„Dusiliśmy się w ciasnocie, gorącu i brudzie”. Poruszające relacje polskich dzieci z transportu na Sybir

Strona główna » II wojna światowa » „Dusiliśmy się w ciasnocie, gorącu i brudzie”. Poruszające relacje polskich dzieci z transportu na Sybir

„Od czasu do czasu wypuszczano nas na świeże powietrze i by pobrać wrzątek, ale normalnie dusiliśmy się w ciasnocie, gorącu i brudzie, pojawiły się pierwsze wszy” – wspominała po latach Ada Sikorska. Jej relacja jest tylko jedną z wielu przytaczanych w książce Wojciecha Lady pt. Mali tułacze w kontekście warunków, w jakich Sowieci transportowali Polaków na Sybir w latach 1940-1941.

[Dwunastoletnia Ada Sikorska] pewnej czerwcowej nocy usłyszała łomotanie do drzwi, potem do ich lwowskiego mieszkania weszło trzech ludzi w niechlujnych mundurach, z karabinami.


Reklama


Ojca już wówczas z nimi nie było, kazali więc dwóm dorosłym kobietom i dwóm małym dziewczynkom ustawić się pod ścianą, sami zaś przystąpili do rewizji, to i owo chowając do własnych kieszeni.

Niektórzy nawet pomagali

Nie. Nie byli brutalni. Ani Ada, ani inne dzieci, które przeżyły tej nocy to samo, nie zapamiętały żadnej fizycznej przemocy. Wręcz przeciwnie – niemal wszystkie podkreślają, że funkcjonariusze NKWD niejednokrotnie pomagali im się pakować, sugerowali, żeby wziąć jak najwięcej ciepłych rzeczy i jedzenia, czasem z własnej inicjatywy dorzucali coś do bagaży.

Polskie dzieci deportowane przez Sowietów na Syberię. Zdjęcie wykonane w 1942 roku, gdy dotarły do formowanej przez Władysława Andersa Armii Polskiej w ZSRS (domena publiczna).
Polskie dzieci deportowane przez Sowietów na Syberię. Zdjęcie wykonane w 1942 roku, gdy dotarły do formowanej przez Władysława Andersa Armii Polskiej w ZSRS (domena publiczna).

Nawet szesnastoletnia Irenka Godyń, która podobną noc przeżyła w Grodnie i dla której rodziny enkawudziści byli szczególnie nieprzyjemni – któryś nawet groził pistoletem jej tacie – musiała przyznać, że zasadniczo zachowywali się oni poprawnie. [Po latach wspominała]

Niektórzy pomagali nawet pakować się przy tej deportacji, mówili: „Zabierajcie wszystko, bo tam, gdzie jedziecie, każda najmniejsza rzecz wam się przyda”. Nam kazali się tylko ubrać i dosłownie bez niczego wsadzili na nasze własne sanie.

Jak odjeżdżaliśmy, to jeden z tych milicjantów, który zresztą pracował u nas na robotach, taki Antek, zgarnął wszystko z szafy, co mu wpadło w ręce, rzucił na stół, zawinął w obrus i wrzucił na odjeżdżające już sanie. I ten tłumok uratował nam później życie na Syberii.

„Bez hałasu i panik”

Łamie to pewien martyrologiczny schemat, ale wbrew pozorom nie ma w tym nic dziwnego. W 1940 roku NKWD miało już rozległe doświadczenia w kwestii masowego wysiedlania narodów, w tym sporej części własnego, Beria i jego podkomendni doskonale zdawali więc sobie sprawę, że powodzenie akcji zależy od wykonania jej w sposób cichy i spokojny.


Reklama


Kiedy więc przystąpiono do wywózek ludności ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej, wydano tajną instrukcję dla funkcjonariuszy, nakazującą przeprowadzanie operacji:

(…) bez hałasu i paniki, tak aby nie dopuścić do żadnych wystąpień i innych ekscesów nie tylko ze strony deportowanych, lecz również ze strony pewnej części (…) ludności mali wrogo usposobionej do władzy sowieckiej.

Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Mali tułacze (Prószyński i S-ka 2022).
Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Mali tułacze (Prószyński i S-ka 2022).

Ale nie tylko rozkaz powstrzymywał enkawudzistów. Irenka wspomniała o Antku, który dorzucił im na wóz dodatkowy tobołek. Przeprowadzający aresztowania funkcjonariusze byli przeważnie takimi właśnie Antkami – znajomymi z sąsiedztwa, którzy z takich czy innych powodów wstąpili na służbę nowego systemu i założyli czerwone opaski.

