Dewizowi myśliwi. Największe zagrożenie dla wschodniej granicy Polski Ludowej?

Polscy, a w szczególności radzieccy pogranicznicy widzieli w nich samo zło. Mieli być szpiegami i dywersantami. Władze w Warszawie pozwalały jednak dewizowym myśliwym na wiele. W końcu płacili w tak potrzebnej komunistom twardej walucie.

To wszystko rozpoczęło się już w 1960 roku. Przykład wzięto z Czechosłowacji, Węgier i Jugosławii, które z myślistwa międzynarodowego potrafiły pozyskać wpływy dewizowe wielkości 1,5 mln dol. rocznie.


Na tamte czasy to była suma nie do pogardzenia. Początkowo polowania dla cudzoziemców organizowano na terenach hodowlanych przedsiębiorstw lasów państwowych i traktowano je eksperymentalnie.

Turystyka specjalistyczna

Dopiero dwa lata później zaczęto podchodzić do nich bardziej profesjonalnie, ukazało się Zarządzenie nr 95 z 27 maja 1962 roku Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego oraz Przewodniczącego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki w sprawie polowań organizowanych dla cudzoziemców.

Myśliwi dewizowi zapewniali komunistycznym władzom zastrzyk twardej waluty. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).
Myśliwi dewizowi zapewniali komunistycznym władzom zastrzyk twardej waluty. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Poszerzono bazę łowiecką o nowe rewiry wyznaczone do polowań, będące pod zarządem lasów państwowych. Łowiectwo dewizowe nazywano turystyką specjalistyczną, a że nasz kraj słynął w całej Europie z rozległych i naturalnych terenów łowieckich nie sposób było się opędzić od amatorów takiego wypoczynku.

Jeszcze inni przybywali tu, by podziwiać dziką przyrodę puszczy, ostatnie tak wielkie lasy w Europie. Ściana wschodnia temu sprzyjała, tu znajdowały się najwspanialsze rewiry myśliwskie, które leżały w rejonach odpowiedzialności operacyjnej każdej z brygad Wojsk Ochrony Pogranicza strzegących granicy wschodniej.

Przeczytaj też: Komuniści wiedzieli, że nigdy nie wygrają uczciwych wyborów. Co byli gotowi zrobić dla przejęcia władzy?

Już na wstępie warto podkreślić, że bezpieki brygadowe z tych terenów nie byłyby w stanie uporać się samodzielnie z problemem myśliwych, dlatego były skazane na ścisłą współpracę z wydziałami II (esbeckimi) poszczególnych komend WUSW. Przykładowo, potężne kompleksy leśne w południowej części byłego powiatu tomaszowskiego, włodawskiego, północnej części powiatu bialskiego byłby nie do opanowania operacyjnego tylko siłami brygady nadbużańskiej.

Myśliwi a może szpiedzy?

Tym bardziej że w tych samych nieprzebytych lasach stacjonowały liczne jednostki LWP oraz usytuowano tu inne ważne obiekty wojskowe o specjalnym przeznaczeniu, które również wymagały ochrony ze strony WOP.


Poza tym, co było tajemnicą poliszynela, kiedy na takim obszarze leśnym usadowili się myśliwi dewizowi, to z reguły tuż za nimi przy-bywali „dyplomaci” zachodni, których nie interesowała zwierzyna, lecz okoliczne drogi przecinające granicę państwową, jednostki wojskowe, m.in. w Białej Podlaskiej, Rozkoszy, Włodawie, Chełmie czy Hrubieszowie.

Potwierdzały to zapisy operacyjne sporządzane przez wopistów, jak chociażby ten: „W dniu 7.11.1976 roku rejon strażnicy WOP we Włodawie penetrował attaché wojskowy Wielkiej Brytanii. I czynił to dokładnie w tym samym dniu, kiedy włodawski pułk czołgów powracał z poligonu”. Nie wiadomo, kto mu przekazał takie informacje, być może pochodziły z kręgów myśliwych dewizowych, którzy przemierzając lasy w tych okolicach, wiele dostrzegali.

Artykuł powstał między innymi w oparciu o książkę Lecha Kowalskiego pod tytułem Bezpieka pogranicza. Wywiad Wojsk Ochrony Pogranicza, (Wydawnictwo Fronda 2020).
Artykuł stanowi fragment książki Lecha Kowalskiego pod tytułem Bezpieka pogranicza. Wywiad Wojsk Ochrony Pogranicza (Wydawnictwo Fronda 2020).

