Niewiele jest równie upartych, utrwalonych mitów na temat II Rzeczpospolitej, co ten dotyczący ówczesnej edukacji. Pokutuje pogląd, że może i przedwojenna Polska była krajem biednym, wyniszczonym zaborami i wojną, a do tego zmagającym się z serią głębokich kryzysów gospodarczych… ale jednak jakimś cudem dysponującym świetnym, po prostu świetnym, systemem szkolnictwa.
Poniższy materiał, w znacznie dłuższej wersji, ukazał się pierwotnie w formie wideo na moim kanale na Youtube.
Opowiada się, bez głębszej refleksji, że wtedy nauczyciele byli ponoć lepsi, uczniowie pilniejsi, a cały poziom kształcenia – wprost imponujący. Przedwojenna matura miała się wręcz równać dzisiejszemu tytułowi magistra. Jeśli ktoś ją zdał, to zupełnie jakby skończył całe studia wyższe.
Reklama
Tyle, że ten obraz to… bzdura. Czy wręcz manipulacja. Dzisiaj trochę trudno to sobie uświadomić, ale sam fakt, że przedwojenną szkołę i zwłaszcza ówczesną maturę tak bardzo się chwali, jest właściwie objawem zatrważających nierówności społecznych, które panowały w II RP. A poza tym też efektem ubocznym ogólnej pogardy, z jaką stale zmagali się wtedy najbardziej zwyczajni mieszkańcy kraju.
Zanim zajmiemy się najważniejszą kwestią, spróbujmy obalić tę ogólną legendę. Pójdzie nam szybko, bo tu naprawdę nic się właściwe nie klei. Cukierkowy obraz przedwojennej średniej edukacji, zwłaszcza tych ponoć iście wzorcowych gimnazjów, w większości zrodził się dopiero w dobie PRL-u. Z perspektywy czasu. I co istotne: w bardzo konkretnych środowiskach.

„Zastraszająco niski poziom”
W samej II RP naprawdę mało komu przyszedłby do głowy pomysł, żeby na poważnie, serio, chwalić szkolnictwo. Tak samo próżno szukać w ówczesnej prasie czy literaturze wielkich komplementów pod adresem matur i przystępującej do nich młodzieży. Dominował zupełnie inny pogląd na kondycję oświaty. Weźmy tylko jeden, ale jakże charakterystyczny, przykład z samego schyłku epoki.
To artykuł opublikowany w marcu 1939 roku przez popularny łódzki dziennik „Ilustrowana Republika”. Informowano w nim o toczącej się, i w środowisku nauczycieli, i na forum parlamentu, dyskusji o, cytuję „zastraszająco niskim poziomie” jaki mieli powszechnie reprezentować absolwenci polskich szkół średnich.
Reklama
Gazeta donosiła, że ogół nauczycieli zgadzał się, iż sytuacja była tragiczna. Ponoć nikt nawet nie próbował zaprzeczać „powszechnemu niedouczeniu młodzieży szkolnej”. Co najwyżej szukano wymówek, wytłumaczeń stanu rzeczy.
W artykule zostały przytoczone wypowiedzi tuz nauki, pedagogów, różne uderzające statystyki. Wynikało z nich na przykład, że połowa absolwentów polskich szkół średnich nie wiedziała kto to Ryszard Wagner, przeszło jedna dziesiąta nie kojarzyła takiego gościa jak Galileusz, a niemal 60% nigdy nie zetknęło się z nazwiskiem Raymonda Poincare.
I oczywiście wielu z nas też się nie zetknęło… ale jednak wtedy, w 1939 roku to naprawdę było coś dziwnego. Chodziło o wieloletniego prezydenta i trzykrotnego premiera Francji. To zupełnie tak jakby dzisiaj większość przepytanych studentów stwierdziła, że nigdy nie słyszała o żadnym Baracku Obamie czy Donaldzie Trumpie.
Pytania bez odpowiedzi
Ponad 40 procent absolwentów przedwojennych szkół średnich nie znało podziału władzy (wiecie: na ustawodawczą, wykonawczą, sądowniczą), większość nie potrafiła powiedzieć co jest „przeciwieństwem demokracji”, wielu już przyjętych na studia lub nawet mających zdobyte tytuły naukowe nie było w stanie poradzić sobie z pytaniem „ile jest 5% od dwustu”.

Nie wiedzieli też czym są pory roku, albo z jakimi krajami graniczy Polska. Podobnie spotykało się ludzi z maturą, którzy na przykład twierdzili – to z zakresu chemii – że tłuszcz jest pierwiastkiem.
Moglibyśmy podobne kwiaty mądrości dawnej młodzieży wymieniać bez końca. No ale przejdźmy do konkluzji, konkretu. I ten wspomniany artykuł, i choćby równie stanowczy raport opublikowany wtedy przez „Ruch Pedagogiczny”, i wreszcie różne publikacje przedwojennego Instytutu Spraw Społecznych, potwierdzają taki a nie inny obraz rzeczy. Poziom szkolnictwa średniego był w powszechnej opinii (podkreślam: powszechnej), niski. Czy nawet bardzo niski. A same matury też zdecydowanie nie budziły akademickiego zachwytu.
Zadania maturalne sprzed stulecia
Nie ma potrzeby teraz rozwijać tego wątku. Dla ilustracji podajmy tylko przykładowe tematy matury z polskiego, które naprawdę pojawiały się na egzaminie w latach 30. XX wieku.
No więc mamy chociażby, w duchu państwowej propagandy i kultu jednostki, które przenikały oczywiście i do szkół, pytanie, cytuję: „Jakie wskazania życiowe zawierają słowa Józefa Piłsudskiego: być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo, zwyciężyć i spocząć na laurach – to klęska”.
Reklama
Jeśli potrafiłeś odpowiedzieć zgodnie z linią władz, to maturę z polskiego już miałeś właściwie załatwioną. Były też na przykład tematy, znów cytat: „Zagadnienie silnego rządu w dziejach Polski”, albo „Czem zasłużył sobie Słowacki na hołd całej Polski”. Taaak… to był tego rodzaju egzamin.
Dobra, skąd więc cała ta legenda przedwojennych gimnazjów, liceów, matur? Dlaczego, pomimo upływu czasu, w narodzie wciąż żyje mit „starej, dobrej przedwojennej szkoły”? Cóż, tak naprawdę cukierkowa wizja nie wzięła z poziomu edukacji, z wiedzy jaką faktycznie uzyskiwali absolwenci, ale… z elitarności.
O tym możecie dowiedzieć się znacznie więcej z odcinka na moim kanale na YouTube:







