W średniowieczu ogólne przepisy kościelne nic właściwie nie mówiły o tym, jakie dokładnie wykształcenie i przygotowanie powinien mieć człowiek dopuszczany do poszczególnych święceń duchownych. Zastrzegano tylko, że nie należy dawać tonsury – a więc w ogóle dopuszczać do stanu duchownego – tym, którzy… kompletnie nie znają pisma. To było wszystko.
U schyłku epoki na gruncie lokalnym pojawiały się wprawdzie konkretniejsze rozporządzenia, te nie były jednak w żadnym razie surowe.
Reklama
I tak według statutów XV-wiecznego biskupa krakowskiego Tomasza Strzępińskiego ten, kto pragnął przyjąć święcenia wyższe, miał mieć za sobą trzyletnią naukę w jakiejś szkole kościelnej, prowadzonej przy katedrze bądź kolegiacie. Ale już synod archidiecezji gnieźnieńskiej z 1532 roku wymagał zaledwie rocznej edukacji.
Kapłaństwo na własną rękę
Oczywiście po takim pobycie w szkole człowiek nie mógł ani sprawnie czytać, ani tym bardziej pisać czy władać łaciną. Tradycyjnie było normą, że kandydat do kapłaństwa był właściwie zdany na samego siebie.

Jeśli należał do pospólstwa, to podstawy wynosił najczęściej ze szkoły parafialnej, zaś praktyczniejszych szczegółów uczył się od plebana, dla którego pracował jako członek służby kościelnej.
Często zresztą zostawał nauczycielem tej samej szkółki, przez którą dopiero co przeszedł. Nie musiał dowiadywać się wiele. Tylko tyle, by bezpośrednio przed święceniami zdać egzamin, prowadzony przez urzędników kurii według bardzo zwięzłej instrukcji.
Reklama
Krótkie badanie… księży
Tak zwane Compendiosum examen (dosłownie: krótkie badanie) z 1529 roku liczyło niespełna 30 stron. Od przyszłych kapłanów wymagano: umiejętności czytania, znajomości łaciny na poziomie, który pozwalał zrozumieć tekst ksiąg używanych podczas nabożeństw, a więc mszału i brewiarza, podstawowej wiedzy o tym, czym jest msza, jak działa kalendarz i jakie główne zasady rządzą liturgią, wreszcie elementarnych informacji o sakramentach, sposobie ich udzielania i o grzechach.
Poza tym ksiądz miał jeszcze znać przykazania boże i kościelne oraz prawdy wiary. I to wszystko wystarczało formalnie do kapłaństwa.

Na soborze trydenckim, zwołanym w połowie XVI wieku w reakcji na rozłam w Kościele, bardzo wiele rozprawiano o pilnej potrzebie podniesienia wykształcenia szeregowego kleru. Ale to wcale nie przełożyło się na jakieś nowe, wyśrubowane normy, w każdym razie nie na polskim gruncie.
Zgodnie z Pastoralną, pierwszym podręcznikiem dla polskich księży, z przełomu XVI i XVII wieku, do przyjęcia święceń niższych wystarczały umiejętność czytania i pisania, podstawowe zrozumienie języka łacińskiego (nie trzeba było w nim mówić ani pisać), wreszcie znajomość prawd wiary.
Reklama
Jeśli więc wiedziało się na czym zasadniczo polega katolicyzm i umiało się, dajmy na to, przeczytać dekalog zanotowany po łacinie, już można było zostać duchownym. Co do święceń wyższych, obowiązkowe kryteria, jakie wyznaczyła Pastoralna, można zamknąć w czterech punktach. Człowiek dopuszczony do kapłaństwa był zobowiązany:
– władać łaciną na średnim poziomie,
– umieć recytować z brewiarza godziny kanoniczne,
– znać podstawy nauki o sakramentach i wiedzieć, jak się ich udziela,
– umieć wyjaśniać ludowi, co jest konieczne do zbawienia oraz przyjmowania sakramentów.
Szczere spojrzenie na historię polskiego kleru
Tekst pochodzi z najnowszej książki Kamila Janickiego pt. Dziesięcina. Prawdziwa historia kleru w dawnej Polsce (Wydawnictwo Poznańskie 2025).








