Jeśli wyszukacie w internecie jakąkolwiek listę polskich rekordów zimna, to od razu spostrzeżecie, że większość z nich padła w 1929 roku. Szczegóły się różnią, bo czasem uznaje się tylko pomiary oficjalne, a czasem nie, ale ogólny obraz rzeczy jest czytelny. 10 i 11 lutego 1929 roku między innymi pod Krakowem, w Olkuszu, Żywcu czy Sanoku notowano temperatury na poziomie przynajmniej -40 stopni Celsjusza.
Poniższy materiał, w znacznie dłuższej wersji, ukazał się pierwotnie w formie wideo na moim kanale na Youtube.
W ogóle na całym południu Polski było wtedy co najmniej minus 35 stopni. Srogi mróz trzymał też resztą kraju, i to nie przez dobę albo dwie, ale przez kilka długich tygodni. Wtedy wszystkie problemy, o których powiedzieliśmy, wystąpiły ze zwielokrotnioną mocą. Na dobrą sprawę Polska stanęła w miejscu.
Reklama
Największy dziennik w kraju, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, informował, że 10 lutego Warszawa straciła połączenia telefoniczne i telegraficzne (czyli po prostu wszystkie) z Berlinem, Moskwą, z całymi Kresami Wschodnimi, Wilnem, Białymstokiem. Władze centralne nagle ani nie wiedziały o niczym co dzieje się w kraju, ani tym bardziej tego nie kontrolowały.
Dopiero o 23:45 udało się uruchomić przynajmniej kabel do Krakowa. Poza tym pisano, cytuję: „wszystkie pociągi do stolicy przychodzą z wielkimi opóźnieniami i chaotycznie”.

Jeśli składy w ogóle docierały na miejsce to często dopiero po kilkunastu godzinach podróży jak z horroru. A pamiętajmy, że wtedy niemal wszystko transportowano koleją. To był kręgosłup i krwioobieg państwa. Bez kolei nie było handlu, poczty, komunikacji, gotówki. Bo nawet pieniądze trzeba było przecież przewieźć wagonami, nie było jeszcze tych wirtualnych.
W stolicy masowo pękały rury wodociągowe. W Krakowie tylko w ciągu jednego dnia, i to nawet zanim mrozy osiągnęły maksimum, pogotowie interweniowało w sprawie 200 odmrożeń. Jedna kobieta zemdlała z zimna podczas jazdy dorożką i niewiele brakowało, a już by jej nie docucono.
Reklama
Gdzie indziej zresztą mnożyły się przypadki śmierci, i od mrozu i od zaczadzenia. Na granicy z ZSRR, na Wileńszczyźnie, znaleziono też zamarzniętego na kamień sowieckiego wartownika, który przetoczył się na naszą stronę…. I którego już nie dało się wziąć do niewoli.
We Lwowie, gdzie sytuacja była szczególnie dramatyczna, prasa donosiła, że w ciągu dnia opatrzono nawet nie setki, ale 1400 ofiar odmrożeń. Szkoły zostały zamknięte do czasu, aż temperatura wzrośnie do przynajmniej -18 stopni. I aż w danej placówce będzie można zapewnić we wnętrzu… komfortowe 10 stopni na plusie.

We Lwowie na ulicach było tak zimno, że policyjną służbę wartowniczą skrócono do jednej godziny, a funkcjonariuszom wysyłanym na patrole nakazano, by podczas zdawania służby następcy nie przekazywali mu przydziałowego kożucha na dworze. Mieli obowiązkowo wchodzić w tym celu do przydrożnych sklepów czy innych lokali.
Odpowiedni okólnik ukazał się, bo lekarze ostrzegli komendę, że w przeciwnym razie policjanci mogą po prostu zamarzać na ulicy. Zresztą faktycznie zdarzyło się, że nie policjant, ale żołnierz, właśnie we Lwowie, wyszedł na ulicę z odsłoniętym uchem. Szybko stało się ono całe białe, a gdy zwrócił na to uwagę policjant i jeszcze dotknął części ciała… ta po prostu „odpadła w całości”.

Wszędzie obawiano się niedoborów węgla, a prasa wyliczała każdy wagon docierający do danego miasta. I też na przykład każdy wóz węgla albo drewna ofiarowany potrzebującym przez jakiegoś dobroczyńcę.
Władze, trochę na pokaz, a trochę z autentycznego strachu przed wymknięciem się sytuacji spod kontroli, urządzały polowania na wszelkich „paskarzy” próbujących windować ceny opału.
Reklama
Przy okazji łapano też na przykład zdesperowany biedaków, którzy zamarzali już żywcem, więc decydowali się kraść węgiel z przejeżdżających składów. Tak w Warszawie przed sąd trafił pewien były podoficer Wojska Polskiego, którego wcześniej odsyłano z kwitkiem z wszystkich składów węgla.
Swoją drogą w tej samej Warszawie, w samym szczycie największego mrozu epoki, część ludzi wciąż chodziła do teatrów, a koło mostu praskiego dostrzeżono… pewną „kobietę i kilku jej towarzyszy w kostiumach kąpielowych, którzy zażywali chłodzącej kąpieli w przerębli wodnej”. Jak widzicie ekstremalne morsowanie ma w Polsce długą historię. A wspomnianą kobietą okazała się swoją drogą pływacka mistrzyni Apolonia Trat.
***
O tym jak ogółem wyglądały zimy przed wojną i jak z nimi walczono o wiele więcej dowiecie się z nowego odcinka na moim kanale na YouTube:







