Nikołaj Przewalski był jednym z najważniejszych badacz środkowej i wschodniej Azji drugiej połowy XIX wieku. Potomek kresowej polskiej szlachty na stałe zapisał się w annałach historii dzięki odkryciu, którego dokonał podczas przeprowadzonej w 1879 roku wyprawy do Tybetu. Wzbudziło ono prawdziwą sensację w carskiej Rosji. O okolicznościach w jakich do tego doszło pisze Sławomir Koper na kartach książki Syberia po polsku.
Przedsięwzięcie miało ruszyć wiosną 1879 roku. Wyprawa stanowiłaby spełnienie największego marzenia podróżnika, który chciał dotrzeć do stolicy płaskowyżu, Lhasy.
Reklama
Wcześniej jednak na polecenie lekarzy Przewalski odpoczął nieco u rodziny pod Smoleńskiem. Chociaż z natury nie ufał medykom, tym razem poddał się ich zaleceniom, co przyniosło znakomite efekty.
14 uczestników ekspedycji Przewalskiego
Doskonały okazał się również dobór towarzyszy wędrówki. [Teodor] Eklon sprawdził się podczas poprzedniej wyprawy, zatem jego udział był naturalny. Drugim współpracownikiem został 22-letni Polak, Wsiewołod (Włodzimierz) Roborowski.

Szybko znalazł wspólny język z apodyktycznym szefem, co ułatwiał zrównoważony charakter młodzieńca. Towarzysze Przewalskiego byli – oczywiście – oficerami armii carskiej, gdyż wyprawy badawcze w Rosji mogli prowadzić wówczas tylko wojskowi.
Przygotowania przybrały niespotykane dotychczas rozmiary. W ekspedycji do Tybetu uczestniczyło aż 14 osób (w tym tłumacz, przewodnik oraz straż obozowa). Nic dziwnego, że karawanę tworzyło 35 wielbłądów i kilka koni.
Reklama
Początek okazał się jednak trudny, gdyż pod koniec maja 1879 roku ekspedycja wkroczyła na bezludną Pustynię Dżungarską. Studnie czy źródła znajdowały się w dużej odległości od siebie, ale trudy wędrówki wynagrodził fakt, że niebawem Przewalski miał osiągnąć największy sukces jako zoolog. Co więcej – było to wydarzenie, z którym na zawsze związało się jego nazwisko.
Odkrycie nowego gatunku konia
Podróżnicy dostrzegli bowiem grupę niewielkich dzikich koni żyjących na pustkowiach chińsko-mongolskiego pogranicza. Stada tych zwierząt były już wówczas bardzo nieliczne, a przetrzebione koniki niezwykle płochliwe, gdyż od wieków stanowiły źródło mięsa dla tubylców.

W tej sytuacji upolowanie nieznanego nauce przedstawiciela nieparzystokopytnych okazało się niewykonalne nawet dla tak znakomitego myśliwego jak Przewalski. Jednak bez dowodu w postaci zabitego i wypreparowanego egzemplarza nie wchodziło w rachubę ogłoszenie odkrycia nowego gatunku koniowatych.
Reklama
Na szczęście tubylcy upolowali jedną sztukę i gdy szczątki konia trafiły do Rosji, wzbudziły ogromną sensację. Spekulowano, czy jest to podgatunek tarpana czy też pierwotny koń, od którego pochodzą wszystkie dzisiejsze rasy.
Ta hipoteza okazała się błędna dopiero w XXI wieku, co potwierdziły badania genetyczne. Przodków koni udomowiono bowiem na terenie dzisiejszego Kazachstanu, a odmiana odkryta przez Przewalskiego była prawdopodobnie wtórnie zdziczałym gatunkiem, który przed wiekami przystosował się do życia na wolności. Zatem jego losy przypominały nieco dzieje australijskich psów dingo.

Nieznany wcześniej w Europie gatunek nazwano imieniem pułkownika i niebawem na świecie zapanowała moda na to niezwykłe zwierzę. Niewielki i płochliwy konik, bardzo rzadko już występujący w naturalnym środowisku, stał się obiektem pożądania myśliwych, hodowców i dyrektorów ogrodów zoologicznych. Tym bardziej że jego wygląd znacznie odbiegał od wyglądu ówczesnych ras koni czy kuców.
Ocalone od wyginięcia
Od pierwszych lat XX wieku nieliczne stadka były dziesiątkowane przez specjalnie organizowane wyprawy myśliwskie. Najbardziej przeraża jednak fakt, że często zabijano wszystkie dorosłe osobniki w stadzie wyłącznie w celu schwytania młodych egzemplarzy, które transportowano do Europy.
Reklama
Morderczych postępków nie usprawiedliwiało nawet to, że mongolskie koniki były jednymi z ostatnich ssaków tej wielkości nieznanych dotychczas nauce (w 1900 roku odkryto jeszcze afrykańskiego okapi leśnego).
W efekcie – choć w ogrodach zoologicznych konie Przewalskiego rozmnażały się – do połowy XX wieku gatunek przestał istnieć na wolności. Przed ostatecznym wyginięciem ocalał dzięki wysiłkom naukowców z Ogrodu Zoologicznego w Pradze i obecnie liczba tych zwierząt na świecie przekroczyła tysiąc sztuk w różnych hodowlach.

Podjęto też skuteczne próby reintrodukcji konika w jego naturalnym środowisku. Wiele egzemplarzy ma jednak nieco zdeformowane głowy, a szczególnie pyski, co stanowi skutek chowu wsobnego. Nie powinno to specjalnie dziwić, gdyż gatunek odtworzono z zaledwie 12 osobników.
Konie żyjące obecnie na wolności są stale monitorowane, głównie w celu zapewnienia im pomocy w przypadku problemów klimatycznych. Obowiązuje jednak zasada jak najmniejszej ingerencji człowieka – tak by zadziałał dobór naturalny. Patrząc na losy gatunku, trudno przypuszczać, by Przewalski był zadowolony z faktu, że właściwie wydał wyrok na swoje największe odkrycie zoologiczne. Chociaż i tak mongolskie koniki spotkał lepszy los niż naszego tarpana.
Reklama
Smutny los tarpanów
Zwierzę, które dzisiaj potocznie nazywamy tarpanem, w rzeczywistości jest bowiem klasyfikowane jako konik polski. Ostatnie prawdziwe tarpany żyjące w Puszczy Białowieskiej zostały pod koniec XVIII wieku odłowione i umieszczone w rezerwacie Zamoyskich koło Biłgoraja. Kilkadziesiąt lat później rozdano je okolicznym chłopom i normalną koleją rzeczy krzyżowały się z lokalnymi wiejskimi końmi.
Próbę rekonstrukcji gatunku podjęto w latach 30. XX wieku, klasyfikując do hodowli mieszańce o jak największej liczbie cech swoich leśnych przodków. W efekcie powstała nowa rasa konia licząca obecnie około półtora tysiąca sztuk, która wizualnie bardzo przypomina tarpana. W rzeczywistości nie jest to jednak dawny gatunek, który przed wiekami zadsiedlał lasy Europy.
Źródło
Tekst stanowi fragment książki Sławomira Kopra pt. Syberia po polsku (Wydawnictwo Fronda 2025).
Kraina polskich marzeń, odkryć i legend








