Wielkanoc podczas II wojny światowej. Co Polacy robili, by przetrwać święta pełne strachu, samotności i izolacji?

Święta tylko w gronie najbliższych, skromne, prowizoryczne i pełne niepewności jutra? Ostatnio tak było w latach II wojny światowej. Jak wtedy radzili sobie Polacy?

„Pamiętam osobliwe święconki w Wielką Sobotę. Zamożne gospodynie ustawiały odkryte kosze dwoma rzędami wzdłuż kościoła, środkiem szedł ksiądz i je święcił, a za nim podążali głodni, umorusani chłopcy, dzieci niczyje, wojenne sieroty i zapamiętywali, gdzie jest najwięcej jajek i wędlin” – wspominała Kazimiera Toniak z Hrubieszowa.


Reklama


Przyszła pamiętnikarka we wrześniu 1939 roku była zaledwie pięcioletnią dziewczynką. Niewiele rozumiała na temat wojny i niemieckiego bestialstwa, ale nierówności w okupacyjnym społeczeństwie były dla niej sprawą zupełnie oczywistą. Dalej opowiadała:

Potem kobiety stawiały swoje kosze przed bocznym ołtarzem św. Antoniego, a same szły pomodlić się do grobu Chrystusa. Chłopcy w tym czasie porywali najcięższe kosze, uciekali z nimi w krzaki nad rzekę i tam wyprawiali sobie Wielkanoc.

Stary góral i chłopiec podczas plecenia rózgi na Wielkanoc, kwiecień 1944 roku. Fotografia gadzinowego Wydawnictwa Prasowego Kraków-Warszawa.

Ile było krzyku i zamieszania, kiedy właścicielki koszy nie mogły uwierzyć, iż ktoś mógł je ukraść z kościoła. Gdyby zobaczyły tych 10–12 letnich obdartych chłopców, pewnie by im wybaczyły. Tak jak święty Antoni, co koszy nie upilnował…

Wśród kobiet, które małej Kazimierze wydawały się „zamożnymi gospodyniami”, pewnie nie brakowało żon szmuglerów, zaradnych volksdeutschów i szmalcowników. Były tam jednak również zwykłe Polki, których życie w żadnym razie nie rozpieszczało. Borykały się na co dzień z głodem i biedą.


Reklama


Z uwagi na własne dzieci lub na głębokie pragnienie normalności ten jeden raz sięgały po zaskórniaki lub zapożyczały się, byle mieć prawdziwą Wielkanoc. Utrata świątecznego koszyczka była dla nich prawdziwą tragedią – i przekreślała często wielotygodniowe przygotowania.

Zamiast jedzenia – dekoracje

W ramach przygotowań należało po pierwsze zadbać o piękne przystrojenie wielkanocnego stołu. Miało to nawet większe znaczenie niż przed wojną.

Bądźmy dobrej myśli. Pierwsza strona kolaboranckiego „Nowego Kuriera Warszawskiego” – numer wielkanocny z 1940 roku.

Z powodu drożyzny i sklepowych niedoborów nie sposób było wywołać świątecznego nastroju samymi potrawami. W jaki sposób panie domu dekorowały stół? Kolaborancki „Nowy Kurier Warszawski” słowami swojej publicystki podpowiadał:

Niewielu stać na kupno efektownych, ale drogich kwiatów. Dlatego też najlepiej jest wybrać się którejś niedzieli na dalszy spacer i wyciąć parę gałązek wierzbiny. Po przyniesieniu do domu wsadzimy je do słoja, czy wazonu z wodą, a wkrótce puszczą ładne pędy dając miłą zieleń na święta.


Reklama


Oprócz wierzby gadzinówka polecała także misterne konstrukcje z rzeżuchy. Ta drobna zielona roślinka w umiejętnych dłoniach i przy odrobinie inwencji mogła się zmienić w piękną dekorację. Wystarczyło namoczyć dobrze ziarenka i posiać je odpowiednio wcześnie, używając specjalnego „stelażu”.

Mogła nim się stać odwrócona doniczka obłożona mokrą szmatką, ładny wazon lub inne podobne naczynie. Po wysianiu rzeżuchy należało odstawić ją na dwa tygodnie w ciepłe miejsce. Po tym czasie dekoracja stołowa była gotowa i w dodatku mogła służyć za dodatek do sałatek i sosów.

Wielkie historie co kilka dni w twojej skrzynce! Wpisz swój adres e-mail, by otrzymywać newsletter. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Mazurek z czarnego rynku

Przed samymi świętami zaczynał się wzmożony ruch w handlu. W cukierniach pojawiały się wypieki z napisem „Wesołego Alleluja”, a na sklepowych wystawach pyszniły się wielkanocne kurczaczki z żółtego lukru, czekoladowe zajączki i piękne okolicznościowe pocztówki. Przygotowywanie i sprzedawanie świątecznych wypieków dla wielu zaradnych gospodyń było sposobem na podreperowanie domowego budżetu.

