Sprawa Alfreda Dreyfusa. Historia afery, która wstrząsnęła Francją i Europą

Strona główna » XIX wiek » Sprawa Alfreda Dreyfusa. Historia afery, która wstrząsnęła Francją i Europą

Nazwisko Alfreda Dreyfusa do teraz budzi ogromne emocje nad Sekwaną. Gdyby nie nagonka na jednego niewinnego człowieka, Francja byłaby dzisiaj zupełnie innym krajem.

15 października 1894 roku 35-letni kapitan artylerii Alfred Dreyfus – z rodziny zamożnych przemysłowców alzackich, optującej za Francją po traktacie frankfurckim (podobnie jak znakomita większość Izraelitów uprzednio zamieszkałych na Wschodzie), stażysta w Sztabie Generalnym – został aresztowany jako domniemany autor przechwyconego rzekomo „drogą koszową” wykazu poufnych, ale nie tajnych, dokumentów wojskowych ponoć przekazanych Maxowi von Schwartzkoppenowi.


Reklama


Szybki proces

Jedynym „dowodem” mogły być nader wątpliwej wartości trzy ekspertyzy grafologiczne (przy dwóch negatywnych, odrzuconych i nieujawnionych).

Stosowny przeciek do prasy antysemickiej spowodował ostrą kampanię antyszpiegowską (i antyżydowską), wobec której Ministerstwo Wojny – atakowane za brak czujności – uznało za niezbędne kontynuowanie dochodzenia, mimo świadomości, że nie ma żadnych dowodów obciążających.

Alfred Dreyfus (domena publiczna).

Przerabiano różne dokumenty, by przystosować je do Dreyfusa. Tak sporządzone „tajne dossier” okazano wyłącznie członkom paryskiej Rady Wojennej, tzn. trybunału wojskowego, z niedopuszczalnym pominięciem oskarżonego oraz jego adwokata.

22 grudnia Dreyfusa skazano na dożywotnią „deportację do obwodu ufortyfikowanego” i na degradację wojskową. Karę śmierci za przestępstwa polityczne w czasie pokoju zniesiono już w 1848 roku (dekretem, później konstytucyjnie), ale np. drobne przewinienia w szeregach wojskowych – uznawane za znieważenie przełożonych – likwidowano przez pluton egzekucyjny.

<strong>Przeczytaj też:</strong> Francuzi nie mieli litości. Skazanego czekało potworne upokorzenie

Upokorzenia na zesłaniu

Dreyfus nie skorzystał z „honorowo” wskazanego mu pistoletu w chwili aresztowania, nie złożył też żadnego wyznania po dramatycznej degradacji, zapewniał natomiast o swojej niewinności i deklarował wiarę we Francję. 13 kwietnia 1895 roku znalazł się na maleńkiej Wyspie Diabelskiej, tworzącej wraz z dwiema innymi „zesłańczy archipelag” u brzegów Gujany.

Peter Morris z Uniwersytetu Nottingham w rozprawie z 1992 roku stwierdza, iż niespokojny duch Admiralicji Brytyjskiej admirał Fisher rozważał wysłanie tam kanonierki w celu uprowadzenia Dreyfusa, którego zamierzano wysadzić na wybrzeżu Bretanii, by w rezultacie spowodować we Francji destabilizującą wojnę domową.


Reklama


Dreyfusowi nie szczędzono na wyspie rozmaitych upokorzeń. Gdy w prasie rozeszły się pogłoski o jego „wykradzeniu” – co rozpowszechniła jego rodzina, by Sprawa odżyła dla opinii publicznej – jeszcze bardziej ograniczono mu swobodę ruchów, na noc zakuwano w lekkie kajdanki, a przy podwójnej palisadzie wzniesiono wieżyczkę z działkiem.

Liczono się z rychłą jego śmiercią spowodowaną warunkami klimatycznymi, sprowadzono więc zestaw środków do balsamowania zwłok, by móc je okazywać w kraju i odpierać w ten sposób domniemania o ucieczce.

Artykuł stanowi fragment książki Michała Horoszewicza Sprawa Dreyfusa (Bellona 2019).

