słodkie słówka wypowiadane w przytulnej stajence lub zagajniku podczas wspólnych poszukiwań kwiatu paproci łatwo stawały się wiążącą obietnicą małżeństwa, zwłaszcza jeśli jedna strona pragnęła ją usłyszeć. Gdy zaś w upalną czerwcową noc po słodkich słówkach nastąpiło wzajemne przetrząsanie przyodziewku w poszukiwaniu mrówek oraz nieco bardziej zaawansowane pieszczoty, kochankowie budzili się o brzasku jako małżonkowie, bo Kościół potępiał sekretne małżeństwa, ale je uznawał.

Niektóre słowa miały w średniowieczu wagę. Można rzec: dożywotnią. Zwyczajnym ludziom różnica pomiędzy złożeniem obietnicy małżeństwa, czyli zaręczynami, a zawarciem małżeństwa, albo pomiędzy małżeństwem a konkubinatem, konkubinatem a prostytucją czy wreszcie pomiędzy miłostką a zwyczajowym małżeństwem zawartym przez mężczyznę i kobietę samodzielnie, bez świadków i kościelnego błogosławieństwa, łatwo się rozmywała. Pomimo wielu wieków wysiłków księży i mnichów, kazań, exemplów i umoralniających traktatów, wierni nadal uważali, że jeśli związek okazał się dramatycznie nieudany, małżonkowie mogą się rozejść i szukać szczęścia z kimś innym, po czym dziwili się w sądzie, chyba całkiem szczerze, gdy im zarzucano bigamię. Najlepszym reprezentantem tych prostych ludzi wydaje się pewien marynarz, który pytany w sądzie patriarchy Wenecji, czy jest żonaty, odpowiedział niepewnie: „A może i tak … ”.

Dynastyczny ślub na flamandzkiej miniaturze z XV wieku.
Dynastyczny ślub na flamandzkiej miniaturze z XV wieku.

W niższych warstwach społecznych uważano również, że chłopak i dziewczyna, jeśli zostali sobie przyobiecani, mają prawo przybywać w swoim towarzystwie i – jeśli byli dorośli – utrzymywać kontakty seksualne, budując tym samym więź i zbliżając się do siebie. Zdarzało się tak często i nie wzbudzało oburzenia nawet po soborze trydenckim. Lecz czas pomiędzy zawarciem a upublicznieniem małżeństwa pozostawał niezmiernie niebezpieczny dla kobiety, bo to ona głównie ponosiła konsekwencje ewentualnej ciąży. Właśnie dlatego rozumni rodzice nalegali na jak najszybsze i jak najhuczniejsze ogłoszenie związku. Póki pozostawał sekretny, mężczyzna mógł się wciąż wycofać.

Możliwe, że właśnie to usiłował zrobić Bartosz Stefan, oddaliwszy się wraz ze srebrnym pierścionkiem oraz wiankiem Stany w nieznanym kierunku. W takich okolicznościach najskuteczniejszym obrońcą damy w potrzebie okazywał się Kościół. W czasach Stany sprawami małżeńskimi zajmowały się bowiem w Polsce – i nie tylko tutaj – sądy kościelne. Zazwyczaj z żądaniem dopro- wadzenia do dotrzymania obietnicy małżeństwa stawiały się przed nimi niewiasty, ewidentnie wysoko ceniąc sobie status mężatki. Mężczyźni zabiegali przed sądem o przymuszenie do małżeństwa niesłownych panien lub wdów raczej rzadko, zazwyczaj gdy majątek kandydatki na żonę uzasadniał tę fatygę.


Reklama


W sądzie Stana zreferowała więc swe smutne przypadki (przed)małżeńskie, a sądowy skryba spisał je zwięźle: Bartosz Stefan obiecał, na znak prawdziwego małżeństwa otrzymał od niej srebrny pierścionek i poznał ją cieleśnie, po czym pierzchł, toteż powódka żąda, by go do małżeństwa przymuszono. Takie sprawy przybierały różny obrót. Niekiedy mężczyzna stanowczo zaprzeczał, a wówczas na powódce spoczywał ciężar dowodu.

Albo okazywało się, że – atrakcyjnym kawalerem będąc – składał liczne obietnice, wobec tego nieszczęsny oficjał musiał rozsądzić, która z kandydatek na żonę ma przed innymi pierwszeństwo. Lub wychodziło na jaw, że rzekomy kawaler ma już gdzieś ślubną małżonkę, o czym chwilowo zapomniał.

Ślub w średniowieczu (fot. domena publiczna).
Ślub w średniowieczu (fot. domena publiczna).

Wtedy kobieta mogła żądać jedynie odszkodowania za utracone dziewictwo. Wezwany Bartosz Stefan zachował się jednak nader przyzwoicie i obietnicy małżeństwa się nie wyparł. Przyznał również, że wziął pierścionek. Zaprzeczył jedynie, by doszło do współżycia.

Lecz sąd ewidentnie uznał, że wobec zgodności – względnej – świadectw obojga zainteresowanych niepotrzebne są zeznania świadków ani inne prawne zachody. Natychmiast wysłano ich do kościoła, gdzie udzielono im ślubu w obecności świadków. Nie do końca jest jasne, dlaczego potrzebowali aż sądu konsystorskiego, by się dogadać. Niemniej w tej sprawie ujawnia się bardzo istotny, mediacyjny aspekt średniowiecznego sądownictwa. Cóż, może wybranek Stany był z natury nieco nieśmiały i potrzebował delikatnej sądowej perswazji.

Poznaj niezwykłe kobiety średniowiecza

Autor
Anna Brzezińska

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka to Życie w chłopskiej chacie (2024). Strona autora: KamilJanicki.pl.

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.