To nie byli sadystyczni kaci z sowieckich więzień czy łagrów, lecz zwyczajni sąsiedzi, często nastawieni do wywożonych rodzin wręcz przyjaźnie. Brutalny był sam rozkaz deportacji, ale jego wykonanie, od strony czysto ludzkiej, już wcale niekoniecznie. Ola Kulak miała wówczas zaledwie trzy latka, ale dobrze zapamiętała ten moment. [Opowiadała później:]


Reklama


Taki młody bojec odsunął babcię i pakował wszystko, co miał pod ręką: koce, kapy, garnki, byle jak najwięcej. Zaraz przyszła furmanka i zawieźli nas na dworzec. Dzięki temu bojcowi to mieliśmy dużo lżej niż inni ludzie. On chyba wiedział, co robi, pakował, ile było można, i dzięki temu mama miała na wymianę czy na sprzedaż.

Nawet zakładając, że pamięć tak małej wówczas dziewczynce może płatać figle, to taką właśnie wersję usłyszała od dorosłych. „Rodzice mówili w każdym razie, że nie było to jakieś bardzo przykre. Nie było jakiegoś znęcania się, a podobno nawet mówili, żeby zabrać coś więcej” – potwierdzał wersję Oli jej rówieśnik, Artur Woźniakowski. Ktoś podobno kazał zdenerwowanej i zdezorientowanej matce wydoić krowę i zabrać na drogę mleko dla dziecka.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Wszystko to nie trwało długo. Niektórzy mówią o kwadransie na spakowanie, inni mieli pół godziny. Czasu nikt dokładnie nie sprawdzał choćby dlatego, że zegarki zostały im skradzione pierwsze – Rosjanie zawsze wykazywali osobliwą słabość do tych urządzeń.

„W środku nie było się gdzie ruszyć”

Tak czy inaczej, o ile sama nocna wizyta NKWD różniła się w szczegółach w każdym przypadku, o tyle dalszy ciąg był już w zasadzie identyczny dla wszystkich.

Właśnie takimi wagonami wieziono Polaków na Sybir (Steffen Voß/CC BY 2.0).
Właśnie takimi wagonami wieziono Polaków na Sybir (Steffen Voß/CC BY 2.0).

Pod domem oczekiwały zawsze jakiś wóz lub sanie, zazwyczaj siedziała na nich już jedna lub kilka rodzin i po załadowaniu się kolejnej pojazd odjeżdżał na najbliższy dworzec kolejowy. Tam zaś czekał już podstawiony pociąg towarowy, do którego wagonów ciasno upychano dziesiątki ludzi.

Ada niewiele z tego zapamiętała, ale ta historia się powtarzała. Drzwi do wagonów były zaryglowane, wszystkie potrzeby fizjologiczne niezależnie od płci i wieku załatwiało się do niczym nieosłoniętej dziury wybitej w podłodze. Starszy od niej Stefan opowiadał:


Reklama


W środku nie było się gdzie ruszyć. Cała podłoga była szczelnie zastawiona bagażem; po obu bokach wagonu, na całą jego szerokość, wbudowane były po dwie półki, dolna może pół metra nad podłogą, górna około metra wyżej.

Miał sporo szczęścia, bo przypadło mu miejsce na górnej pryczy przy niewielkim okienku – jedynym źródle powietrza. W tym przypadku również światła. Zarówno on, jak i Ada jechali w czerwcu, w wagonie nie było więc pieca, ustawianego zazwyczaj przy wywózkach zimowych.

W wagonach panował potworny tłok (domena publiczna).
W wagonach panował potworny tłok (domena publiczna).

„Wiedziałem już, że jedziemy na wschód”

I właśnie to okienko pozwoliło chłopakowi zorientować się, że pociąg nie jedzie bynajmniej do Warszawy – jak ich poinformowano. [Jak później wspominał:]

Nagle ogarnął mnie dziwny niepokój. Coś tu się nie zgadzało. Serce zabiło mi moc-niej, choć nie wiedziałem dlaczego. Nagle jak obuchem w głowę uderzyła mnie nieprawdopodobna myśl. Słońce wschodzi ze złej strony!


Reklama


Wciąż w szoku wiedziałem już, że jedziemy na wschód. Nie na zachód, do Warszawy, ale w kierunku wschodzącego słońca. Pociąg właśnie zatoczył lekki łuk w lewo i tarcza słoneczna wypełniła prawie całe okno. Pociąg skręcał na północ. Nasz kierunek: północny wschód.

Był to więc ten sam kierunek, a kto wie, może nawet ten sam pociąg, w którym w tych dniach jechała również Ada. Regułą było, że zesłańcom nie mówiono, dokąd jadą, albo kłamano w tej kwestii. Nie informowano też, ile podróż będzie potrwała.

Włoski plakat propagandowy z okresu II wojny światowej przedstawiający deportację na Syberię. Rzeczywistość wyglądała bardzo podobnie.
Włoski plakat propagandowy z okresu II wojny światowej przedstawiający deportację na Syberię. Rzeczywistość wyglądała bardzo podobnie.