Stronnicy Dreyfusa

W pierwszych miesiącach Sprawy [jak dzisiaj we Francji określa się aferę Dreyfusa] tylko pięć, jak się wydaje, osób – poza, oczywiście, najbliższą rodziną kapitana – nie uznało jego winy. Byli to:

  • adwokat Edgar Demange, katolik, który podjął się obrony, dopiero gdy nabrał przeświadczenia o niewinności oskarżonego;
  • grafolog Alfred Gobert, który powiedział do generała Charles’a-Arthura Gonse’a: „Niech pan szuka [rzeczywistego autora wykazu – M.H.], pomogę panu”;

Reklama


  • major Louis-Hubert Lyautey – przyszły marszałek Francji – który spod Tonkinu dostrzegał presję nie tyle opinii, ile tłumu wyjącego „na śmierć” przeciw „temu Żydowi, ponieważ jest Żydem i ponieważ antysemityzm jest dziś najbardziej intratny”;
  • i wreszcie dyrektorzy dwóch więzień paryskich, w których kolejno przebywał Dreyfus: Ferdinand Forzinetti z Cherche-Midi, publicznie dający wyraz swym przekonaniom, oraz Patin z La Santé, który siostrom kapitana podsunął trafną myśl, by sięgnąć po pomoc dziennikarską („sprawy brata pań trzeba bronić, apelując do opinii publicznej”) i wskazał m.in. na Bernarda Lazare’a, co okazało się tak skuteczne.
<strong>Przeczytaj też:</strong> Ty też nie znasz odpowiedzi. Który kraj jako pierwszy dał prawa wyborcze kobietom?

Przez trzy lata krąg wątpiących w słuszność wyroku się poszerzał. Rodzina zesłańca nie zaprzestała poszukiwań i dociekań. Nowy szef kontrwywiadu pułkownik Marie-Georges Picquart odkrył nicość rzekomo przygniatających dowodów winy, a przejęty przezeń list von Schwartzkoppena niedwuznacznie ustalał, że „dostawcą” dyplomaty był major Charles-Ferdinand Walsin-Esterházy, bastardowy potomek magnackiej rodziny węgierskiej.

„Rzecz osądzona”

W następstwie przecieku prasa ogłosiła faksymile wykazu z 1894 roku, co pozwoliło łatwo stwierdzić, że jego autorem był właśnie Esterházy. Już od jesieni 1896 roku, gdy ukazała się broniąca Dreyfusa broszura Bernarda Lazare’a – w którym Charles Péguy widział świętego i bohatera – Sprawa zaczęła szybko odżywać.

Dreufys na zesłaniu. Ilustracja z okładki „Le Petit Journal” (domena publiczna).

Na narastające wokół niej zainteresowanie i spory władze miały jedną  odpowiedź: „rzecz osądzona”. Kłopotliwego Picquarta skierowano do Tunezji; różne fałszywki i przeinaczane domniemania – gromadzone czy preparowane przez Sekcję Statystyki – wciąż zasilały, na wszelki wypadek, dossier.

Tych quasi-dokumentów zgromadzono wreszcie ponoć półtora tysiąca. Na przełomie 1897 i 1898 roku starania o rewizję procesu na korzyść Dreyfusa okazały się szczególnie nieskuteczne.


Reklama


Esterházy – choć zidentyfikowany jako wielokrotny gość ambasady niemieckiej, a w wyimaginowanej roli kapitana pruskiej kawalerii zapowiadający: „Z przyjemnością zabiłbym sto tysięcy Francuzów” (w tzw. liście ułana mniej więcej z 1882 roku, ogłoszonym w „Le Figaro” 28 listopada 1897 roku) – w następstwie zabiegów zwierzchnictwa wojskowego został całkowicie „oczyszczony” przez trybunał militarny, triumfalnie zamieniając się wręcz w uosobienie honoru armii i narodu. Tym samym Sprawa została powtórnie osądzona.

Głosy poparcia

Wszakże na stronę rewizjonistów przesuwały się nowe siły. Coraz energiczniej występował wybitny już polityk i wytrawny publicysta Georges Clemenceau – późniejszy dwukrotny premier i „ojciec zwycięstwa” z 1918 roku – odnoszący indywidualny błąd sądowy do podstawowych idei sprawiedliwości i wolności oraz cnót obywatelskich.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Socjaliści, pierwotnie upatrujący w Sprawie zwykły spór w łonie obcej im burżuazji, przyjęli argumentację Jaurèsa, wskazującego, że w obliczu zbrodni przeciw człowiekowi, dokonanej ręką burżuazji, proletariat – który „swą interwencją mógłby temu zapobiec” – nie może milczeć, by sam nie stać się współwinny.