Warszawianka Hanna Kramar-Mintkiewicz wspominała, że jej mama piekła ciasta, a ona „pomagała przy roznoszeniu, przed świętami zwłaszcza, jakichś mazurków”. Na to wszystko trzeba jednak było mieć pieniądze. Prawdziwe rarytasy, gwarantujące Wielkanoc w przedwojennym stylu, były zresztą dostępne wyłącznie na czarnym rynku.

Więcej o tym jak Polacy radzili sobie w czasie II wojny światowej przeczytacie w książce autorki artykułu pod tytułem Okupacja od kuchni.
Więcej o tym jak Polacy radzili sobie w czasie II wojny światowej przeczytacie w książce autorki artykułu pod tytułem Okupacja od kuchni.

Kto chciał mieć święta z tradycyjnymi daniami, musiał słono zapłacić. Większość Polek była zdana głównie na swoją zaradność. Gdyby w pełni oddały swój los w ręce pokątnych handlarzy, jednymi świętami doprowadziłyby rodziny do bankructwa.

Kilogram masła za 180 złotych

Święcone – a więc uroczyste śniadanie w poranek wielkanocny – było tradycyjnie jednym z najważniejszych „wydarzeń kulinarnych” w roku.

Przedwojenne gospodynie wzbijały się na wyżyny swoich kulinarnych możliwości i umiejętności, piekąc kolejne baby, mazurki, rzeźbiąc w maśle baranki i ozdabiając pisanki. Oprócz tego na stołach gościły przede wszystkim zimne mięsa, zgodnie z zasadą, że w samo święto nie należy już niczego gotować.


Reklama


Królowała, podobnie jak i dzisiaj, wieprzowina, przede wszystkim w postaci pieczonej w całości szynki i kiełbas, a w najzamożniejszych domach można było zobaczyć na świątecznym stole także prosię pieczone w całości. Na te wszystkie smakowitości spraszano rodzinę, przyjaciół, a jeśli tylko było to możliwe, także księdza.

W okupacyjnych realiach z równie licznych spotkań trzeba było raczej zrezygnować. Gospodynie, mimo najszczerszych chęci, nie miały możliwości zastawienia stołu kopami pisanek i tradycyjnymi babami, które piekło się ongiś nawet z sześćdziesięciu jaj.

Przeczytaj też: Przygotowania do wojny. Jak zwyczajni Polacy robili zapasy i zabezpieczali się w lecie 1939 roku?

Jerzy Duracz wspominał w jednej ze swoich książek, że kilo masła za okupacji potrafiło kosztować 180 złotych, a litr oleju – 100. Ceny te rosły szczególnie przed świętami, zmuszając ludzi do szczególnej oszczędności.

Jedno jajko na całą rodzinę

Kobiety starały się oczywiście, by znalazło się na Wielkanoc choć jedno jajo, do tradycyjnego podzielenia się. O większą liczbę było trudno, nic więc dziwnego, że w podziemnych wydawnictwach przypominano przedwojenny tekst Stefana „Wiecha” Wiecheckiego poświęcony Wielkanocy.

Ilustracja z pierwszej strony wielkanocnego wydania „Nowego Kuriera Warszawskiego” z 1941 roku. Tytuł tekstu otwierającego numer: Wielkanoc w zgiełku wojennym.

Najbardziej znany piewca warszawskiego folkloru pisał:

Przede wszystkim jajeczko! Jest to danie religijne i do nażarcia się nie służy, znakiem tego nie należy z każdym jednym życzeniem całej sztuki opychać, ale, trzymając ćwiartkie na widelcu, najmarniej dwie osoby nią załatwić.

Parę lat wcześniej tekst ten stanowił satyrę na skąpstwo typowego mieszkańca stolicy, który nawet jajkiem nie chciał się dzielić z bliźnimi. Teraz dowcip przerodził się w smutny wymóg codzienności, a przeznaczanie jednego jajka dla dwóch osób w wielu domach uchodziło za wyjątkową wręcz rozrzutność.

Przeczytaj też: Polacy przebierali zarżnięte wieprze za ludzi i wsadzali do pociągów. Hitlerowcy niczego nie podejrzewali

Mięso na świątecznym stole też nie było oczywistością. W tym kontekście dość absurdalnie brzmią podawane przez prasę gadzinową przepisy na jego peklowanie, czy też oszukane „wędzenie” (nadanie mu odpowiedniego posmaku i koloru bez użycia dymu). Podobnie – rozwodzenie się nad dobrym wyrabianiem ciasta i zanoszeniem go do piekarni w celu upieczenia.

