Sanitariusze i ambulanse w armii Napoleona. Dlaczego cesarz nie pozwalał ratować własnych żołnierzy?

Strona główna » XIX wiek » Sanitariusze i ambulanse w armii Napoleona. Dlaczego cesarz nie pozwalał ratować własnych żołnierzy?

Upojony sukcesami Napoleon Bonaparte długo ignorował zapotrzebowanie na wojskową służbę medyczną. Tysiące żołnierzy umierały na pobojowiskach, a pomoc stale nadchodziła zbyt późno. W myśl regulaminów nie mogło być inaczej.

Już w armii rewolucyjnej Francji lekceważono opiekę medyczną nad żołnierzami. Na fali zrywania ze zwyczajami starego reżimu zlikwidowano szkoły medyczne. Z wojska zwolniono lekarzy-rojalistów, a przyjmowani na ich miejsce zastępcy nie musieli w ogóle posiadać dyplomów.


Reklama


Redukcje i ograniczenia

Był to najgorszy moment na demontaż służb sanitarnych. Masowy rozrost armii oraz nowy, manewrowy sposób prowadzenia walki skutkowały o wiele większą liczbą rannych niż w minionych dekadach.

Władze republiki nie miały wyjścia – rychło wycofały się ze swoich chybionych pomysłów i zaczęły na powrót werbować, a potem przymusowo powoływać fachowych lekarzy, chirurgów i aptekarzy.

Los rannych żołnierzy 200 lat temu był tragiczny (Antoine-Jean Gros/domena publiczna).
Los rannych żołnierzy 200 lat temu był tragiczny (Antoine-Jean Gros/domena publiczna).

Na wielką szkodę armii i państwa politykę ograniczania służby zdrowia kontynuował później Napoleon Bonaparte. W 1800 roku kazał zredukować liczbę szpitali wojskowych do zaledwie 16 i dla oszczędności zwolnić z szeregów wszystkich medyków, którzy nie byli „niezbędni w służbie”.

Wojna z Austrią – a zwłaszcza bitwa pod Austerlitz, która przyniosła tysiące rannych – pokazały, jak bardzo błędna była to polityka. Jednak upojony sukcesem Napoleon uznał, że żadne zmiany nie są potrzebne.

Ciężki los rannego

Uczestniczący w bitwie napoleoński żołnierz co krok narażony był na śmierć lub ciężkie okaleczenie. Kule armatnie rozbijały głowy, łamały żebra, ręce i nogi. Nieprzyjacielska kawaleria cięła szablami i kłuła lancami, piechota strzelała, a podczas walki wręcz zadawała ciosy bagnetami i kolbami.

Ranni na polu bitwy byli początkowo odnoszeni na tyły przez kolegów, ale dowódcy szybko zorientowali się, że jest to popularny wśród żołnierzy sposób na uniknięcie dalszej walki. Dlatego Bonaparte już we Włoszech wydał (powtarzany potem kilkakrotnie) zakaz odprowadzania rannych.


Reklama


Ranieni mieli pozostać na polu bitwy i czekać na sanitariuszy. Tyle, że według wczesnych regulaminów zbieranie rannych z pobojowiska miało się zacząć dopiero… gdy ucichną strzały. Trzeba zaś pamiętać, że starcia tej epoki ciągnęły się godzinami, a niekiedy nie udawało się ich skończyć w przeciągu jednego dnia.

Zanim nadeszli sanitariusze na pobojowisku pojawiali się maruderzy i okoliczni chłopi. Okradali oni zabitych i rannych z cennych przedmiotów, zdzierali buty i mundury. Nierzadko też właśnie oni dobijali rannych, którzy opierali się rabunkowi. Zdarzało się też, że pozbawieni odzienia i pomocy żołnierze, leżący w deszczu lub śniegu, umierali po zmroku z zimna.

Inspiracją do opublikowania tego artykułu stały się komiksy Bitwa. Od Essling do Waterloo oraz Berezyna (Egmont).

Sanitariusze prywatnym sumptem

Obowiązek transportu rannych z pobojowiska spoczywał na chirurgach wojskowych. W każdym batalionie lub szwadronie służył zwykle jeden taki specjalista, czas było ich dwóch. Podlegali oni starszemu chirurgowi na szczeblu pułku lub półbrygady.

Lekarze zmagali się z dotkliwym brakiem odpowiedniego personelu pomocniczego – nie mogli bowiem posługiwać się żołnierzami.


