To co wydarzyło się w wigilijną noc 1976 roku na szosie między Połańcem a Zrębinem zapisało się w historii polskiej kryminalistyki. Mimo że świadków było kilkudziesięciu nikt nie chciał mówić. Zmowa milczenia sprawiła, że sprawcy niemal uniknęli kary
Kiedy 18-letnia Krystyna Łukaszek, jej mąż Stanisław oraz 12-letni brat Mieczysław Kalita wyruszali na pasterkę ze Zrębina do sąsiedniego Połańca nie mieli pojęcia, że grozi im jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Podróżowali w końcu z kilkudziesięcioma sąsiadami dwoma autobusami, które podstawił najzamożniejszy chłop we wsi, Jan Sojda.
Reklama
Urażona duma najbogatszego chłopa
Liczący 48 lat gospodarz wraz ze swym szwagrem Józefem Adasiem oraz zięciami Jerzym Sochą i Stanisławem Kulpińskim uknuli jednak plan okrutnej zbrodni. Miała być to zemsta za wydarzenia do jakich doszło kilka miesięcy wcześniej na weselu Krystyny i Stanisława.
Siostra Sojdy i jednocześnie żona Adasia, która pomagała w kuchni, została wówczas oskarżona o kradzież wędlin i mięsa. Według zachowanych relacji w grę mogły wchodzić również animozje między Sojdą a rodziną Kalitów sięgające jeszcze drugiej połowy lat 40. XX wieku.

Posiadacz jedynego we wsi traktora oraz telefonu uznał, że zmaże doznaną zniewagę, mordując troje niewinnych ludzi. Co więcej miał zamiar dokonać tego na oczach kilkudziesięciu świadków, którzy podczas pasterki nie zmieścili się w kościele i pozostali w autobusie pijąc alkohol.
Nikt nie pomógł ofiarom
Pierwszym etapem planu było wywabienie ofiar z nabożeństwa. Uczyniono to mówiąc Krystynie, że jej „ojciec rozrabia w domu po pijaku”. W tej sytuacji młoda kobieta wraz z siedem lat starszym mężem oraz nastoletnim bratem postanowiła wracać do domu. Sojda nie wpuścił ich jednak do pojazdu. Dlatego cała trójka podążyła pieszo w liczącą ponad 3 kilometry drogę.
Reklama
Nigdy nie dane było im dotrzeć do celu. Wkrótce ich śladem ruszył, prowadzony przez Adasia autobus. Za nim jechał drugi San H100. Kolumnie przewodził zaś Fiat 125p, za kierownicą którego siedział Jerzy Socha. Aby uzasadnić przedwczesny wyjazd Sojda powiedział sąsiadom, że skończyła się wódka i trzeba uzupełnić jej zapas.
Kiedy kawalkada dogoniła trójkę piechurów duży fiat z impetem wjechał w Mieczysława, łamiąc mu nogi. Chłopiec jednak przeżył. W momencie, gdy będąca w piątym miesiącu ciąży Krystyna podbiegła do brata, aby udzielić mu pomocy jej mąż został zaatakowany kluczem do zmiany kół i zatłuczony na śmierć.

Młoda kobieta próbowała uciec, ale i ona wkrótce wpadła w ręce oprawców i wyzionęła ducha pod ich ciosami. Kiedy małżonkowie już nie żyli dobito Mieczysława przejeżdżając po jego ciele samochodem. Nikt z kilkudziesięciu świadków tego makabrycznego spektaklu nie próbował powstrzymać oprawców.
Zacieranie śladów zbrodni
Po dokonaniu zbrodni Sojda i jego pomocnicy kazali ludziom przesiąść się do drugiego autobusu, sami zaś umieścili ciała ofiar w pojeździe Adasia. Następnie przewieźli je niespełna dwa kilometry dalej pozorując wypadek. W tym celu przejechali po zwłokach brata i męża Krystyny. Ją samą zaś rozebrali inscenizując próbę gwałtu. Porzucili tam również pojazd.
Reklama
Jednocześnie wymuszono na świadkach groźbami i sowitymi łapówkami przysięgę milczenia, którą składano na krzyż. Dodatkowo mieszkańcy Zrębina podpisywali się własną krwią z nakłutych palców, pieczętując tym samym obietnicę, że nikomu nic nie powiedzą. Gdy wszyscy na to przystali wrócono pod kościół.
Teraz przyszła kolej na zawiadomienie milicji o rzekomej kradzieży autobusu i odkryciu w drodze powrotnej miejsca „wypadku” z porzuconym pojazdem. Funkcjonariusze i przybyły na miejsce prokurator popełnili szereg błędów, w ogóle nie podejrzewając Sojdy i jego kompanów.

Również – najwidoczniej przeprowadzona bardzo pobieżnie – sekcja zwłok nie wskazała na morderstwo z premedytacją lecz wypadek. Ofiary zostały więc pochowane jeszcze przed nowym rokiem, a jedną z trumien niósł człowiek odpowiedzialny za całą zbrodnię. Niedługo potem wydano także z milicyjnego depozytu autobus, który od razu trafił do kasacji.
Wyroki w zbrodni połanieckiej
Przez kilka miesięcy wydawało się więc, że morderców nie spotka żadna kara. W pewnym momencie jeden ze świadków jednak pękł i wyznał prawdę milicji. Następnie odebrał sobie życie. Ale to wystarczyło, aby prokuratura wydała nakaz ekshumacji ofiar w maju 1977 roku. Ponowna sekcja jasno wskazywała na to, że Krystyna i jej mąż zginęli od licznych uderzeń tępym przedmiotem.
Reklama
Tymczasem Sojda po raz kolejny wymógł na świadkach zbrodni milczenie. Oferując przy tym pokaźne sumy, będące równowartością średnich zarobków z kilku miesięcy. Brak współpracy ze strony przesłuchiwanych utrudniał śledztwo, w końcu jednak mordercy trafili przed oblicze sprawiedliwości.
Nawet jednak na sali sądowej wielu świadków składało fałszywe zeznania. Dlatego aż osiemnaścioro z nich czekała kilkuletnia odsiadka. Co się zaś tyczy czterech głównych oskarżonych to po trwającym ponad rok procesie zostali oni skazani w listopadzie 1979 roku na śmierć. Później w przypadku Jerzego Sochy i Stanisława Kulpińskiego karę zamieniono na odpowiednio 25 i 15 lat za kratami.
Na łaskę nie mogli za to liczyć Sojda i Adaś. Zostali oni powieszeni 23 listopada 1982 roku w Krakowie. Zbrodnia połaniecka przeszła zaś do historii jako największa zmowa milczenia w dziejach PRL.
Inspiracja
Inspiracją do napisania tego artykułu stała się powieść Grzegorza Wielgusa pt. Połaniecka. Największa zmowa milczenia w historii PRL (Initium 2026).
Historia na faktach

Bibliografia
- Kazimierz Kunicki, Tomasz Ławecki, Zagadki kryminalne PRL, Bellona 2017.
Ilustracja tytułowa: Zdjęcie wykonane przez milicję podczas wizji lokalnej w 1978 roku.