Inny przykład. W dniu 19 marca 1977 roku attaché lotniczy Francji usiłował badać rejon jednostki wojskowej w Hrubieszowie oraz most graniczny o znaczeniu strategicznym w Zosinie, a także trasę Hrubieszów–Tomaszów–Bełżec–Narol. W tym samym czasie trwał wzmożony odstrzał zwierzyny łownej w tej okolicy. Przypadek czy prawo serii? Raczej to drugie.

Typowo wywiadowcze zainteresowania

Obwody łowieckie przeznaczone do polowań dewizowych w rewirze Nadbużańskiej Brygady WOP w większości znajdowały się w bezpośredniej bliskości granicy państwowej. Według bezpieki stwarzało to dogodne warunki do prowadzenia penetracji linii granicznej z ZSRS oraz jej przebiegu i znajdujących się w tej okolicy urządzeń militarnych, a także nieskrępowanych i nieograniczonych kontaktów z miejscową ludnością.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

To wszystko w pewien sposób łączyło się ze sobą. Nie przez przypadek wopiści w tych okolicach odnotowywali coraz liczniejsze rzesze myśliwych z Europy Zachodniej. W 1976 roku było ich 56, rok później już 62, w kolejnym roku – 68, w następnym – 78, a w 1979 – 94. W jednym z meldunków operacyjnych stwierdzono, że znaczna część myśliwych dewizowych przejawiała typowo wywiadowcze zainteresowanie.

Bezpieka brygadowa zauważyła bowiem od razu, że myśliwi interesowali się również jakością dróg, grubością i stanem ich nawierzchni, szerokością i ilością torów kolejowych, stanem zadrzewienia, grubością pni drzew w masywach leśnych, rodzajem drzew, szerokością duktów leśnych, systemem ochrony granicy państwowej, obiektami znajdującymi się po stronie ZSRS.


Władza przymyka oko

Podczas gdy jedni narzekali (służby specjalne), inni (nadleśnictwa) cieszyli się z pobytu myśliwych dewizowych w tych stronach. Dla tych drugich najistotniejsze było to, że przybysze płacili w twardej walucie, która płynęła szerokim strumieniem do kas nadleśnictw, a część od razu do budżetu państwa.

Dlatego rządzący komuniści i podległe im służby były zmuszone przymykać oko na zachowanie się „dewizowców z bronią w ręku” oraz na ich zainteresowania wykraczające poza pasję myśliwską. Schizofreniczność tej sytuacji polegała m.in. na tym, że narzekano na myśliwych, a jednocześnie robiono wszystko, by przybywali do Polski i dobrze się w niej czuli.

Dzisiaj nie sposób oszacować ile grubej zwierzyny, takiej jak na przykład żubr, odstrzelili dewizowi myśliwi (domena publiczna).
Dzisiaj nie sposób oszacować ile grubej zwierzyny, takiej jak na przykład żubr, odstrzelili dewizowi myśliwi (domena publiczna).

Zastanawiające jest, ile zwierząt padło od ich strzałów w trakcie sezonu ochronnego, a ile odstrzelili żubrów i innych większych okazów łownych (niedźwiedzi). Dzisiaj to jest nie do oszacowania.

Tylko w 1977 roku na pograniczu województwa suwalskiego pojawiło się około 22 tys. cudzoziemców z Zachodu, którym przy okazji wręczano tysiące folderów zachwalających wspaniałe tereny łowieckie w tych okolicach. Z kolei w przypadku Puszczy Białowieskiej każdego roku docierało do niej około 3 tys. turystów, a wraz z nimi myśliwi dewizowi, których największym marzeniem było odstrzelić żubra. (…)

Przeczytaj też: W 1945 roku byliśmy o krok od wojny z Czechosłowacją. Polskie władze już wydały rozkaz do ataku

900 myśliwych rocznie

Dzisiaj z pewnością każdy z peerelowskich leśniczych biłby się w piersi i zaprzeczał temu wszystkiemu. Podobnie jak niechętnie wspominają polowania notabli komunistycznych i ich gości z demoludów, a to dopiero była rzeź połączona z pijaństwem do nieprzytomności i niekiedy z dziewczynami na zamówienie.

W takiej sytuacji wopiści mogli tylko się przyglądać zza krzaka i sygnalizować sowieckim pogranicznikom, starając się ich uspokajać, gdy ci protestowali, że polowania odbywały się zbyt blisko wspólnej granicy. Często obwody łowieckie przylegały bezpośrednio do granicy polsko-sowieckiej, choć nie musiało tak być.


W przypadku Nadbużańskiej Brygady WOP każdego niemal roku w te okolice ściągało około 900 myśliwych dewizowych, głównie z RFN. Trudno było nad nimi zapanować i policzyć zwierzynę odstrzeloną legalnie i nielegalnie. Niewątpliwie było to spore wyzwanie operacyjne.

