Sowieckie zbrodnie na polskich żołnierzach podczas II wojny światowej nierozerwalnie kojarzą się nam z losem, jaki Stalin i jego podwładni zgotowali wiosną 1940 roku wziętym do niewoli oficerom Wojska Polskiego. Armia Czerwona jednak popełniała masowe zbrodnie na jeńcach już we wrześniu 1939 roku. Przypomina o tym doktor Leszek Pietrzak w książce pt. Zakazana historia Sowietów.
Tuż po wkroczeniu do Polski Armia Czerwona dopuszczała się zbrodni wojennych. W pierwszej kolejności dotyczyły one polskich oficerów i żołnierzy. Rozkazy Armii Czerwonej pełne były apeli do ludności cywilnej nawołujących do mordowania polskich żołnierzy, których przedstawiały jako jej wrogów.
Reklama
Śmierć generała Olszyny-Wilczyńskiego
Zachęcano również zwykłych żołnierzy do mordowania oficerów. Takie rozkazy wydawał m.in. dowódca frontu ukraińskiego marszałek Siemion Tymoszenko. Była to wojna prowadzona wbrew międzynarodowemu prawu i wszelkim konwencjom. Dzisiaj nawet polscy historycy nie są w stanie wiarygodnie ocenić skali sowieckich zbrodni we wrześniu 1939 r.
O wielu przypadkach bestialstwa i brutalnych morderstwach na polskich żołnierzach mogliśmy się dowiedzieć dopiero po kilkudziesięciu latach, dzięki relacjom żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń. Tak było m.in. w przypadku dowódcy Korpusu nr III w Grodnie gen. Józefa Olszyny-Wilczyńskiego, którego samochód został 29 września w rejonie miejscowości Sopoćki otoczony przez żołnierzy sowieckich z granatami i karabinami gotowymi do strzału.

Generał i jego ludzie, ograbieni z rzeczy osobistych i pozbawieni ubrań, zostali prawie natychmiast rozstrzelani. Żona generała, Alfreda Olszyna-Wilczyńska, która przeżyła jako jedyna z jego najbliższego otoczenia, po latach relacjonowała tamtą zbrodnię:
Mąż leżał twarzą do ziemi, lewa noga pod kolanem była przestrzelona w poprzek z karabinu maszynowego. Tuż obok leżał kapitan z czaszką rozłupaną na dwoje, a zawartość czaszki leżała obok, wylana jako jedna krwawa masa. (…)
Reklama
Widok był potworny. Podeszłam bliżej, zbadałam serce i puls, choć wiedziałam, że to jest daremne. Był jeszcze ciepły, ale nie żył. (…) Zaczęłam gorączkowo szukać jakiegoś drobiazgu, jakiejś pamiątki, lecz w kieszeniach męża nie było nic. Zrabowali nawet Virtuti Militari i ryngraf z Matką Boską, który mu włożyłam do kieszeni w pierwszym dniu wojny.
Setki zabitych żołnierz KOP-u
W rejonie Sarn, w województwie poleskim, Sowieci rozstrzelali całą wziętą do niewoli kompanię Batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Sarny” – 280 żołnierzy i oficerów. Do brutalnego mordu doszło także w Mostach Wielkich w województwie lwowskim. Po spędzeniu na plac kadetów tamtejszej Szkoły Oficerów Policji i odebraniu raportu od jej komendanta sowieccy żołnierze rozstrzelali ich z rozstawionych wokół karabinów maszynowych. Nie przeżył nikt.

Z walczącego w okolicach Wilna jednego z polskich oddziałów, który złożył broń po otrzymaniu gwarancji, że żołnierze będą mogli powrócić do domów, wyłączono wszystkich oficerów i dokonano ich natychmiastowej egzekucji. Nie inaczej było w Grodnie, po którego zdobyciu 21 września Sowieci wymordowali co najmniej 300 polskich obrońców. W nocy z 26 na
27 września sowieckie oddziały wkroczyły do Niemirówka na Chełmszczyźnie, gdzie nocował kilkudziesięcioosobowy oddział podchorążych Wojska Polskiego. Wziętych do niewoli związali drutem kolczastym, a następnie obrzucili granatami. Policjantów broniących Lwowa wymordowano ogniem karabinów maszynowych na szosie prowadzącej z tego miasta do Winnik.
Reklama
Do podobnych mordów doszło w Nowogródku, Tarnopolu, Wołkowysku, Oszmianie, Świsłoczy, Mołodecznie, Chodorowie, Złoczowie, Stryju. Pojedyncze lub grupowe mordy popełniane przez Sowietów na wziętych do niewoli polskich żołnierzach miały miejsce w setkach innych miejscowości na polskich Kresach.
Sowieckie podstępy
Rosjanie znęcali się również nad rannymi. Tak było m.in. w trakcie bitwy pod Wytycznem, gdy kilkudziesięciu wziętych do niewoli rannych polskich żołnierzy Sowieci umieścili w Domu Ludowym we Włodawie i zamknęli ich na klucz, nie udzieliwszy im żadnej pomocy. Gdy po dwóch dniach prawie wszyscy zmarli wskutek doznanych obrażeń, odarto ich z mundurów, a zwłoki spalono na stosie.

Czasami, zanim doszło do zbrodni, Sowieci stosowali podstęp, przewrotnie gwarantując na piśmie wolność polskim żołnierzom, a niekiedy nawet przedstawiając się wręcz jako ich sojusznicy w walce z Niemcami.
Tak było m.in. 22 września w Winnikach koło Lwowa, gdzie dowódca obrony miasta gen. Władysław Langner podpisał z sowieckimi dowódcami protokół przekazania Lwowa Armii Czerwonej, przy zapewnieniu polskim oficerom swobodnego przemarszu w kierunku Rumunii i Węgier.
Reklama
Prawie natychmiast warunki te zostały przez Sowietów złamane, polscy oficerowie zostali aresztowani, a następnie wywiezieni do obozu w Starobielsku. W rejonie Zaleszczyk i Kut, na granicy z Rumunią, rosyjskie oddziały dekorowały swoje czołgi sowieckimi i polskimi flagami tylko po to, by na chwilę odegrać rolę naszych sojuszników, a następnie otoczyć polskie oddziały, rozbroić i aresztować ich żołnierzy.
Z wziętych do niewoli bardzo często zdzierano mundury i buty, nierzadko puszczano ich nagich, by potem z nieskrywaną radością do nich strzelać. Ogółem, jak donosiła moskiewska prasa, we wrześniu 1939 r. w ręce Sowietów trafiło prawie 250 tysięcy polskich żołnierzy i oficerów. Dla tych ostatnich dopiero wtedy zaczynało się prawdziwe piekło. Jego finał nastąpił nad dołami w Lesie Katyńskim i w piwnicach gmachów NKWD w Twerze i Charkowie.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Leszka Pietrzaka pt. Zakazana historia Sowietów (Wydawnictwo Fronda 2025). Premiera 21 stycznia.
Największa kolebka ludzkiego cierpienia