13 stycznia 1898 roku, dwa dni po celebracji „uniewinnienia” Esterházyego, dziennik „L’Aurore” (Jutrzenka) zamieścił najgłośniejszy w języku francuskim list otwarty, uznany przez nowojorskiego historyka Louisa Leo Snydera za jeden z 50 najważniejszych dokumentów XIX wieku: wielki pamflet polityczny Émile’a Zoli adresowany do prezydenta Francji, z pasją broniący człowieka „fałszem osądzonego”.

Jednym z najbardziej znanych stronnikow Dreyfusa stał się pisarz Emil Zola (fot. domena publiczna).

„Oskarżam!”

W końcowej części osiem akapitów zaczynało się od „oskarżam…”, co Clemenceau z nieomylnym wyczuciem dziennikarza politycznego ustanowił żarliwym zawołaniem tytułowym: „J’accuse…!”. Jest ono znakomicie zrównoważone lodowatym wyzwaniem finalnym: „Czekam” (J’attends).

Zola przypominał: od roku generałowie Jean-Baptiste Billot (minister wojny w 1882 roku oraz w latach 1896–1898), Raoul-François de Mouton de Boisdeffre i Charles-Arthur Gonse „wiedzą, że Dreyfus jest niewinny i zatrzymują dla siebie tę rzecz straszliwą. […] Wydanie wyroku na Esterházyego pociągałoby nieuchronnie rewizję procesu Dreyfusa, a tego Sztab Generalny nie chciał za wszelką cenę”.


Reklama


Z tego względu „zapytywano z osłupieniem, kim byli protektorzy majora Esterházyego”,  skoro prowadzenie jego sprawy dowodzi, że to „winny, którego należało uniewinnić”.

Zola grzmiał: Georges Picquart, „jedyny, który wykonał swój obowiązek, ma być ofiarą – tym, którego się zniesławi i ukarze”. Przestrzegał: „Prawda zamykana pod ziemią gromadzi się tam i nabiera takiej siły eksplozji, że gdy wybucha – wszystko z nią wylatuje”.

<strong>Przeczytaj też:</strong> Najbardziej antyklerykalny kraj Europy. Dlaczego wypowiedzieli bezwzględną wojnę Kościołowi?

List zapoczątkował zasadniczy zwrot w Sprawie. Mimo dwóch kolejnych procesów Zoli, przegranych dla pisarza (co pośrednio stanowiło znów dwukrotne osądzenie Dreyfusa), lecz będących istotnym elementem zwycięstwa moralnego, ofensywa należała odtąd coraz wyraźniej do dreyfusistów.

Fałszerstwo wychodzi na jaw

Z atakiem na nich wystąpił w parlamencie minister wojny Louis-Eugène Cavaignac, popełniając ogromną – dla obozu „anty” – nieostrożność. Chcąc zdyskredytować rzeczników rewizji, przytoczył treść trzech dokumentów, w tym jednego „maczugowatego”.

Artykuł stanowi fragment książki Michała Horoszewicza Sprawa Dreyfusa (Bellona 2019).

W istocie były to materiały nieprawdziwe lub fałszywe, a Sztab Generalny uprzednio starannie zabiegał, by wszyscy wiedzieli o istnieniu owej „maczugi”, ale by nikt nie mógł zapoznać się z nią bezpośrednio (miał to być list włoskiego attaché wojskowego do jego niemieckiego odpowiednika, pisany w 1896 roku i w pełnym brzmieniu wymieniający nazwisko Dreyfusa jako szpiega; w rzeczywistości skrawki dwóch obojętnych listów złączono z fragmentami wprost dopisanymi).

Izba entuzjastycznie przyjęła exposé i zarządziła rozplakatowanie jego treści we wszystkich gminach kraju. Dwa dni później Jaurès w liście otwartym do Cavaignaca wskazywał, że ów „maczugowaty” dokument jest jaskrawym fałszerstwem: jego rzekomy autor posługiwał się poprawnym językiem francuskim, tymczasem „fałszerz”, pragnąc naśladować styl obcokrajowca, z rozkoszą fabrykował żałosną francuszczyznę.


Reklama


Nawiązując do entuzjazmu, jaki minister wywołał w Izbie, Jaurès prorokował wreszcie: „Aklamacje przeminą – prawda pozostanie”.

Ponowny wyrok… i amnestia

I oto w sierpniu 1898 roku Ministerstwo Wojny stwierdziło materialne fałszerstwo podstawowego dokumentu. Trzeba podkreślić, że dokonali tego zagorzali antydreyfusiści – ale uczciwi.

Prawdziwy winny – Ferdynand Esterhazy (fot. Jean Baptiste Guth/domena publiczna).