Dlatego można było wopistom współczuć, kiedy pojawiali się myśliwi, których miejscowi wyraźnie hołubili, organizowali poczęstunek, proponowali coś mocniejszego oraz inne wyszukane usługi, a następnie wyciągali ręce po sowitą zapłatę. Takie informacje bezpieka odnotowywała niemal każdego dnia w trakcie organizowanych polowań, ale nic nie mogła z nimi zrobić, bo to nie było zakazane.

Na terenie Nadbużańskiej Brygady WOP rocznie polowało nawet 900 dewizowych myśliwych. Na ilustracji emblemat jednostki (Magnum045/CC BY-SA 4.0).
Na terenie Nadbużańskiej Brygady WOP rocznie polowało nawet 900 dewizowych myśliwych. Na ilustracji emblemat jednostki (Magnum045/CC BY-SA 4.0).

Miejscowi kochali dewizowych

Tolerowanie myśliwych było tym trudniejsze dla wopistów, że obserwowali oni służalczą postawę nadleśnictw wobec przybyszy z dewizami. Ci, którzy mieli strzec tych połaci leśnych, prowadzili przyjezdnych w najbardziej łowne rejony, nie zważając, że niekiedy leżały one w bezpośredniej bliskości linii granicznej.

Na uwagi bezpieki, że to zakazane, reagowano z przymrużeniem oka. Przykładowo w rejonie działania Nadbużańskiej Brygady WOP obwody łowieckie wręcz stykały się ze wspólną linią graniczną z Sowietami. Z tych miejsc myśliwi byli w stanie za pomocą lornetki zrobić rekonesans linii granicznej (poznać jej mocne i słabe strony) oraz rozpoznać urządzenia specjalistyczne zamontowane na tym obszarze.

Przeczytaj też: Niemcy porwali polski samolot. Amerykański sąd wydał zaskakująco niski wyrok

Zdobytą w ten sposób wiedzę uzupełniali w rozmowach z miejscowymi, których dodatkowo zatrudniano w charakterze naganiaczy, a których myśliwi dewizowi szczególnie doceniali, wielekroć wręczając im drobne kwoty w obcej walucie albo inne atrakcyjne podarunki. Takie dowody wdzięczności w obliczu lokalnej biedy z pewnością rozmiękczyły niejednego miejscowego.

Według bezpieki z każdym rokiem ludność miejscowa stawała się bardziej rozmowna i pomocna. W ich przekonaniu gesty ze strony myśliwych były czynione z premedytacją. (…)


Pieniądze na pierwszym miejscu

To, że polowania dewizowe były wykorzystywane przez obce wywiady do penetracji polskich rubieży, rządzący komuniści i służby specjalne wiedziały, gdyż to m.in. bezpieka WOP, SB, MO i WSW meldowały o tym. Nic z tym nie zrobiono, bo pieniądze okazały się ważniejsze niż bezpieczeństwo państwa.

Przynajmniej jedna z brygad WOP ochraniających granicę wschodnią – Nadbużańska Brygada WOP – sporządziła zestawienie analityczne, w którym wykazała, co oprócz polowań interesowało myśliwych dewizowych tuż po przybyciu do Polski.

Idealny oficer zwiadu WOP miał być niczym bolszewicki cyborg. Na zdjęciu Medal pamiątkowy WOP (Jurek281/CC BY-SA 3.0).
Żołnierze WOP wszędzie mieli problem z dewizowymi myśliwymi. Na zdjęciu Medal pamiątkowy WOP (Jurek281/CC BY-SA 3.0).

Ustalono, że przede wszystkim były to: system ochrony obiektów wojskowych, główne szlaki komunikacyjne oraz graniczne punkty przeładunkowe, możliwości przemieszczania jednostek wojskowych, rozmieszczenie obiektów gospodarki żywnościowej, sytuacja materialna ludności pogranicza, stosunek ludności do władz partyjnych i administracyjnych, nastroje wśród ludności ukraińskiej oraz zabezpieczenie granicy państwowej.

Takie szerokie spektrum tematów z pewnością nie wynikało z indywidualnych zainteresowań przybyszy, lecz zostało im narzucone przez służby specjalne, które reprezentowali. Przy okazji bezpieka brygadowa doszła do wniosku, że wobec takiej rozpiętości problemów, które służby przypisały myśliwym do wybadania, ich zbadanie było możliwe tylko wówczas, kiedy polscy opiekunowie i organizatorzy polowań dawali dewizowcom zbyt dużo swobody w trakcie tropienia zwierzyny i poza polowaniami.