Oficjalne gazety mogły sobie snuć sielankową wizję okupacji, jednak nasze babki zmuszone były żyć w tej przyziemnej i prawdziwej. I chyba tylko śmiały się pod nosem, czytając w „Nowym Kurierze Warszawskim”, że Wielkanoc upływa pod znakiem budzącej się wiosny.

Kobieta kupuje palmę wielkanocną na rynku w Krakowie., marzec 1940 roku. Fotografia gadzinowego Wydawnictwa Prasowego Kraków-Warszawa.

Tak naprawdę upływała pod znakiem galopujących cen… Gadzinówka rozwodziła się też nad tym, że ze względu na upał w Wielki Piątek ludzie odwiedzający Boże groby wykupili całą wodę sodową i lemoniadę. I pewnie było to prawdą. Co jak co, ale całkowite wykupienie jakiegokolwiek towaru nie było pod okupacją ani wyjątkową, ani rzadką sztuką.

Urodzony w 1915 roku, Tadeusz Żakiej, który pod pseudonimem Maria Lemnis i Henryk Vitry wydawał książki kucharskie, doskonale pamiętał, jak to wyglądało w rzeczywistości.


Reklama


We wstępie do publikacji W staropolskiej kuchni i przy polskim stole opisał, że Wielkanoc obchodzono w cieniu szalejącego terroru, niepewności życia i głodu:

Wzruszenia towarzyszyły dzieleniu się tradycyjnym, wielkanocnym jajem. To nie były posiłki, albowiem nie mogły one nasycić głodu, lecz patriotyczne symbole, pomagające wytrwać, przetrwać i – doczekać.

Bibliografia

Tekst przygotowałam w oparciu o moją książkę Okupacja od kuchni, poświęconą polskiej zaradności i temu, jak nasze prababki ratowały kraj przed głodem w latach najgorszej wojny w dziejach. Szczegółową bibliografię znajdziesz na końcu tej publikacji.

Polecamy

Autor
Aleksandra Zaprutko-Janicka
Dołącz do dyskusji

Jeśli nie chcesz, nie musisz podawać swojego adresu email, nazwy ani adresu strony www. Możesz komentować całkowicie anonimowo.


Reklama

Wielka historia, czyli…

Niesamowite opowieści, unikalne ilustracje, niewiarygodne fakty. Codzienna dawka historii.

Dowiedz się więcej

Kamil Janicki

Historyk, pisarz i publicysta, redaktor naczelny WielkiejHISTORII. Autor książek takich, jak Damy polskiego imperium, Pierwsze damy II Rzeczpospolitej, Epoka milczenia czy Damy złotego wieku. Jego najnowsza pozycja to Damy przeklęte. Kobiety, które pogrzebały Polskę (2019).

Rafał Kuzak

Historyk, specjalista od dziejów przedwojennej Polski, mitów i przekłamań. Współautor książki „Wielka Księga Armii Krajowej”. Zastępca redaktora naczelnego WielkiejHISTORII. Zajmuje się również fotoedycją książek historycznych, przygotowywaniem indeksów i weryfikacją merytoryczną publikacji.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Historyczka i pisarka. Autorka książek poświęconych zaradności polskich kobiet w najtrudniejszych okresach naszych dziejów. W 2015 roku wydała „Okupację od kuchni”, a w 2017 – „Dwudziestolecie od kuchni”. Napisała też „Piękno bez konserwantów” (2016). Obecnie jest dziennikarką Interii.

Wielkie historie w twojej skrzynce

Zapisz się, by dostawać najciekawsze informacje z przeszłości. Najlepsze artykuły, żadnego spamu.

Drodzy Czytelnicy! Nasza strona (jak niemal wszystkie inne) wykorzystuje pliki cookies i podobne technologie, między innymi po to, by dostosowywać treści reklamowe do zainteresowań i preferencji użytkowników. Aby to robić, potrzebujemy Waszej zgody.

Klikając przycisk "Przejdź do serwisu" lub zamykając to okno za pomocą przycisku "x" wyrażasz zgodę na przetwarzanie przez Ingens Media Sp. z o.o. oraz naszych zaufanych partnerów, twoich danych osobowych zapisanych w plikach cookies i innych podobnych technologiach w celu marketingowym, obejmującym w szczególności wyświetlanie spersonalizowanych reklam.

Zgoda nie jest obowiązkowa. Możesz też w dowolnym momencie ją cofnąć. Szczegóły dotyczące naszej polityki prywatności, zakresu zgód, a także wycofania i niewyrażenia zgody znajdziesz w naszej polityce prywatności. Tam też znajdziesz informacje na temat zasad przetwarzania danych oraz twoich uprawnień z tym związanych.

Poprzez korzystanie z serwisu bez zmieniania ustawień prywatności w twojej przeglądarce internetowej wyrażasz zgodę na przechowywanie w Twoim urządzeniu końcowym plików cookies i innych podobnych technologii służących do dopasowywania.