Pułkownik Hubert-Joseph Henry, następca Picquarta, przyznał się do dokonania fałszerstwa; osadzony w więzieniu wojskowym, popełnił nieprzekonujące samobójstwo (przeciął sobie gardło brzytwą, którą znaleziono zamkniętą, trzymaną w lewej ręce – choć nie był leworęki).

29 października przyjęto wreszcie podanie o rewizję procesu; 3 czerwca 1899 roku Trybunał Kasacyjny uchylił wyrok z 1894 roku i odesłał kapitana – automatycznie przywróconego do uprzedniego stopnia – do stawienia się przed Radą Wojenną w Rennes.

<strong>Przeczytaj też:</strong> Walka z hejtem i hejterami w XIX wieku. Jej skutki były opłakane

Przeszło miesięczny przewód, obfitujący w nieoczekiwane wydarzenia, zakończył się 9 września 1899 roku sentencją zaskakującą: winny (pięcioma głosami przeciw dwom), skazany na dziesięć lat więzienia (nie deportacji), z okolicznościami łagodzącymi, których zresztą nie wyszczególniono.

Odrębnie wystąpiono o anulowanie ponownej – automatycznej przy takim wyroku – degradacji wojskowej. Po dziesięciu dniach na wniosek premiera prezydent ułaskawił skazanego, co było swoistym kompromisem: „honor generalicji” zachowano przez wyrok skazujący, a równocześnie skazany odzyskał wolność.


Reklama


Nie objęła go więc amnestia z 27 grudnia 1900 roku – wtedy bowiem na drodze sądowej nie mógłby dochodzić swych praw. Można sądzić, że środowiska polityczne były swoiście zmęczone pięcioletnimi perturbacjami – wyłaniały się drażliwe kwestie kościelne i laicyzacyjne.

Ostateczne zwycięstwo

Zresztą Sprawa przesuwała się w perspektywę już niejako historyczną. W 1903 roku w Ministerstwie Wojny po skrupulatnym przebadaniu wszystkich dokumentów stwierdzono totalną nicość oskarżenia.

Alfred Dreyfus w 1899 roku (fot. Jean Baptiste Guth/domena publiczna).

Sprawa powędrowała znów do Trybunału Kasacyjnego, który po bardzo długim dochodzeniu i po niemal miesięcznych debatach jednogłośnie, w składzie wszystkich swych izb, uznał 12 lipca 1906 roku, że „z oskarżenia wniesionego przeciw Dreyfusowi nic nie pozostaje […] anuluje się wyrok Rady Wojennej z Rennes […]”.

Uchylenie wyroku nastąpiło bez ponownego kierowania  sprawy do nowej Rady Wojennej (co bywa uznawane za przekroczenie kompetencji z naruszeniem art. 445 Kodeksu karnego). Po tej decyzji przyszła wojskowa rehabilitacja Dreyfusa, awansowanego (nie za wysoko) i odznaczonego.


Reklama


Picquart jako generał brygady objął 23 października 1906 roku tekę ministra wojny w pierwszym gabinecie Clemenceau. 4 czerwca 1908 roku prochy Zoli złożono w Panteonie. Dreyfus zmarł 11 lipca 1935 roku jako ostatni z wielkich protagonistów Sprawy.

Poznaj też konsekwencje afery Dreyfusa. Czy to za jej sprawą Francja stała się najbardziej antyklerykalnym krajem Europy?

Afera, która zmieniła Francję

Źródło

Artykuł stanowi fragment książki Michała Horoszewicza Sprawa Dreyfusa (Bellona 2019). Książkę znajdziesz w atrakcyjnej cenie w księgarni Wydawcy.

Tytuł, lead, śródtytuły i teksty w nawiasach kwadratowych pochodzą od redakcji. W celu zachowania jednolitości tekstu usunięto przypisy, znajdujące się w wersji książkowej. Tekst został poddany obróbce redakcyjnej w celu wprowadzenia większej liczby akapitów.

Ilustracja tytułowa: Proces Dreyfusa z 1899 roku (fot. domena publiczna).

Autor
Michał Horoszewicz
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Dołącz do nas

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Pańszczyzna. Prawdziwa historia polskiego niewolnictwa, Wawel. Biografia, Warcholstwo czy Cywilizacja Słowian. Jego najnowsza książka toŚredniowiecze w liczbach (2024).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski. Współzałożyciel portalu WielkaHISTORIA.pl. Autor kilkuset artykułów popularnonaukowych. Współautor książek Przedwojenna Polska w liczbach, Okupowana Polska w liczbach oraz Wielka Księga Armii Krajowej.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.