Przeczytaj też: Komunistyczne władze ukradły Polakom 2/3 oszczędności. Twierdziły, że potrzebują pieniędzy, by odbudować gospodarkę

Wyolbrzymione zagrożenie?

W związku z tym postanowiono bliżej się przyjrzeć ich zakresowi praw i obowiązków. To spostrzeżenie wopistów należałoby zaliczyć do jednych z trafniejszych. Idąc za ciosem, kiedy już bezpieczniacy dotknęli sedna sprawy, postanowili zainteresować się właścicielami kwater, którzy wynajmowali je myśliwym, kierownictwom lokalnych hotelików, pracownikom nadleśnictw, którym zlecano opiekę nad polującymi, oraz członkom kół łowieckich, którzy się z nimi często spotykali na imprezach towarzyskich.

Z wymienionymi przeprowadzano rozmowy, pouczano, zwrócono uwagę na sprawy natury państwowej, ostrzeżono i obserwowano. Jednocześnie uświadomiono, że polowania nie przeminą i nie zostaną odwołane z dnia na dzień, gdyż wynikało to z międzynarodowych umów o wymianie osobowej obywateli naszego kraju z obywatelami innych państw. (…)

Czy dewizowi myśliwi byli naprawdę zagrożeniem dla Polski Ludowej? (domena publiczna).
Czy dewizowi myśliwi naprawdę byli zagrożeniem dla Polski Ludowej? (domena publiczna).

Czy faktycznie myśliwi dewizowi stwarzali zagrożenie dla bezpieczeństwa PRL, skoro stanowili niecałe 5 proc. przyjezdnych cudzoziemców w rejonie granicy wschodniej? Nie sądzę. Z pewnością służby specjalne państw zachodnich chciały wielu z nich wykorzystać, ale nawet jeśli im się to udało, był to jedynie znikomy odsetek.

Oczywiście, nie mamy na to dowodów, bo takie zestawienia nigdy nie funkcjonowały w działaniach operacyjnych bezpieki WOP. Myślę, że w dużej mierze to zagrożenie wykreowali sami wopiści i funkcjonariusze lokalnych struktur Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej oraz ich przełożeni z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.


Samo zło

Myśliwi od początku źle się im kojarzyli. Prawdopodobnie po części nie mogli się pogodzić z tym, że w ich rejonach nagle pojawili się zamożni cudzoziemcy, ze strzelbami myśliwskimi wartymi niekiedy ich roczną pensję albo i więcej. Przybywali w te okolice samochodami, które wopiści czasami widzieli po raz pierwszy w życiu.

Przybysze byli dobrze ubrani, odżywieni, pewni siebie, skorzy do korzystania z uroków życia. Pasowali do portretu propagandowego wykreowanego przez komunistów, którzy tak właśnie przedstawiali zachodnich imperialistów. Nie ma się więc co dziwić, że bezpieczniacy z poziomu strażnic i wydziałów brygadowych widzieli w nich samo zło, w tym szpiegów czy dywersantów.

Przeczytaj również kogo werbowano do zwiadu Wojsk Ochrony Pogranicza

Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Lecha Kowalskiego pod tytułem Bezpieka pogranicza. Wywiad Wojsk Ochrony Pogranicza (Wydawnictwo Fronda 2020).

Sprawdź

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Ilustracja tytułowa: Wopiści w pościgu. Zdjęcie poglądowe (domena publiczna).

Autor
Lech Kowalski
3 komentarze
  • Anglicy mają też bezpiekę M5 która działa na całym świecie i ochroni koronę do tego stopnia że likwidują ludzi niewygodnych np księżna Diana polska przedwojenna 2-ka była najlepsza w świecie więc aby dyskutować o służbach nawet tych w komunie trzeba było wtedy żyć

  • Do dzisiaj dewizowcy to manna z nieba dla dużej części kół łowieckich w Polsce.. I realna, duza gotówką wpływająca na konta tych kół.

  • Obawiam się, że każdy kto teraz spróbuje coś napisać o WOP bez możliwości przeprowadzenia wywiadów z byłymi żołnierzami nie wyprodukuje wielce sensownej treści poniważ z tego co czytałem większość archiwum została zniszczona (przynajmniej oficjalnie). Pozostały pewnie teksty bez większej wartości produkowane według określonych w ramach przez „politbiuro”. A jako ciekawostkę podam, że jeden z takich liczących się oficerów wystepował po okrągłym stole jeko jeden z głównych reformatorów WOPu . Ot wielikaja istorija 😀

Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.