To było pierwsze zetknięcie ze śmiercią

A trwała długo – od dwóch do sześciu nawet tygodni, co w takim ścisku i takich warunkach sanitarnych, niemal bez jedzenia, mogło być ‒ i dla słabszych istotnie bywało ‒ zabójcze. Ada, która miała i w tym przypadku sporo szczęścia, tak opisywała swoje wrażenia:]

Od czasu do czasu wypuszczano nas na świeże powietrze i by pobrać wrzątek, ale normalnie dusiliśmy się w ciasnocie, gorącu i brudzie – pojawiły się pierwsze wszy. Podróż trwała trzy tygodnie.


Reklama


Mieliśmy tylko bochenek chleba, garnuszek masła i 10 jaj na twardo, ale jakoś się żyło, bo ludzie w biedzie ratowali się, jak mogli. Kilka razy, zazwyczaj w nocy, dano nam gorącą zupę. Wreszcie po dziewiętnastu dniach podróży wypuszczono nas z tego więzienia.

Irenka Godyń wspominała swoją akurat zimową podróż:

Siarczysty mróz, wyjątkowo ostra zima była i jedna z dziewczynek dostała zapalenia płuc i zmarła. I to było pierwsze zetknięcie ze śmiercią. Bo potem człowiek się już oswoił i nie reagował tak mocno, ale tutaj, gdzie to śliczne dziecko… I matka tuliła je do siebie. Zatrzymali pociąg w środku pola, wydarli ją matce i wyrzucili w śnieg przy torach.

Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Mali tułacze (Prószyński i S-ka 2022).
Artykuł stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Mali tułacze (Prószyński i S-ka 2022).

Kartki z personaliami dzieci

Dzieci umierały nieco rzadziej niż dorośli. Jedna z dziewczynek, ośmioletnia Helenka Nikiel, wspominała, że co przezorniejsze matki, licząc się z własną śmiercią, uszyły dzieciom woreczki, do których włożyły kartki z ich personaliami. Był to dobry pomysł. [Wspominała:]

Podczas swojej dalszej tułaczki Helenka miała okazję zobaczyć, co mogło stać się z dziećmi, które podobnych woreczków nie miały. „Miałam koleżanki, których rodzice zmarli na Sybirze, a one znały tylko swoje imiona i nazwiska, nie zawsze miejsce urodzenia, a prawie nigdy nie pamiętały daty urodzenia i podawały ją tak, jak podawała koleżanka, albo jak im się podobało. Tak więc właściwie na zawsze straciły możliwość odnalezienia choćby dalszej rodziny.

Podczas miesięcznej zazwyczaj podróży śmiertelność była wysoka. W zimie z powodu głodu i mrozu, latem – głodu i zaduchu. Ale praktyka wyrzucania zwłok, ot tak, z wagonu prosto w śnieg lub na ziemię, stosowana była powszechnie niezależnie od pory roku i dla wielu stała się widokiem niemal codziennym. (…)

„Lasy bez końca”

„Coraz robiło się ciemniej i straszniej, a lasy, lasy bez końca. Jedziemy przez te lasy już trzy dni. Ani ludzi się nie spotyka, ani stacji, żadnych osiedli, dróg” – wspominała ośmioletnia wówczas Helenka Wołoch. Rosjanie nie musieli więc martwić się w tym przypadku o kwestie sanitarne.

Polskie niemowlęta urodzone już w ZSRS. Zdjęcie wykonane w 1941 lub 1942 roku (domena publiczna).
Polskie niemowlęta urodzone już w ZSRS. Zdjęcie wykonane w 1941 lub 1942 roku (domena publiczna).

Jechali przez gęste, z każdym dniem coraz gęstsze lasy, ciągnące się przez dziewięć tysięcy kilometrów i zajmujące taką powierzchnię jak całe Stany Zjednoczone, Kanada lub połowa Rosji. Zaczynają się gdzieś w Skandynawii, a kończą na wschodnich krańcach Azji, idąc nieprzerwanym niemal pasem, szerokim na tysiąc kilometrów.

Same drzewa, miliardy starych, gęsto rosnących drzew. Nic też dziwnego, że tygodniami nie widziało się większych osiedli, za to dzikich zwierząt było mnóstwo. I one właśnie rozwiązywały ten problem.

Przeczytaj również o tym, że Polka deportowana na Syberię weszła do kolejowej toalety. To, co tam ujrzała prześladowało ją do końca życia


Reklama


Źródło

Powyższy tekst stanowi fragment książki Wojciecha Lady pt. Mali tułacze. Ukazała się ona w 2022 roku nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Poruszająca opowieść o dzieciach wobec piekła wojny

Autor
Wojciech Lada

Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka toŚredniowiecze w liczbach (2024).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.