Reklama


Wreszcie, podczas kampanii hiszpańskiej w 1808 roku, zdesperowany naczelny chirurg armii francuskiej Pierre-François Percy na własny koszt sformował batalion sanitariuszy. Był on złożony z ozdrowieńców i żołnierzy niezdolnych do służby liniowej, a ich zadaniem było wyszukiwanie rannych na pobojowisku i przenoszenie do szpitali polowych.

Gdy Bonaparte przekonał się o przydatności takiej formacji, 13 kwietnia 1809 roku wydał dekret o stworzeniu korpusu wojskowych sanitariuszy. Liczył 10 kompanii po 125 ludzi.

Portret Dominique'a-Jeana Larreya pędzla Anne-Louisa Girodeta (domena publiczna).
Portret Dominique’a-Jeana Larreya pędzla Anne-Louisa Girodeta (domena publiczna).

Uwaga na noszowych!

Cztery lata później, w 1813 roku, powstał korpus noszowych. Zbieraniem rannych zajmowało się odtąd po dwóch żołnierzy zaopatrzonych w specjalne składane nosze.

W każdej kompanii sanitarnej było 32 takich noszowych. Nie mieli oni najlepszej opinii wśród żołnierzy: z rannymi obchodzili się mało delikatnie, często też ich okradali, a swoją służbę uważali za dobry sposób uniknięcia udziału w walce.


Reklama


Pomoc po dwóch dniach

Rannych podjętych z pobojowiska grupowano w wyznaczonym miejscu, a stamtąd do szpitala zabierały ich ambulanse.

Początkowo wykorzystywano zarekwirowane chłopskie wozy. Nie były one przystosowane do takiej funkcji: nie miały żadnej amortyzacji, były ciężkie, trudne w manewrowaniu, a często brudne.

Latający ambulans według pomysłu Dominique’a-Jeana Larreya.

W dodatku, gdy bitwa odbywa się na terytorium nieprzyjaciela, powożący nimi miejscowi chłopi okazywali rannym otwartą wrogość.

Z czasem do transportu zatrudniono prywatne firmy, ale i to rozwiązanie budziło wiele obiekcji. Nieraz zdarzało się, że woźnice, nie chcąc ryzykować życia, czekali z interwencją nawet dłużej, niż do zakończenia walk. Bywały przypadki, że ambulanse nadjeżdżały 24 lub nawet 36 godzin po bitwie…

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Latające ambulanse

Mając świadomość tych trudności naczelny chirurg Armii Renu Dominique-Jean Larrey opracował już w 1792 roku specjalne lekkie wozy nazwane „latającymi ambulansami”. Były to dwu- lub czterokołowe kryte pojazdy, do których można było załadować w pozycji leżącej dwóch lub czterech rannych.

Kabiny miały amortyzację na sprężynach, przez co komfort jazdy był znacznie lepszy. Siedzący wewnątrz medyk już w trakcie transportu mógł założyć pierwszy opatrunek. Według założeń Larreya latające ambulanse miały działać tak jak artyleria konna: ruchliwie, szybko i sprawnie.


Reklama


I rzeczywiście: dobrze się sprawdziły, a żołnierze i lekarze byli z nich zadowoleni. Tyle że na większą skalę rozpowszechniły się w Wielkiej Armii dopiero… w 1812 roku, bezpośrednio przed wyprawą na Moskwę.

Przeczytaj również o pierwszej klęsce boga wojny. W krwawej bitwie zginęły dziesiątki tysięcy żołnierzy.

Inspiracja

Inspiracją do opublikowania tego artykułu stały się komiksy Bitwa. Od Essling do Waterloo oraz Berezyna. Ukazały się one w Polsce nakładem wydawnictwa Egmont.

Napoleońskie bitwy w niezwykłej, komiksowej formie

Bibliografia

  1. Robert Bielecki, Berezyna, Bellona, Warszawa 1990.
  2. Robert Bielecki, Wielka Armia, Bellona, Warszawa 2004.
  3. Arnold van de Laar, Pod nóż. 28 niezwykłych operacji w historii chirurgii, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
  4. Patrick Rambaud, Bitwa, Finna, Gdańsk 2002.
Autor
Paweł Stachnik
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Seryjni mordercy II RP. Jego najnowsza pozycja to Damy Władysława Jagiełły (2021).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.